27.11.2024, 00:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.11.2024, 00:33 przez Lorien Mulciber.)
- W ogrodzie.
To zawsze było słuszną odpowiedzią i Wergiliusz już wkrótce miał się nauczyć, że nie trzeba Pani o to pytać.
Choć początkowo chciała też skrzatu odmówić i uznać, że zadowoli się filiżanką cierpkiej herbaty - ostatecznie zdecydowała się na wyjątkowo prostą, bezpieczną kolację. Wolała to od słuchania niewygodnych pytań czy porad, nawet jeśli te zdawały się wynikać z czystej troski.
I rzeczywiście - to właśnie w ogrodzie zastał ją Anthony. Nie było w tym nic dziwnego. Można było odnieść wrażenie, że niemal instynktownie Lorien unikała od pewnego czasu zamknięcia. Gdy odwiedzała rodziców - powracała z płatkami kwiatu pomarańczy w lokach, gdy siedziała w kamienicy - cieplejsze wieczory spędzała na balkonie. Jakby jej małej, uśpionej ptasiej naturze, brakowało widoku nieba i ciepła słońca na policzkach.
Choć nadal ubrana w sędziowską togę - kobieta zdawała się być poza ramami ciasnej roli, którą tak ukochała. Czy to możliwe, że Anthony, może nawet po raz pierwszy w życiu, dostąpił zaszczytu wglądu za kulisy życia pani Mulciber? Czy taką przez ostatnie miesiące widywał ją Robert?
Pochyloną nad zniszczonym kalendarzem, w którym żarliwie zapisywała kolejne słowa. Z włosami leniwie owiniętymi wokół różdżki, by nie wpadały jej do oczu. Można było odnieść wrażenie, że nawet teraz, gdy jej służba się skończyła - myśli Lorien krążyły w głębokich wodach i meandrach tajemnic prawa - zbrodni i kary.
Pod krzesłem czarownicy, na świeżej trawie leżał ogromny, puchaty kot w popielatym kolorze. Dziwaczne to było zwierzę - Lorien pojawiła się z nim na pogrzebie, gdzie zdawał się nie odstępować wdowy na krok. W Little Hangleton nie czuło się zbytnio jego obecności. Spędzał czas rozwalony na przeróżnych parapetach (gdzie akurat padało słońce) albo znikał na całe dnie spacerując po miasteczku i załatwiając swoje bardzo ważne kocie sprawy. Kot nie miał imienia, podobno reagował na shu shu petit chat, ale Wergiliusz zarzekał się, że to nie działa.
Gdy tylko Lorien wracała pojawiał się przy jej boku jak bezszelestny cień, który brała na ręce i szeptała do kociego uszka swoje małe tajemnice. Wbrew wszelkim instynktom ptaszyna znajdowała pocieszenie i spokój duszy w miękkim futrze swojego towarzysza - jedynej pamiątki, która jej pozostała po przeszłości.
Słysząc jego kroki na ścieżce, odwróciła powoli głowę. Nieśpiesznie. Wciąż jeszcze nieobecna, gdy jej spojrzenie zdawało się sięgać daleko ponad jego ramię, gdzieś za horyzont. Nieświadomie uniosła nieznacznie lewą dłoń w geście przywitania - pozwalając ją ucałować. Szczupłych dłoni nie zdobiły dziś żadne pierścienie i obrączki - z wyjątkiem jednego. Nieważne jak trudny do zniesienia był ciężar - Lorien nie ściągała z palca wskazującego pierścionka, który nasunęła na palec 8 lat wcześniej wśród złotych piasków Jordanii. Drgnęła orientując się w swoim geście i spróbowała, niemal zawstydzona cofnąć dłoń.
- To był… dobry dzień.- Stwierdziła ostatecznie, analizując słowa Anthony’ego.- Nie miałam czasu o nich myśleć Antonio.- Przyznała, a ciszę, która zapadła na parę sekund przerwał jej delikatny, cichy śmiech. Ciężko powiedzieć czy był jednak szczery. Lorien nie miała zwyczaju się śmiać zbyt często.- Jeden ze skrzatów sprzątających w Departamencie postanowił umyć gablotę z moją makietą. Przez przypadek uwolnił z pół tuzina moich pupili. -Westchnęła bezgłośnie. Było coś miłego w tym, że na jej widok azkabanowe dzieci porzuciły terroryzowanie biednego skrzata, zlatując się do pani Mulciber, stęsknione jej obecności.- A i tak jednego nie mogę nadal znaleźć. Mam poważne podejrzenie, że załapał się na lot naszą wewnętrzną korespondencją..
Pierwszy w historii dementor pocztowy zapewne śmigał radośnie papierowymi samolocikami napędzając stracha połowie Ministerstwa. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy te spragnione wolności psotniki znajdowały sobie absurdalne zajęcie albo ofiarę, którą dręczyły tak długo aż nie otrzymały zasłużonej atencji. Część zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach, część wracała do “domu” zwykle w szczelnie zapakowanych pojemnikach, a Lorien mogłaby przysiąc, że widziała jednego w księgowości bawiącego się jakimś przedpotopowym liczydłem w dodatku ubranego w zrobiony na drutach kolorowy kardiganek.
Na dźwięk burczenia w brzuchu, odwróciła grzecznie wzrok. Nie zamierzała go zawstydzać czy sobie żartować z czegoś tak prozaicznego. Pozwoliła mu się pozbierać po wstydliwej chwili bez słowa komentarza.
- Caponatę.- Odpowiedziała. Lubiła wracać do sycylijskich, znanych sobie smaków. Lekkich. Niewymagających od niej przesadnego wysiłku. Może nieszczególnie przy okazji sycących, ale wolała lekkie uczucie głodu nad ból szczęki i problemów z przełykaniem. Bolączki ciała przychodziły i odchodziły jako wierne przypomnienie, że nadal jest chora.- Ale Wergiliusz przygotowuje też jagnięcinę.
Dopiero teraz, gdy miała pewność, że tusz już dawno wysechł, zamknęła ostrożnie kalendarz. Odsunęła go od siebie.
- Jak spędziłeś dzień, Antonio?- Zapytała po części z czystej kultury, po części z ciekawości.
To zawsze było słuszną odpowiedzią i Wergiliusz już wkrótce miał się nauczyć, że nie trzeba Pani o to pytać.
Choć początkowo chciała też skrzatu odmówić i uznać, że zadowoli się filiżanką cierpkiej herbaty - ostatecznie zdecydowała się na wyjątkowo prostą, bezpieczną kolację. Wolała to od słuchania niewygodnych pytań czy porad, nawet jeśli te zdawały się wynikać z czystej troski.
I rzeczywiście - to właśnie w ogrodzie zastał ją Anthony. Nie było w tym nic dziwnego. Można było odnieść wrażenie, że niemal instynktownie Lorien unikała od pewnego czasu zamknięcia. Gdy odwiedzała rodziców - powracała z płatkami kwiatu pomarańczy w lokach, gdy siedziała w kamienicy - cieplejsze wieczory spędzała na balkonie. Jakby jej małej, uśpionej ptasiej naturze, brakowało widoku nieba i ciepła słońca na policzkach.
Choć nadal ubrana w sędziowską togę - kobieta zdawała się być poza ramami ciasnej roli, którą tak ukochała. Czy to możliwe, że Anthony, może nawet po raz pierwszy w życiu, dostąpił zaszczytu wglądu za kulisy życia pani Mulciber? Czy taką przez ostatnie miesiące widywał ją Robert?
Pochyloną nad zniszczonym kalendarzem, w którym żarliwie zapisywała kolejne słowa. Z włosami leniwie owiniętymi wokół różdżki, by nie wpadały jej do oczu. Można było odnieść wrażenie, że nawet teraz, gdy jej służba się skończyła - myśli Lorien krążyły w głębokich wodach i meandrach tajemnic prawa - zbrodni i kary.
Pod krzesłem czarownicy, na świeżej trawie leżał ogromny, puchaty kot w popielatym kolorze. Dziwaczne to było zwierzę - Lorien pojawiła się z nim na pogrzebie, gdzie zdawał się nie odstępować wdowy na krok. W Little Hangleton nie czuło się zbytnio jego obecności. Spędzał czas rozwalony na przeróżnych parapetach (gdzie akurat padało słońce) albo znikał na całe dnie spacerując po miasteczku i załatwiając swoje bardzo ważne kocie sprawy. Kot nie miał imienia, podobno reagował na shu shu petit chat, ale Wergiliusz zarzekał się, że to nie działa.
Gdy tylko Lorien wracała pojawiał się przy jej boku jak bezszelestny cień, który brała na ręce i szeptała do kociego uszka swoje małe tajemnice. Wbrew wszelkim instynktom ptaszyna znajdowała pocieszenie i spokój duszy w miękkim futrze swojego towarzysza - jedynej pamiątki, która jej pozostała po przeszłości.
Słysząc jego kroki na ścieżce, odwróciła powoli głowę. Nieśpiesznie. Wciąż jeszcze nieobecna, gdy jej spojrzenie zdawało się sięgać daleko ponad jego ramię, gdzieś za horyzont. Nieświadomie uniosła nieznacznie lewą dłoń w geście przywitania - pozwalając ją ucałować. Szczupłych dłoni nie zdobiły dziś żadne pierścienie i obrączki - z wyjątkiem jednego. Nieważne jak trudny do zniesienia był ciężar - Lorien nie ściągała z palca wskazującego pierścionka, który nasunęła na palec 8 lat wcześniej wśród złotych piasków Jordanii. Drgnęła orientując się w swoim geście i spróbowała, niemal zawstydzona cofnąć dłoń.
- To był… dobry dzień.- Stwierdziła ostatecznie, analizując słowa Anthony’ego.- Nie miałam czasu o nich myśleć Antonio.- Przyznała, a ciszę, która zapadła na parę sekund przerwał jej delikatny, cichy śmiech. Ciężko powiedzieć czy był jednak szczery. Lorien nie miała zwyczaju się śmiać zbyt często.- Jeden ze skrzatów sprzątających w Departamencie postanowił umyć gablotę z moją makietą. Przez przypadek uwolnił z pół tuzina moich pupili. -Westchnęła bezgłośnie. Było coś miłego w tym, że na jej widok azkabanowe dzieci porzuciły terroryzowanie biednego skrzata, zlatując się do pani Mulciber, stęsknione jej obecności.- A i tak jednego nie mogę nadal znaleźć. Mam poważne podejrzenie, że załapał się na lot naszą wewnętrzną korespondencją..
Pierwszy w historii dementor pocztowy zapewne śmigał radośnie papierowymi samolocikami napędzając stracha połowie Ministerstwa. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy te spragnione wolności psotniki znajdowały sobie absurdalne zajęcie albo ofiarę, którą dręczyły tak długo aż nie otrzymały zasłużonej atencji. Część zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach, część wracała do “domu” zwykle w szczelnie zapakowanych pojemnikach, a Lorien mogłaby przysiąc, że widziała jednego w księgowości bawiącego się jakimś przedpotopowym liczydłem w dodatku ubranego w zrobiony na drutach kolorowy kardiganek.
Na dźwięk burczenia w brzuchu, odwróciła grzecznie wzrok. Nie zamierzała go zawstydzać czy sobie żartować z czegoś tak prozaicznego. Pozwoliła mu się pozbierać po wstydliwej chwili bez słowa komentarza.
- Caponatę.- Odpowiedziała. Lubiła wracać do sycylijskich, znanych sobie smaków. Lekkich. Niewymagających od niej przesadnego wysiłku. Może nieszczególnie przy okazji sycących, ale wolała lekkie uczucie głodu nad ból szczęki i problemów z przełykaniem. Bolączki ciała przychodziły i odchodziły jako wierne przypomnienie, że nadal jest chora.- Ale Wergiliusz przygotowuje też jagnięcinę.
Dopiero teraz, gdy miała pewność, że tusz już dawno wysechł, zamknęła ostrożnie kalendarz. Odsunęła go od siebie.
- Jak spędziłeś dzień, Antonio?- Zapytała po części z czystej kultury, po części z ciekawości.