27.11.2024, 04:26 ✶
To był odruch, że trafili właśnie tutaj. Nie na Horyzontalną, nie do Doliny Godryka, nie do znacznie bliższego dworu w Snowdonii, w której przecież już byli. Nie każde z osobna. Nie, wrócili razem do Piaskownicy, kurczowo trzymając się za ręce i nie wymieniając ani jednego zbędnego spojrzenia. Ani słowa o tym, co zamierzali zrobić, czy w ogóle powinni to zrobić.
Nie powinni. Tylko intensywność tamtej chwili i wzajemne pragnienie ich do tego skłoniły. Zmęczenie? Przytłoczenie? Chłód? Prócz tego nic ich przecież nie łączyło.
Już nie, ale wciąż instynktownie po to sięgnęli. Po siebie nawzajem, po swój dotyk, uścisk dłoni, jakby nadal mogli przeżyć kilka kolejnych sekund na wspólnej drodze. Zboczyć na chwilę z własnych ścieżek, ukraść coś, co już do nich nie należało. Podeptać krzewy wrzosów w paśmie, jakie wyrastało między nimi. Zanim bezpowrotnie się rozejdą, ponownie wchodząc na swoje niewłaściwe ścieżki.
Bowiem przecież to było coś tak naturalnego, ten powrót do domu na odludziu. Nigdy wcześniej nie było tak nostalgiczne i podszyte smutkiem ani goryczą. Zawsze działało na ich korzyść, prowadząc ich ku bezpiecznej przystani. Pozwalając im znaleźć się we wspólnej niemalże uświęconej przestrzeni, nie musieć myśleć o tym, co będzie dalej, w jaki sposób postąpią. Po prostu raz za razem powracali do tego samego miejsca, robiąc to tyle razy w przeszłości, że i tym razem ta teleportacja przyszła im bezwiednie.
Tak odruchowo, że uświadomienie sobie tego zabolało bardziej niż tamten nieoczekiwany policzek, jaki dostał znikąd tuż po przekroczeniu wejścia do groty, w której rozegrały się ostateczne wydarzenia nocy. Niemalże tak mocno jak ostry liść, który Geraldine wymierzyła mu pierwszy raz w życiu (długo z nim wytrzymała, czyż nie?), gdy pokłócili się w jego samotni w Dolinie.
Mimo wszystko, ta ostatnia sytuacja i to, co się teraz działo były porównywalne druzgocące. Tak bardzo, że mógłby uśmiechnąć się z goryczą, gdyby tylko nie obawiał się, że wtedy jego maska zacznie po prostu pękać. Nie chciał dać po sobie poznać słabości, nawet jeśli podświadomie wiedział, że to niemożliwe.
Nie w obliczu tych momentów, które dotyczyły dokładnie tego samego. Czegoś, co nigdy nie powinno mieć miejsca. Nie miałoby go, gdyby był innym człowiekiem, lepszym człowiekiem, mężczyzną, którym naprawdę długo faktycznie usiłował być. Przez wiele miesięcy starał się za wszelką cenę zepchnąć na dalszy plan to wszystko, co mogło szkodzić ich idylli. To, że przecież gdzieś tam podskórnie wiedział, że prawdziwej natury nie da się przygłaskać. Prędzej czy później i tak wyjdzie na wierzch, dopominając się o należną uwagę.
Niemal wszystko w tym miejscu przypominało mu o błędach, które uczynił. Błędach, których nie potrafił sobie wybaczyć, nieważne ile czasu upłynęło odkąd wyszedł stąd po raz ostatni. To było tak wiele. Te wszystkie wspomnienia, dobre i złe chwile, przemyślane i pochopne decyzje. Cienie przeszłości, nostalgia ukryta niemalże w każdym zakątku, wypływająca z zakurzonych zakamarków przeszłości.
Teraz, kiedy stali obok siebie, znów czuł mocniejsze bicie serca. To, jak łomotało na jej widok, przyprawiając go o ból w piersi. Mimo że wiedział, że to, co zrobił było złe zaś to, czego pragnął - jeszcze gorsze, pragnienie, by znów poczuć jej ciepło, ogarniało go jak morze. Przychodziło jak fale, niemalże zwalając Ambroisa z nóg, nawet jeśli sztywno na nich stał, usiłując nie pogrzebać tego, co między nimi narastało, żadnym pochopnym ruchem.
Nigdy aż tak bardzo się nie miarkował. Nie powstrzymywał się przed żarliwymi pocałunkami - teraz powolnymi i łagodnymi. Nie trzymał rąk przy sobie. Nie pamiętał, by kiedykolwiek tak bardzo tłumił słowa w ustach, uciekając spojrzeniem i obawiając się naruszyć coś, co było tak ulotne, tak kruche i niewłaściwe. Nawet wtedy, kiedy kręcili się wokół siebie, brodząc po pas w niedopowiedzeniach, przynajmniej potrafili ze sobą rozmawiać.
Teraz już tego nie mieli. Każde zdanie, które mogłoby być wypowiedziane, wciąż unosiło się w powietrzu jak coś ciężkiego, mrocznego, będącego w stanie wywołać więcej krzywdy i szkody niżeli dobra. Co miałby zresztą powiedzieć? Każde przepraszam wydawało się teraz banalne w obliczu tego, co zrobił.
Stracił ją. Dobrowolnie ją stracił. Co gorsza nie żałował odejścia, tylko tego, co prowadziło do tamtej decyzji, więc jakże miałby ją za nie przepraszać? Mieli być ze sobą szczerzy. W tym momencie waga tamtej obietnicy, nawet jeśli wielokrotnie później łamanej, docierała do niego bardzo znacząco, cholernie odczuwalnie.
Teraz, gdy ich drogi na żałośnie krótki czas znów się skrzyżowały, czuł ciężar niewypowiedzianego, ale nie chciał jej okłamywać. Wystarczyło, że mieli tę chwilę, kilka minut ułudy, żałośnie krótkie mgnienie oka wobec wielu lat, które ze sobą spędzili. To nie było kłamstwo, prawda? Wyłącznie zapomnienie.
Patrzył na nią, tęskniąc za bliskością, która niegdyś była ich codziennością. Czymś, co Roise brał za pewnik, bo przecież obiecywali sobie, że to potrwa wiecznie. W tamtym czasie oboje wiedzieli, że istniała między nimi jakaś niewidzialna nić, która łączyła ich na zawsze. Tyle tylko, że zawsze najwidoczniej stało bliżej nigdy więcej niżeli mogliby się spodziewać.
Nie chciał pytać, czy dałoby się ponownie przywrócić to, co kiedyś mieli, bo miał wrażenie, że odpowiedź przyniosłaby wyłącznie jeszcze więcej żalu i smutku.
Gdyby tylko mógł cofnąć czas, wrócić do chwil, kiedy wszystko wydawało się tak proste i klarowne. Zrobiłby to. Nawet jeśli później musiałby wrócić do tej pustki, zrobiłby to. Powróciłby do czasów, kiedy ciemne chmury jeszcze nie zbierały się na horyzoncie i nie zasłaniały ich szczęścia... ...ale nie mógł. Tamtego dnia, kiedy odebrał Geraldine możliwość wyboru, wszystko zmieniło się bezpowrotnie. To było ich nowe na zawsze. Na zawsze potępieni w tym, czego nie mogli mieć.
Teraz stali zaledwie kilka kroków od siebie. Bliżej niż przez ostatnie miesiące. Miał ją na wyciągnięcie ręki, mógł przyciągnąć ją do siebie tak jak jeszcze przed chwilą na plaży. Otworzyć usta, przemóc się ku temu, by wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Później kolejny i kolejny, usiłując powiedzieć to wszystko, co... ...nic by nie zmieniło, prawda?
Powietrze było gęste od niewypowiedzianych słów, ale było na nie za późno. Stanowczo i niezaprzeczalnie. To, że teraz poddawali się atmosferze tego miejsca i sobie nawzajem, sięgając po to, czego chyba oboje na swój własny sposób potrzebowali nie zmieniało tego, co miało dotrzeć do nich, gdy nadejdzie otrzeźwienie.
Z jednej strony pragnął spojrzeć w jej oczy, zrozumieć, jak bardzo go nienawidziła przez ten cały czas, jaki spędzili osobno, ale z drugiej... ...pragnął po prostu dotykać jej jeszcze przez chwilę tak jak kiedyś, kiedy nie było między nimi chłodu i dystansu. Chłonąć każdy drobny szczegół. Lekkie falowanie blond włosów, które kiedyś ujmował dłońmi, zatapiając w nich palce i wyplątując z nich liście, delikatne usta, które uśmiechały się wtedy lekko półprzytomnie, zmrużone i zmęczone, ale błyszczące oczy.
To właśnie w te oczy nie potrafił spoglądać zbyt długo, choć kiedyś mógł bez ustanku zatracać się w ich kolorze. Ironia? Tchórzostwo? Żałość? Widział, że straciły blask, to ściskało go za serce. Czy to była jego wina? Poniekąd na pewno. Zawsze miał mieć swój udział we wszystkim, co się działo, bo przecież obiecywał, że przy niej będzie.
Nie było go przez ostatni rok. Nie było go w najgorszych chwilach. Nie stał tuż obok niej. Nie usiłował dłużej tłumaczyć się tym, że przecież zawsze mogła do niego przyjść, bo czy on sam na miejscu Riny by do siebie przyszedł? No właśnie.
Słowo przepraszam utknęło mu w gardle, dusząc go, bo nie potrafił dać mu ujścia ani go przełknąć. Nie to, że nie próbował. Zemlął je niczym najgorsze, najbardziej rozgoryczone przekleństwo, biorąc głęboki oddech i przenosząc wzrok na twarz Geraldine idealnie w momencie, w którym ona na niego spojrzała.
Ich spojrzenia spotkały się. Czuł jak znowu tonie w odmętach jej błękitnych oczu. Jak to coś, co powinno dawno umrzeć i zniknąć, przyciągało go ku niej, jak niewidzialna nić łączyła ich w tym momencie, gdy tak bardzo pragnął wrócić do tego, co kiedyś mieli. Zatopić się w ustach jego ukochanej, zamknąć ją w swoich ramionach.
Nie miał siły opierać się tej sile, nie potrafił zlekceważyć uczucia, które w nim narastało, chociaż jakiś głos w jego głowie krzyczał, by się cofnął.
Cofnął. Nie zrobił kolejny krok wprzód.
Ale przecież nie musiał go słuchać. Nic nie musiał, zwłaszcza tu i teraz. To mogło być ich należną chwilą zapomnienia, ucieczki, w której mogli na nowo stać się dla siebie wszystkim tym, co stracili.
Odnalazł wargi Geraldine, pozwalając jej objąć się ramionami za szyję w tym uścisku, pozwalając sobie zapomnieć o trwających miesiącach rozłąki. Tylko on i ona - znów był w domu, ona ponownie była jego domem.
Czuł pragnienie narastające w sercu. Dzikie, desperackie i niepowstrzymane. To samo, które towarzyszyło mu przez wszystkie te miesiące. Lgnął do niej, mimo świadomości, że to miało przynieść mu jeszcze więcej nieprzespanych nocy, rozdrapać rany, posypać je morską solą. Nie chciał być teraz sam. Nie chciał zostawiać jej tu samej. Nie, gdy oboje potrzebowali odetchnąć po tym wszystkim, co się stało. Odsunąć od siebie tamte obrazy, zatapiając się w sobie nawzajem.
Odetchnąć. To byłoby takie łatwe.
Mimo że gdzieś w głębi duszy Ambroisa tlił się głos rozsądku, odsunął go bez chwili zawahania. To była ich wspólna decyzja. Oboje pozwalali sobie na moment, w którym mogli być jeszcze razem. Jego palce wodziły po jej skórze a opuszki odczuwały ciepło jej bliskości, wywołując u niego falę gorąca.
To była tylko chwila. Tak łatwo było o tym zapomnieć. Tylko kilka momentów, w których ich ciała pozwalały sobie na miłość zaś ich umysły odganiały okrutną rzeczywistość. Potrafili udawać, że świat wokół nich nie istnieje, że poza ich domem nie było już niczego, prawda? Robili to nie raz, kryjąc się na uboczu w swoim małym świecie. Udając, że dzięki temu nie musieli mieć żadnych zmartwień, decyzji i dylematów.
Teraz też to robili. Tak jak niegdyś w chwilach, gdy stawali się jednością i przestawali myśleć o tym, co mogło przynieść jutro. Jutra nie było. Jutro nie istniało. Nie teraz, jeszcze nie.
Zamknął Geraldine w swoim uścisku, unosząc ją z tą samą instynktowną łatwością, co zawsze. Za każdym razem, kiedy wracali do domu z plaży, niemalże się od siebie nie odrywając. Wtedy, kiedy ich ciała zdawały się płynąć własnym rytmem, kiedy czas przestawał istnieć. Dokładnie tak jak teraz. Kolejna fala wspomnień. Gładki, płynny ruch. Dotyk skóry z chłodną szybą, woda spływająca po ustach, słony posmak warg jego dziewczyny, jego miłości, jego jedynej.
Na moment pozwolili sobie na wszystko, co utracili, nawet jeśli to, co mieli, było jedynie złudzeniem, tymczasowym przystankiem w ich długiej podróży... ...pełnej cierpienia? Czy tylko on jeszcze tu cierpiał? Czy była bez niego szczęśliwsza? Nie chciał jej o to pytać, nie pragnął znać odpowiedzi, ale przecież zawsze jej tego życzył.
Ich ciała, nagie i mokre, przylegały do siebie, jakby po długim okresie tułaczki znalazły w końcu swój bezpieczny port. Zawsze tu był, prawda? W tym domu. Obok siebie. Napotykając oczy Geraldine, odwzajemnił jej spojrzenie. Z tą samą żarliwością, dokładnie tym samym pożądaniem, mimowolnym, nijak niekontrolowanym wrażeniem, że w tym momencie może wyczytać w nim dosłownie wszystko. Otwarta księga.
Jeśli kiedykolwiek wydawało mu się, że będzie w stanie zachować wszelkie pozory niezależnie od sytuacji, naprawdę sromotnie się mylił. Odniósł porażkę, ale czy tak naprawdę przegrał? Tak, rok temu z pewnością. Za godzinę, dzień, miesiąc też miały go dopaść konsekwencje, ale teraz?
Teraz wyłącznie ją całował, dając sobie zamykać usta pocałunkami, unosząc kąciki ust, obdarzając Geraldine spojrzeniem tylko po to, żeby zaraz zmusić ją do zamknięcia oczu, łapczywie zagarniając jej usta. Przyciskając ją do chłodnej szyby, zatracając się w tym, co mieli. Zmierzając wyłącznie ku temu jednemu, co było już nieuniknione.
- Nie tutaj - brzmiał obco nawet dla siebie samego, gdy wymamrotał te słowa w wargi dziewczyny, zaciskając powieki i powstrzymując falę gorąca, starając się nad sobą zapanować. - Nie tak. Wrócimy tu... ...później - to była obietnica, ale nie na teraz.
Miał nadzieję, że go zrozumie, wiedząc, że nie przerwał tej ciszy, bo jej nie chciał. Tylko po to, by to nie było wyłącznie porywczym aktem desperacji. Nie chciał, żeby nim było, nawet jeśli trudno mu było precyzować myśli, gdy znajdowali się o krok od ulegnięcia pożądaniu.
Nie powinni. Tylko intensywność tamtej chwili i wzajemne pragnienie ich do tego skłoniły. Zmęczenie? Przytłoczenie? Chłód? Prócz tego nic ich przecież nie łączyło.
Już nie, ale wciąż instynktownie po to sięgnęli. Po siebie nawzajem, po swój dotyk, uścisk dłoni, jakby nadal mogli przeżyć kilka kolejnych sekund na wspólnej drodze. Zboczyć na chwilę z własnych ścieżek, ukraść coś, co już do nich nie należało. Podeptać krzewy wrzosów w paśmie, jakie wyrastało między nimi. Zanim bezpowrotnie się rozejdą, ponownie wchodząc na swoje niewłaściwe ścieżki.
Bowiem przecież to było coś tak naturalnego, ten powrót do domu na odludziu. Nigdy wcześniej nie było tak nostalgiczne i podszyte smutkiem ani goryczą. Zawsze działało na ich korzyść, prowadząc ich ku bezpiecznej przystani. Pozwalając im znaleźć się we wspólnej niemalże uświęconej przestrzeni, nie musieć myśleć o tym, co będzie dalej, w jaki sposób postąpią. Po prostu raz za razem powracali do tego samego miejsca, robiąc to tyle razy w przeszłości, że i tym razem ta teleportacja przyszła im bezwiednie.
Tak odruchowo, że uświadomienie sobie tego zabolało bardziej niż tamten nieoczekiwany policzek, jaki dostał znikąd tuż po przekroczeniu wejścia do groty, w której rozegrały się ostateczne wydarzenia nocy. Niemalże tak mocno jak ostry liść, który Geraldine wymierzyła mu pierwszy raz w życiu (długo z nim wytrzymała, czyż nie?), gdy pokłócili się w jego samotni w Dolinie.
Mimo wszystko, ta ostatnia sytuacja i to, co się teraz działo były porównywalne druzgocące. Tak bardzo, że mógłby uśmiechnąć się z goryczą, gdyby tylko nie obawiał się, że wtedy jego maska zacznie po prostu pękać. Nie chciał dać po sobie poznać słabości, nawet jeśli podświadomie wiedział, że to niemożliwe.
Nie w obliczu tych momentów, które dotyczyły dokładnie tego samego. Czegoś, co nigdy nie powinno mieć miejsca. Nie miałoby go, gdyby był innym człowiekiem, lepszym człowiekiem, mężczyzną, którym naprawdę długo faktycznie usiłował być. Przez wiele miesięcy starał się za wszelką cenę zepchnąć na dalszy plan to wszystko, co mogło szkodzić ich idylli. To, że przecież gdzieś tam podskórnie wiedział, że prawdziwej natury nie da się przygłaskać. Prędzej czy później i tak wyjdzie na wierzch, dopominając się o należną uwagę.
Niemal wszystko w tym miejscu przypominało mu o błędach, które uczynił. Błędach, których nie potrafił sobie wybaczyć, nieważne ile czasu upłynęło odkąd wyszedł stąd po raz ostatni. To było tak wiele. Te wszystkie wspomnienia, dobre i złe chwile, przemyślane i pochopne decyzje. Cienie przeszłości, nostalgia ukryta niemalże w każdym zakątku, wypływająca z zakurzonych zakamarków przeszłości.
Teraz, kiedy stali obok siebie, znów czuł mocniejsze bicie serca. To, jak łomotało na jej widok, przyprawiając go o ból w piersi. Mimo że wiedział, że to, co zrobił było złe zaś to, czego pragnął - jeszcze gorsze, pragnienie, by znów poczuć jej ciepło, ogarniało go jak morze. Przychodziło jak fale, niemalże zwalając Ambroisa z nóg, nawet jeśli sztywno na nich stał, usiłując nie pogrzebać tego, co między nimi narastało, żadnym pochopnym ruchem.
Nigdy aż tak bardzo się nie miarkował. Nie powstrzymywał się przed żarliwymi pocałunkami - teraz powolnymi i łagodnymi. Nie trzymał rąk przy sobie. Nie pamiętał, by kiedykolwiek tak bardzo tłumił słowa w ustach, uciekając spojrzeniem i obawiając się naruszyć coś, co było tak ulotne, tak kruche i niewłaściwe. Nawet wtedy, kiedy kręcili się wokół siebie, brodząc po pas w niedopowiedzeniach, przynajmniej potrafili ze sobą rozmawiać.
Teraz już tego nie mieli. Każde zdanie, które mogłoby być wypowiedziane, wciąż unosiło się w powietrzu jak coś ciężkiego, mrocznego, będącego w stanie wywołać więcej krzywdy i szkody niżeli dobra. Co miałby zresztą powiedzieć? Każde przepraszam wydawało się teraz banalne w obliczu tego, co zrobił.
Stracił ją. Dobrowolnie ją stracił. Co gorsza nie żałował odejścia, tylko tego, co prowadziło do tamtej decyzji, więc jakże miałby ją za nie przepraszać? Mieli być ze sobą szczerzy. W tym momencie waga tamtej obietnicy, nawet jeśli wielokrotnie później łamanej, docierała do niego bardzo znacząco, cholernie odczuwalnie.
Teraz, gdy ich drogi na żałośnie krótki czas znów się skrzyżowały, czuł ciężar niewypowiedzianego, ale nie chciał jej okłamywać. Wystarczyło, że mieli tę chwilę, kilka minut ułudy, żałośnie krótkie mgnienie oka wobec wielu lat, które ze sobą spędzili. To nie było kłamstwo, prawda? Wyłącznie zapomnienie.
Patrzył na nią, tęskniąc za bliskością, która niegdyś była ich codziennością. Czymś, co Roise brał za pewnik, bo przecież obiecywali sobie, że to potrwa wiecznie. W tamtym czasie oboje wiedzieli, że istniała między nimi jakaś niewidzialna nić, która łączyła ich na zawsze. Tyle tylko, że zawsze najwidoczniej stało bliżej nigdy więcej niżeli mogliby się spodziewać.
Nie chciał pytać, czy dałoby się ponownie przywrócić to, co kiedyś mieli, bo miał wrażenie, że odpowiedź przyniosłaby wyłącznie jeszcze więcej żalu i smutku.
Gdyby tylko mógł cofnąć czas, wrócić do chwil, kiedy wszystko wydawało się tak proste i klarowne. Zrobiłby to. Nawet jeśli później musiałby wrócić do tej pustki, zrobiłby to. Powróciłby do czasów, kiedy ciemne chmury jeszcze nie zbierały się na horyzoncie i nie zasłaniały ich szczęścia... ...ale nie mógł. Tamtego dnia, kiedy odebrał Geraldine możliwość wyboru, wszystko zmieniło się bezpowrotnie. To było ich nowe na zawsze. Na zawsze potępieni w tym, czego nie mogli mieć.
Teraz stali zaledwie kilka kroków od siebie. Bliżej niż przez ostatnie miesiące. Miał ją na wyciągnięcie ręki, mógł przyciągnąć ją do siebie tak jak jeszcze przed chwilą na plaży. Otworzyć usta, przemóc się ku temu, by wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Później kolejny i kolejny, usiłując powiedzieć to wszystko, co... ...nic by nie zmieniło, prawda?
Powietrze było gęste od niewypowiedzianych słów, ale było na nie za późno. Stanowczo i niezaprzeczalnie. To, że teraz poddawali się atmosferze tego miejsca i sobie nawzajem, sięgając po to, czego chyba oboje na swój własny sposób potrzebowali nie zmieniało tego, co miało dotrzeć do nich, gdy nadejdzie otrzeźwienie.
Z jednej strony pragnął spojrzeć w jej oczy, zrozumieć, jak bardzo go nienawidziła przez ten cały czas, jaki spędzili osobno, ale z drugiej... ...pragnął po prostu dotykać jej jeszcze przez chwilę tak jak kiedyś, kiedy nie było między nimi chłodu i dystansu. Chłonąć każdy drobny szczegół. Lekkie falowanie blond włosów, które kiedyś ujmował dłońmi, zatapiając w nich palce i wyplątując z nich liście, delikatne usta, które uśmiechały się wtedy lekko półprzytomnie, zmrużone i zmęczone, ale błyszczące oczy.
To właśnie w te oczy nie potrafił spoglądać zbyt długo, choć kiedyś mógł bez ustanku zatracać się w ich kolorze. Ironia? Tchórzostwo? Żałość? Widział, że straciły blask, to ściskało go za serce. Czy to była jego wina? Poniekąd na pewno. Zawsze miał mieć swój udział we wszystkim, co się działo, bo przecież obiecywał, że przy niej będzie.
Nie było go przez ostatni rok. Nie było go w najgorszych chwilach. Nie stał tuż obok niej. Nie usiłował dłużej tłumaczyć się tym, że przecież zawsze mogła do niego przyjść, bo czy on sam na miejscu Riny by do siebie przyszedł? No właśnie.
Słowo przepraszam utknęło mu w gardle, dusząc go, bo nie potrafił dać mu ujścia ani go przełknąć. Nie to, że nie próbował. Zemlął je niczym najgorsze, najbardziej rozgoryczone przekleństwo, biorąc głęboki oddech i przenosząc wzrok na twarz Geraldine idealnie w momencie, w którym ona na niego spojrzała.
Ich spojrzenia spotkały się. Czuł jak znowu tonie w odmętach jej błękitnych oczu. Jak to coś, co powinno dawno umrzeć i zniknąć, przyciągało go ku niej, jak niewidzialna nić łączyła ich w tym momencie, gdy tak bardzo pragnął wrócić do tego, co kiedyś mieli. Zatopić się w ustach jego ukochanej, zamknąć ją w swoich ramionach.
Nie miał siły opierać się tej sile, nie potrafił zlekceważyć uczucia, które w nim narastało, chociaż jakiś głos w jego głowie krzyczał, by się cofnął.
Cofnął. Nie zrobił kolejny krok wprzód.
Ale przecież nie musiał go słuchać. Nic nie musiał, zwłaszcza tu i teraz. To mogło być ich należną chwilą zapomnienia, ucieczki, w której mogli na nowo stać się dla siebie wszystkim tym, co stracili.
Odnalazł wargi Geraldine, pozwalając jej objąć się ramionami za szyję w tym uścisku, pozwalając sobie zapomnieć o trwających miesiącach rozłąki. Tylko on i ona - znów był w domu, ona ponownie była jego domem.
Czuł pragnienie narastające w sercu. Dzikie, desperackie i niepowstrzymane. To samo, które towarzyszyło mu przez wszystkie te miesiące. Lgnął do niej, mimo świadomości, że to miało przynieść mu jeszcze więcej nieprzespanych nocy, rozdrapać rany, posypać je morską solą. Nie chciał być teraz sam. Nie chciał zostawiać jej tu samej. Nie, gdy oboje potrzebowali odetchnąć po tym wszystkim, co się stało. Odsunąć od siebie tamte obrazy, zatapiając się w sobie nawzajem.
Odetchnąć. To byłoby takie łatwe.
Mimo że gdzieś w głębi duszy Ambroisa tlił się głos rozsądku, odsunął go bez chwili zawahania. To była ich wspólna decyzja. Oboje pozwalali sobie na moment, w którym mogli być jeszcze razem. Jego palce wodziły po jej skórze a opuszki odczuwały ciepło jej bliskości, wywołując u niego falę gorąca.
To była tylko chwila. Tak łatwo było o tym zapomnieć. Tylko kilka momentów, w których ich ciała pozwalały sobie na miłość zaś ich umysły odganiały okrutną rzeczywistość. Potrafili udawać, że świat wokół nich nie istnieje, że poza ich domem nie było już niczego, prawda? Robili to nie raz, kryjąc się na uboczu w swoim małym świecie. Udając, że dzięki temu nie musieli mieć żadnych zmartwień, decyzji i dylematów.
Teraz też to robili. Tak jak niegdyś w chwilach, gdy stawali się jednością i przestawali myśleć o tym, co mogło przynieść jutro. Jutra nie było. Jutro nie istniało. Nie teraz, jeszcze nie.
Zamknął Geraldine w swoim uścisku, unosząc ją z tą samą instynktowną łatwością, co zawsze. Za każdym razem, kiedy wracali do domu z plaży, niemalże się od siebie nie odrywając. Wtedy, kiedy ich ciała zdawały się płynąć własnym rytmem, kiedy czas przestawał istnieć. Dokładnie tak jak teraz. Kolejna fala wspomnień. Gładki, płynny ruch. Dotyk skóry z chłodną szybą, woda spływająca po ustach, słony posmak warg jego dziewczyny, jego miłości, jego jedynej.
Na moment pozwolili sobie na wszystko, co utracili, nawet jeśli to, co mieli, było jedynie złudzeniem, tymczasowym przystankiem w ich długiej podróży... ...pełnej cierpienia? Czy tylko on jeszcze tu cierpiał? Czy była bez niego szczęśliwsza? Nie chciał jej o to pytać, nie pragnął znać odpowiedzi, ale przecież zawsze jej tego życzył.
Ich ciała, nagie i mokre, przylegały do siebie, jakby po długim okresie tułaczki znalazły w końcu swój bezpieczny port. Zawsze tu był, prawda? W tym domu. Obok siebie. Napotykając oczy Geraldine, odwzajemnił jej spojrzenie. Z tą samą żarliwością, dokładnie tym samym pożądaniem, mimowolnym, nijak niekontrolowanym wrażeniem, że w tym momencie może wyczytać w nim dosłownie wszystko. Otwarta księga.
Jeśli kiedykolwiek wydawało mu się, że będzie w stanie zachować wszelkie pozory niezależnie od sytuacji, naprawdę sromotnie się mylił. Odniósł porażkę, ale czy tak naprawdę przegrał? Tak, rok temu z pewnością. Za godzinę, dzień, miesiąc też miały go dopaść konsekwencje, ale teraz?
Teraz wyłącznie ją całował, dając sobie zamykać usta pocałunkami, unosząc kąciki ust, obdarzając Geraldine spojrzeniem tylko po to, żeby zaraz zmusić ją do zamknięcia oczu, łapczywie zagarniając jej usta. Przyciskając ją do chłodnej szyby, zatracając się w tym, co mieli. Zmierzając wyłącznie ku temu jednemu, co było już nieuniknione.
- Nie tutaj - brzmiał obco nawet dla siebie samego, gdy wymamrotał te słowa w wargi dziewczyny, zaciskając powieki i powstrzymując falę gorąca, starając się nad sobą zapanować. - Nie tak. Wrócimy tu... ...później - to była obietnica, ale nie na teraz.
Miał nadzieję, że go zrozumie, wiedząc, że nie przerwał tej ciszy, bo jej nie chciał. Tylko po to, by to nie było wyłącznie porywczym aktem desperacji. Nie chciał, żeby nim było, nawet jeśli trudno mu było precyzować myśli, gdy znajdowali się o krok od ulegnięcia pożądaniu.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down