26.11.2024, 22:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.11.2024, 22:30 przez Lorien Mulciber.)
Prawda była taka, że pani Mulciber nieszczególnie zdawała się przejmować goblinem - zwłaszcza, gdy ów opuścił wreszcie jej małe, urzędnicze królestwo. Odesłała go w trzy diabły i to się teraz liczyło.
Nie mogła też powiedzieć, że była specjalnie rozczarowana, gdy Rodolphus wzruszył ramionami. Z pewnością tego nie okazała. Ot zrzuciła ostentacyjne gesty na karb młodzieńczego buntu - sama nieszczególnie dobrze ukrywała swoją niechęć do niższych ras jeszcze parę lat temu. Patrzyła na nich z zimną pogardą, górując po trzykroć w swojej drobnej istocie. A potem na stołku zasiadł Nobby i… świat się nie zawalił. Nie nastąpił żaden apokaliptyczny koniec świata i jedynymi przegranymi okazali się ci, którzy w pożałowania godnym gniewie wymaszerowali z Ministerstwa.
- Niech mnie pan źle nie zrozumie. - Uniosła kącik ust w niemalże przepraszającym grymasie.- Jestem wierną przyjaciółką Departamentu Tajemnic. Był czas, gdy rozważano moje przeniesienie do projektów w Komnacie Śmierci.- Wyznała. Nie była to żadna wielka tajemnica, choć ironia zesłania tej konkretnej czarownicy do pracy przy całunach i tajemnicach wieczności zdawało się okrutną ironią. Nie tłumaczyła dalej, odpuszczając sobie ckliwe opowieści. Każdy miał swoje miejsce w trybikach miłościwie im funkcjonującego systemu, niezależnie od korytarzy, którymi każdego dnia kroczyli i celów, które przed nimi stawiano.- Działacie pod wyjątkową presją. Widzę ją czasem w oczach moich drogich przyjaciół, którym dane jest podążać tą ścieżką.
Słyszała o półnagim jegomościu, choć Bogowie zdawali się mieć panią sędzię w swojej opiece - nie przypałętał się w jej rejony. Pokręciła za to powoli i stanowczo głową, gdy Lestrange wspomniał o Brennie. Nie. Nie widziała żadnych powodów, żeby aktualnie nadal ciągnąć kwestię goblina - nie spodziewała się, żeby sprawa wyewoluowała na tyle, by zaszła już teraz konieczność zamęczania młodej brygadzistki. Bo chyba jeszcze nie aurorki? Nie była pewna. To co działo się za ścianą zdawało się być momentami odrębnym światem, który czasem przenikał do jej własnego. Zwłaszcza, gdy jeszcze był tam Stanley.
W co ten dzieciak się wpakował…
Pozwoliła przez chwilę błądzić myślom wokół postaci nieszczęsnego Borgina, ściągnięta na ziemię dopiero, gdy Rodolphus zainteresował się makietą.
Są piękne.
- Są wyjątkowe.- Przyznała. Ostrożnie uchyliła szklane drzwi klosza, pozwalając temu jednemu wypełznąć przez szparę. Zamknęła je dość szybko, by inne się nie zorientowały. Złapała pupilka na otwartą dłoni zanim zsunął się po tafli gabloty na podłogę. Opadł na jej rękę z cichym plop, siedząc przez chwilę bez ruchu. Gestem drugiej ręki dała Lestrange’owi znak, żeby powoli i ostrożnie podszedł trochę bliżej.
- Nie wiem czy fascynacja to dobre słowo, panie Lestrange. O wiele bardziej lubię zrozumienie.- Na tym etapie powinien już się przyzwyczaić, że Lorien nie mówiła nic wprost. Tkwiła za zasłoną zbudowaną z niedopowiedzeń, historii i symboli. Spróbowała delikatnym ruchem odsunąć dementorowi kapturek, ale kościste łapki natychmiast go pochwyciły siłując się i naciągając go mocniej. Odpuściła widząc jego wysiłek i słysząc oburzone prychnięcia. Jeśli mężczyzna podsunął swoją rękę, był to też moment, kiedy istotka całkiem dziarsko, szeleszcząc długą szatą przeskoczyła na jego palce. Dementorek był lekki, dość chłodny i przyjemny w dotyku.
- Azkaban panie Lestrange przypomina nam o tym jakie powinno być prawo.Jako ludzie, czarodzieje, jesteśmy dalecy od doskonałości - kierujemy się uprzedzeniami; wybieramy to co łatwe, a nie właściwe; manipulujemy i dajemy sobą manipulować. Zabijamy dla naszych wartości bo są nasze. Jedyne słuszne i właściwe, prawda?
Dementorzy wyzbyli się tych wszystkich, żałośnie ludzkich przywar. Mogli osądzać bazując na najprostszym z możliwych instynktów - chorobliwej potrzebie przetrwania.
Zamilkła na sekundę czy dwie, zbierając dalsze myśli.
- Nie ma na świecie miejsca, które czyniłoby człowieka człowiekowi równiejszego sobie w obliczu śmierci i cierpienia.-
Dopiero teraz podniosła przepełniony czymś podobnym do rozczulenia i dumy, wzrok z Dementorka na swojego gościa. Uczucia szybko zniknęły, pozostawiając jej oczy na nowo martwe.- Wierzę, że nasz przyjaciel Grox już opuścił mury Ministerstwa i może pan spokojnie wrócić do swoich zajęć. Nie będę pana zatrzymywać.- Przechyliła lekko głowę, patrząc czy jeden z jej pupilków jakkolwiek zareaguje i zechce wrócić w jej "matczyne" objęcia.- Niech pan go weźmie. To nieszkodliwe istotki, choć potrafią rozrabiać, gdy się nudzą. Gdyby za bardzo przeszkadzał - wie pan, gdzie mnie znaleźć.
Nie mogła też powiedzieć, że była specjalnie rozczarowana, gdy Rodolphus wzruszył ramionami. Z pewnością tego nie okazała. Ot zrzuciła ostentacyjne gesty na karb młodzieńczego buntu - sama nieszczególnie dobrze ukrywała swoją niechęć do niższych ras jeszcze parę lat temu. Patrzyła na nich z zimną pogardą, górując po trzykroć w swojej drobnej istocie. A potem na stołku zasiadł Nobby i… świat się nie zawalił. Nie nastąpił żaden apokaliptyczny koniec świata i jedynymi przegranymi okazali się ci, którzy w pożałowania godnym gniewie wymaszerowali z Ministerstwa.
- Niech mnie pan źle nie zrozumie. - Uniosła kącik ust w niemalże przepraszającym grymasie.- Jestem wierną przyjaciółką Departamentu Tajemnic. Był czas, gdy rozważano moje przeniesienie do projektów w Komnacie Śmierci.- Wyznała. Nie była to żadna wielka tajemnica, choć ironia zesłania tej konkretnej czarownicy do pracy przy całunach i tajemnicach wieczności zdawało się okrutną ironią. Nie tłumaczyła dalej, odpuszczając sobie ckliwe opowieści. Każdy miał swoje miejsce w trybikach miłościwie im funkcjonującego systemu, niezależnie od korytarzy, którymi każdego dnia kroczyli i celów, które przed nimi stawiano.- Działacie pod wyjątkową presją. Widzę ją czasem w oczach moich drogich przyjaciół, którym dane jest podążać tą ścieżką.
Słyszała o półnagim jegomościu, choć Bogowie zdawali się mieć panią sędzię w swojej opiece - nie przypałętał się w jej rejony. Pokręciła za to powoli i stanowczo głową, gdy Lestrange wspomniał o Brennie. Nie. Nie widziała żadnych powodów, żeby aktualnie nadal ciągnąć kwestię goblina - nie spodziewała się, żeby sprawa wyewoluowała na tyle, by zaszła już teraz konieczność zamęczania młodej brygadzistki. Bo chyba jeszcze nie aurorki? Nie była pewna. To co działo się za ścianą zdawało się być momentami odrębnym światem, który czasem przenikał do jej własnego. Zwłaszcza, gdy jeszcze był tam Stanley.
W co ten dzieciak się wpakował…
Pozwoliła przez chwilę błądzić myślom wokół postaci nieszczęsnego Borgina, ściągnięta na ziemię dopiero, gdy Rodolphus zainteresował się makietą.
Są piękne.
- Są wyjątkowe.- Przyznała. Ostrożnie uchyliła szklane drzwi klosza, pozwalając temu jednemu wypełznąć przez szparę. Zamknęła je dość szybko, by inne się nie zorientowały. Złapała pupilka na otwartą dłoni zanim zsunął się po tafli gabloty na podłogę. Opadł na jej rękę z cichym plop, siedząc przez chwilę bez ruchu. Gestem drugiej ręki dała Lestrange’owi znak, żeby powoli i ostrożnie podszedł trochę bliżej.
- Nie wiem czy fascynacja to dobre słowo, panie Lestrange. O wiele bardziej lubię zrozumienie.- Na tym etapie powinien już się przyzwyczaić, że Lorien nie mówiła nic wprost. Tkwiła za zasłoną zbudowaną z niedopowiedzeń, historii i symboli. Spróbowała delikatnym ruchem odsunąć dementorowi kapturek, ale kościste łapki natychmiast go pochwyciły siłując się i naciągając go mocniej. Odpuściła widząc jego wysiłek i słysząc oburzone prychnięcia. Jeśli mężczyzna podsunął swoją rękę, był to też moment, kiedy istotka całkiem dziarsko, szeleszcząc długą szatą przeskoczyła na jego palce. Dementorek był lekki, dość chłodny i przyjemny w dotyku.
- Azkaban panie Lestrange przypomina nam o tym jakie powinno być prawo.Jako ludzie, czarodzieje, jesteśmy dalecy od doskonałości - kierujemy się uprzedzeniami; wybieramy to co łatwe, a nie właściwe; manipulujemy i dajemy sobą manipulować. Zabijamy dla naszych wartości bo są nasze. Jedyne słuszne i właściwe, prawda?
Dementorzy wyzbyli się tych wszystkich, żałośnie ludzkich przywar. Mogli osądzać bazując na najprostszym z możliwych instynktów - chorobliwej potrzebie przetrwania.
Zamilkła na sekundę czy dwie, zbierając dalsze myśli.
- Nie ma na świecie miejsca, które czyniłoby człowieka człowiekowi równiejszego sobie w obliczu śmierci i cierpienia.-
Dopiero teraz podniosła przepełniony czymś podobnym do rozczulenia i dumy, wzrok z Dementorka na swojego gościa. Uczucia szybko zniknęły, pozostawiając jej oczy na nowo martwe.- Wierzę, że nasz przyjaciel Grox już opuścił mury Ministerstwa i może pan spokojnie wrócić do swoich zajęć. Nie będę pana zatrzymywać.- Przechyliła lekko głowę, patrząc czy jeden z jej pupilków jakkolwiek zareaguje i zechce wrócić w jej "matczyne" objęcia.- Niech pan go weźmie. To nieszkodliwe istotki, choć potrafią rozrabiać, gdy się nudzą. Gdyby za bardzo przeszkadzał - wie pan, gdzie mnie znaleźć.