• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine

[01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#21
26.11.2024, 17:56  ✶  
Nie powinni tu wracać, nie powinni tu przychodzić, nie powinni, ale nie umiał inaczej. Nie po tym wszystkim, co wydarzyło się zeszłego wieczoru. Nie, gdy ściskali swoje dłonie tak jak to zawsze robili, szukając w sobie wzajemnie oparcia. Nie od tamtej chwili w jaskini, kiedy tak bardzo się o nią przestraszył, dostrzegając rozmazaną runę na czole Geraldine i słysząc bezcielesny głos odbijający się echem od ścian.
Mogli tam zginąć. Zostać pogrzebani już na zawsze, nigdy więcej nie zobaczyć bladego światła poranka. Wszyscy tak samo narazili się po to, by to zakończyć, ale w żadnym momencie tamtej nocy Ambroise tak naprawdę nie dbał o siebie. Może był egoistą, hipokrytą, człowiekiem, który w pierwszej kolejności zawsze stawiał siebie na piedestale, ale nie w przypadku tej jednej osoby. Nie przy Rinie.
Zawsze była dla niego najważniejsza. To nigdy nie miało się zmienić, nawet jeśli tak bardzo starał się utrzymać pozory, że nic już ich ze sobą nie łączy. Nie chciał rozdrapywać tych ran bardziej niż to konieczne. Dbał o nią, chciał, by była bezpieczna, ale nie śmiał oczekiwać niczego więcej, bo przecież w tym wszystkim tak naprawdę niewiele się zmieniło.
Podjął słuszną decyzję, choć tak cholernie bolesną, ten rok mu to udowadniał. Nie chciał litości, nie pragnął wybaczenia, nie miał czuć ulgi. Poza tym przecież aż nazbyt boleśnie zdawał sobie sprawę z tego, jakie złudne byłyby jego nadzieję, że mogą tak po prostu spróbować ponownie. Pozbyli się Doppelgangera, ale to nie Doppelganger stał pomiędzy nimi.
A jednak kiedy nadarzyła się okazja, by zniknąć z tamtego przeklętego miejsca, zrobili to wspólnie jak tyle razy wcześniej. Odeszli stamtąd razem w to jedne miejsce, które wydawało się właściwe, bo kiedyś należało do nich. Miało być ich bezpieczną ostoją. I było? Jeszcze na kilka chwil mogło pomóc podtrzymać złudzenia?
Ostatnie chwile we wspólnym domu były jak przygnębiający sen, z którego nie mógł się obudzić. Jednocześnie były też jak senne marzenie, w którym pragnął z nią trwać. Jak dwa skrajne wrażenia jakimś cudem składające się w jedno. Nachodziły na siebie sprawiając, że to, co robili było tak właściwie niewłaściwe.
Dokładnie tak jak to, że ich ostatnie spotkanie miało mieć miejsce w tym samym domu, w którym rozstali się z końcem wiosny siedemdziesiątego pierwszego. W miejscu, w którym wcześniej przez lata dzielili chwile radości, smutku i miłości. To te ściany były świadkami ich wzlotów i upadków. To tu odkryli siebie nawzajem wtedy w tamten majowy weekend, budując wspólne marzenia.
Teraz jednak ten dom stał się pustym miejscem, w którym pozostały jedynie echa minionych dni. Byli w nim jak duchy. Widma przeszłości, ale nie przyszłości. To było takie bolesne, wiedzieć, że wszystko, co zbudowali, teraz zanika, że zamienia się w echo dawnych czasów.
Nie potrafił uwierzyć, że to, co kiedyś tworzyli, teraz w niecały rok nieomal rozpadło się w pył. Przecież tak dobrze pamiętał tamte ostatnie chwile spędzane na zewnątrz, gdy śnieg w dalszym ciągu spoczywał na trawniku a lodowate powietrze wdzierało się w płuca. Teraz jednak powietrze było ciężkie od smutku, a zamiast radości, czuł jedynie chłód pustki.
Ostatni raz spędzali ze sobą czas w ich wspólnym domu, w łazience z widokiem na morze i kawałek ogrodu, w miejscu, które niegdyś tętniło życiem i miłością, teraz zniszczone i zarośnięte.
To nie tak, że o to nie walczyli. Miesiącami prowadził tę cichą walkę. Próbował tego nie zniszczyć, znaleźć wyjście z sytuacji. Szukał odpowiedzi, usiłował być dla niej tym samym człowiekiem, który przysięgał jej, że będą ze sobą na zawsze. Po prostu nim się spostrzegł, wyczerpał wszelkie możliwości. Nie było dla nich nadziei. Nie chciał tego, ale musiał się z tym zmierzyć, choć czy kiedykolwiek tak naprawdę się z tym pogodził? Nie, nic nie musiał. Nawet odnajdywać spokoju po tej małej śmierci, jaką wtedy przeżył.
Teraz zamknął jej dłoń w swojej. Ta chwila była jak złudne marzenie, które miało trwać wiecznie, a które było jednocześnie tak ulotne. Samotność, którą Ambroise świadomie wybrał, teraz krzyczała w jego umyśle.
Po wszystkim, co przeżyli razem, po każdym uśmiechu, gestach i obietnicach, które wygłosili, odszedł. To było tak dawno temu, jednocześnie teraz znowu się dziejąc. Wszystko, co kiedyś budziło w nim radość, teraz przytłaczało go jak ciężki kamień spoczywający na jego piersi.
Nie było dla nich powrotu i choć rozumiał, że jej decyzja o układaniu sobie życia u boku kogoś innego, kogoś właściwego była konsekwencją jego wyborów, nie potrafił powstrzymać fali żalu i tego palącego rozgoryczenia.
Lata ich życia, pasje, które dzielili, śmiech, który był ich codziennością... ...wszystko to teraz wydawało się odległe jak bajka, której nigdy nie dane im było przeżyć do końca. Choć może ich koniec w dalszym ciągu tam był, tylko po prostu nie taki jaki zakładali? Nie mieli mieć swojego szczęśliwego zakończenia. Kolejny raz, tym razem ostateczny zamykali ten rozdział.
Z każdym dotykiem, spojrzeniem, uściskiem dłoni zbliżali się do siebie, ale jednocześnie się od siebie oddalali. To było nieodwracalne.
Powinien był walczyć, powinien był usilnie dążyć do naprawy tego, co się zepsuło, ale zamiast tego zamykał ich w tej jednej chwili, myśląc, że może tak będzie lepiej. Dzięki temu mogli udawać, szczególnie, że miał wrażenie, że ona też tego chciała, pokazując mu, jak bardzo oboje tego potrzebowali.
Byli tu razem, zamknięci w chwili z przeszłości mającej miejsce w teraźniejszości, ale bez przyszłości. Nie mógł cofnąć czasu, nawet nie chciał tego dłużej rozważać. Pewne rzeczy sięgały zbyt daleko, za głęboko, żeby dało się je tak po prostu naprawić. To były bezmyślne decyzje, które prowadziły do jego obecnego stanu, samotności otoczonej wspomnieniami.
Ten jeden raz trochę bardziej słodkimi niż gorzkimi.
Będącymi kontrastem do ostatnich miesięcy. Odkąd odszedł nie dane mu było zaznać ukojenia. Mijały dni a serce wciąż krwawiło. Im bardziej starał się o niej nie myśleć, tym silniejsze były wspomnienia. Jej śmiech, ciepły leśno-dymny zapach i ten sposób, w jaki na niego patrzyła. Była tam, w jego sercu, jak niezatarte piętno.
I mimo że podjął decyzję, która miała zapewnić Geraldine lepsze życie, każdy krok, który stawiał bez niej bolał bardziej niż poprzedni. Tamte czerwcowe popołudnie, właściwie to praktycznie wczesny wieczór jeszcze bardziej splątało mu nogi. Kiedy ich ścieżki ponownie się przecięły, miał wrażenie, że jeszcze bardziej się zagubił.
Tak łatwo byłoby uwierzyć, że tu w tym domu mogli ponownie się odnaleźć. A jednak nie mogli. To było złudzenie, ułuda. Czuł jak jego serce ponownie pęka na drobne kawałeczki, gdy uświadamiał sobie, że te chwile już nigdy się nie powtórzą, a potem na kilka chwil znowu się skleja, poruszone myślą, że może gdyby tylko...
Ale nie.
Zostawił ją a ona podjęła kroki, które prowadziły ją do światła, które nie należało do niego. Do niego należał ten przeklęty zmierzch. Nie blady świt, w którym teraz się zatapiali i słońce padające przez okno na ich sylwetki.
Nie potrafił oderwać wzroku od jej twarzy, tak bardzo znajomej a jednocześnie już obcej. Była piękna jak zawsze. Nawet kompletnie mokra i brudna. To nigdy mu nie przeszkadzało, zawsze był w stanie chwycić ją w swoje ramiona, zabrać ją do łazienki, opatrzyć, pomóc zmyć wszystkie ślady po trudnych dniach.
Teraz też mógł to zrobić, udając, że w jej oczach wcale nie dostrzega bardzo wątłego blasku, który należy do innego. Kogoś, kto zajął jego miejsce w jej sercu. Zabrał jej radość, by odejść w nieznane, aby zgubić się w chaosie swoich pochopnych decyzji i autodestrukcji, splątanych myśli.
Teraz, gdy stali naprzeciw siebie, znowu razem, czuł jak tęsknota rozdziera go od środka. To mogła być ich chwila, która nie zniknie dopóki będą milczeć, będzie trwać wiecznie. Każda sekunda była jak zalewająca fala przeszłości, raz za razem uderzając w Ambroisa aż wreszcie się temu poddał. Zatonął.
Słowa, które chciał jej powiedzieć, ugrzęzły w gardle. Milczał, bo wiedział, że niczego to nie zmieni. W końcu sam podjął tę decyzję. Musiał stawić czoła konsekwencjom, zawsze to robił. Chełpił się tym, gdy jeszcze byli razem. Tym, że nie rzuca słów na wiatr, że zawsze bierze na siebie wszystko, całą odpowiedzialność.
To dlaczego w tej chwili jedynym, czego najgłębiej pragnął było zrzucić ten ciężar ze swoich ramion? Zakopać go w tamtej jaskini w Snowdonii? Zacząć od nowa?
Pamiętał jak łatwo było po prostu przy niej trwać. Wszystkie ich wspólne chwile, śmiech, który wypełniał ich mały świat, kiedy to nikt i nic nie mogło ich zniszczyć. To były tak inne dni od tych teraz, kiedy trzymali się za ręce i marzyli o przyszłości. Obecnie te chwile były tylko najdalszym echem, które krążyło w jego sercu, zatruwało umysł, ale to była dobra trucizna. Słodka, otępiająca.
Kiedy Geraldine całkowicie zmniejszyła dystans pomiędzy nimi, ich spojrzenia spotkały się ze sobą, wargi same znalazły drogę ku upragnionej truciźnie. W tej chwili czas jeszcze bardziej się zatrzymał, wszystkie zmartwienia ustąpiły miejsca wszechobecnemu uczuciu słuszności, spokojowi, melancholii.
A jednak pod tym spokojem kryła się głęboka tragedia, której żadne z nich nie potrafiło wyrazić. Ich ciała zbliżyły się do siebie, jakby nie chciały odpuścić tego, co jeszcze resztką siły było ich. Każdy kolejny pocałunek, każde ukradkiem kradzione dotknięcie, spojrzenie wydawało mu się desperackim aktem, którego teraz nie żałował. Jeszcze nie. Na to miał przyjść czas później.
Ich ciała wędrowały ku sobie, znajdując wspólny rytm, opierając się o siebie, jakby pragnęły przynajmniej na chwilę zapomnieć o rzeczywistości. I nawet jeśli Ambroise wiedział, że to tylko iluzja sprawiająca, że zapomną o wszystkim, co się wydarzyło, jednocześnie niczego nie zmieniając, po prostu temu uległ. Desperacko łaknęli siebie nawzajem, jakby ten moment miał ich ocalić, jakby mogli w tej chwili cofnąć czas.
Całował ją, składając na jej ustach jeden po drugim pocałunek pełen emocji, smutku, tęsknoty i straty. Czując jak odpowiada mu czymś, co tylko w najskrytszych, najbardziej ostrożnych myślach mogło być tym samym, jakby nie tylko on a oboje starali się ukraść sobie chwilę, jakby każdy z nich pragnął na zawsze zapamiętać to uczucie, ten zapach, tę ciepłą falę, która łączyła ich ze sobą.
Wszystko splatało się w tej jednej chwili, w tym ostatnim zbliżeniu, które było zarówno początkiem, jak i końcem. Każde z nich zdawało sobie sprawę, że to był świt, który już nigdy się nie powtórzy. Każdy kolejny będzie tak samo piękny, ale już samotny.
Kiedy jej wargi dotknęły jego, mimowolnie pomyślał o tych wszystkich momentach, które spędzili razem. O tym jak zawsze wiedziała, czego pragnął, jak potrafiła odczytać jego myśli bez słów. Czy teraz też to robiła? Czy litowała się nad nim? Czy to, że ją do siebie przyciągał czyniło go w jej oczach desperatem? Czy tylko wydawało mu się, że też tego chciała?
Raz za razem dawała mu do zrozumienia, że nic ich nie łączy, że to, że poszedł za nią do tamtej jaskini było tylko koniecznością. Zgodą pijanej, pogrążonej w lęku kobiety, która nie widziała wtedy dla siebie żadnej przyszłości. Więc dała mu się w to wplątać a potem po prostu poszła za ciosem, parokrotnie próbując zmienić zdanie, lecz ostatecznie mu ulegając, bo usrał się jak zawsze.
On zresztą nie był lepszy. Odpowiadał jej łaską, niechęcią, rozgoryczeniem. Zatajał swoje motywacje, krył w sobie uczucia, bo nie uważał, żeby było na nie miejsce. Już nie. Wydawało mu się jednak, że nie, że to, co teraz mieli nie było kolejnym kłamstwem.
W przeciwieństwie do tego momentu. Ta chwila zaiste była złudzeniem, mignięciem migawki przeszłości przed końcem świata. Za kilka minut, może parę godzin musiał ruszyć dalej, spełniając oczekiwania, dotrzymując obietnicy. On miał ponownie odejść, na stałe opuścić ich dom, pozwalając Geraldine uczynić go swoim miejscem z kimś inny. Liczył, że znajdzie szczęście, które kiedyś odebrał jej swoim wyborem, nawet jeśli rozrywało go to od wewnątrz. Nie powinno, ale nigdy nie przestało.
Szybko zrozumiał, że zostanie sam, z cieniami przeszłości, które zawsze będą krążyć nad nim jak sępy. Zbierały się nad nim na długo przed tym, gdy wszystko obróciło się w perzynę. Przeszłość bolała go jak widmowe ostrze wbijane w ciało, ale przyszłość była pewna, nienaruszalna.
Ostatnią decyzją, jaką podjął, było to, że musiał ponownie dać jej odejść. Nie miał prawa jej zatrzymywać, nawet jeśli ciężar i ból, który nosił w sobie były nie do zniesienia. Dłoń przeczesująca mu włosy koiła, łagodziła ciężar, sprawiała, że nie był aż tak zagubiony w emocjach.
Po prostu żałował. Cholernie żałował tego, że nie potrafił być tym, kim obiecał, że będzie. Tym, kim już nigdy nie miał się stać. Chciał z nią być. Chciał, aby dalej szła z nim przez życie, ale ich ścieżki już dawno zaczęły prowadzić ich każde w inną stronę.
Odetchnął głęboko, przeklinając się w myślach za to, że to właśnie on podjął decyzję o odejściu. To była jego wina. Miał tak wiele do powiedzenia, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Szukał ich w zakamarkach umysłu, w zmierzchu swoich emocji, ale w końcu musiał zdać sobie sprawę z tego, że nie było już nic więcej, co mógłby powiedzieć.
Każdy moment, każdy kontakt, ta wyniszczająca tęsknota, ta świadomość, że żadne przepraszam ich już nie połączy... ...zachował się tak, jakby to wszystko, każdy pocałunek miał znaczenie, jakby tą chwilą, którą mogli jeszcze spędzić razem, dało się uratować wszystko, co bezpowrotnie przepadło.
A przecież on odszedł. Oboje odeszli. Ona odeszła, znalazła kogoś innego. To była jego wina. Jego wina. Wiedział, że to on sprawił, iż nie mogli być razem, nie potrafił dać jej tego, czego potrzebowała. Zdawał sobie sprawę z tego, że gdy ten moment się skończy, nie pozostanie mu praktycznie nic prócz strzępów dawnych obietnic i smutnych wspomnień. Świadomie się na to zgadzał.
Jej zapach wypełniał jego zmysły, pozostawiał echa pragnienia, które nigdy nie wygasło. Kiedy zsunął z niej resztki bielizny, uniósł głowę, automatycznie poszukując oczu Riny. Odnajdując je, zatracając się w nim na kilka słodkich sekund, posyłając jej przeciągłe spojrzenie. Zgromadził w sobie odwagę, aby spojrzeć jej w oczy, wiedząc, że to najlepsze, co mógł zrobić. Nie unikać jej dłużej.
Czuł jak jego serce zaczęło bić znacznie szybciej, jakby to wszystko, co się między nimi działo mogło przywrócić dawną miłość, jaką łączyli. Oplatając ją ramionami, nie odsuwając się na moment, podźwignął się z klęczek, jednocześnie po prostu ją unosząc. Gładkim ruchem przyciskając ją do szklanej zaparowanej tafli, zamykając jej usta w kolejnych pocałunkach. Żarliwiej, choć może jednocześnie bardziej desperacko?
Wziął ją w ramiona, ich ciała znalazły się tak blisko, tak bardzo do siebie pasując. Letnia woda spływała po ich złączonych sylwetkach, otaczała ich, owijała strumieniami. Owinął ją mocno ramionami, przyciskając wargi do warg, jakby każdy z ich złączonych oddechów mógł stać się świadectwem tego, że wciąż się kochali, mimo dzielących ich miesięcy i błędów, które doprowadziły do gorzkiego końca.
Milczał, odrywając się od jej ust tylko na chwilę, poszukując tej ostatniej rzeczy, której teraz potrzebował. W tym milczeniu były słowa, które nie mogły być wypowiedziane. Pytanie w oczach. Cicha, desperacka prośba o przyzwolenie na to, co wydawało się nieuniknione. A jednak?
Przywłaszczył sobie ten moment zupełnie tak, jakby dzięki temu mógł cofnąć czas. Ale czas nie zmieniał się dla nikogo.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (28020), Geraldine Greengrass-Yaxley (22904)




Wiadomości w tym wątku
[01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 21.11.2024, 22:59
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.11.2024, 00:10
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 22.11.2024, 01:52
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.11.2024, 12:25
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 22.11.2024, 16:09
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.11.2024, 22:22
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.11.2024, 00:16
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.11.2024, 13:36
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.11.2024, 16:04
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.11.2024, 23:08
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.11.2024, 13:08
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.11.2024, 01:00
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.11.2024, 04:02
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.11.2024, 11:14
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.11.2024, 12:45
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.11.2024, 14:41
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.11.2024, 15:58
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.11.2024, 22:42
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.11.2024, 01:15
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.11.2024, 15:29
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.11.2024, 17:56
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.11.2024, 01:38
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.11.2024, 04:26
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.11.2024, 15:34
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.11.2024, 19:27
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.11.2024, 00:02
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.11.2024, 02:58
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.12.2024, 00:21
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.12.2024, 01:59
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.12.2024, 12:15
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.12.2024, 15:00
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.12.2024, 23:41
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.12.2024, 01:22
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.12.2024, 00:16

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa