27.11.2024, 23:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.11.2024, 23:31 przez Baldwin Malfoy.)
„Wstawanie tak wczesnym świtem powinno być uznane za przejaw bestialstwa i zakwalifikowane jako jedna ze zbrodni wojennych.” Stwierdził kiedyś pewien inteligentny, wysoce poważany człowiek, za co zyskał uznanie wśród szanownego grona myślicieli i filozofów współczesnego świata.
Tak naprawdę stwierdził to dzisiejszego poranka Baldwin Malfoy brutalnie obudzony przez pannę Mulciber (sama się przebudziła i ku jego utrapieniu wzbudziła zainteresowanie spragnioną atencji Rozalindę, do której zresztą zaraz dołączył Lucyfer) wczesnym świtem (blisko dziewiątej rano). Z miauczącym nad uchem kotem, skaczącym po nim szczurze i dziewczyną, która szybko odkryła, że już nie śpi – Baldwin wygłosił swoją mądrość życiową.
Choć jakby się nieco nad tym zastanowić to brzmiała ona bardziej jak „Mpmdff Scrfflett! Bfga f sfsercu nnnn mfssz.” gdy nakrył głowę poduszką.
Wczorajszy dzień był przyjemny. Wizyta w Necronomiconie i wszystko z nią powiązane były przyjemne. Chłód i zapach kostnicy, który przylgnął do skóry Scarlett był przyjemny. Smakowała śmiercią i boskością w najczystszej postaci. Nie zastanawiał się nad tym dłużej z obawy, że im bardziej będzie rozgrzebywał wspomnienia tym mniejsze prawdopodobieństwo, że ją wypuści z objęć przez długi czas.
A skoro i tak się zwlekli z łóżka mogli coś zrobić pożytecznego ze swoim życiem. Ogarnąć się. Napić się kawy. Może zejść na dół do teatru i obejrzeć poranne próby. Przejść się na Nokturn. Do Eurydyki.
Mogli też pójść na śniadanie. Jak nowobogaccy burżuje wybrać się do ekskluzywnej (szkoda tylko, że nie) restauracji serwującej wybitne dania kuchni światowej (brytyjski miszmasz nakradziony z terenów starych kolonii), bo szafki w mieszkaniu Baldwina jak zwykle były puste, a do dziwnych płatków nawet Rozalinda nie chciała już zaglądać i nieufnie się wycofywała, gdy tylko przestawiał je z miejsca na miejsce. Zresztą szybko odkryli, że kawa też się skończyła. Niewątpliwy znak od siły wyższej.
Pomysł zaproszenia Charliego był… spontaniczny. Ciężko powiedzieć czy on o tym przebąknął czy wspomniała o bracie Scarlett – w sumie nie miało to żadnego znaczenia. Próbował naskrobać porządny list, ale na Bogów! Ciężko się skupić, kiedy przerośnięty norweski chochlik wisi ci na ramieniu, a na koniec pacyfikuje, żeby dopisać swoje ostatnie trzy grosze. Wysłał list nie zastanawiając się długo. To odpowiedź Mulcibera go do głębi wręcz uraziła (może nie jakoś wybitnie głęboko, bo mu złość przeszła w mniej niż dziesięć minut, ale co się na typa namarudził przez ten czas to jego).
Chciał pięknego listu?
No to kurwa piękny list dostanie!
Czy się przez to prawie spóźnili? Może. Ale zaczarowanie heroldowskiej trąbki było nieszczególnie łatwym, acz koniecznym zabiegiem, żeby Charles poczuł się jak królewicz, którym przecież był!
O dziwo, kiedy przybyli do Dziurawego nie było pod wejściem ani Mulcibera, ani tajemniczej koleżanki, o której wspomniał w listach. Wiedział o niej tyle co roztrajkotana Scarlett zdążyła mu odpowiedzieć w trakcie krótkiego spaceru od teatru do knajpy. A i tak zaspany, zbyt skupiony myślami na jej sukience, nie poświęcał zbyt wiele myśli pannie Charliego.
Nie było sensu sterczeć pod wejściem. Równie dobrze mogli wejść do środka i zająć jeden z pierwszych stolików, dobrze widocznych od wejścia. Zresztą – z samego rana (tego przedpołudniowego rana), pomimo przemiłej dla sakiewki promocji – w knajpie było dość pusto i spokojnie. Ot jeden starszy czarodziej pił kawę czytając proroka w kącie Sali, jakaś kobieta karmiła rozpaćkaną owsianką swoje dziecko. Typowa środa.
Sam Baldwin nie odstawił się jakoś szczególnie. Narzucił na podkoszulek pierwszą lepszą lnianą koszulę, którą mu wręczyła Scarlett; jak zwykłe czyste spodnie; naprawdę nie szli na otwarcie nowego kanału! Rozsiadł się wygodnie na krześle, zarzucając ramię przez oparcie i choć obserwował salę i wchodzących ludzi, nieprzerwanie i cholernie nieświadomie przesuwał opuszkami palców po plecach siedzącej obok Scarlett, raz po raz wplatając palce w jej loki i nachylając się by szepnąć parę słów do ucha.
Rozalinda - dziś wyjątkowo przystrojona piekielnie różową, brokatową spinką motylkiem, którą miała zaczepioną o naderwane ucho i wełniany różowy sweterek siedziała grzecznie na kolanach Scarlett skubiąc kolejnego serowego krakersa w kształcie magicznego zwierzątka, metodycznie odgryzając najpierw serowe łapki, potem główkę i ogon, a na koniec brzuszek czegoś co miało przypominać psidwaka. Na drewnianym blacie stołu leżało jeszcze kilka – ewidentne przekupstwo za to, że stanowczo egzekwowano zasadę „idzie jesień – szczurki mają być grzeczne, nosić sweterki i nie kąpać się w nich w rynsztokach, bo się przeziębią i będą kichać”.
- Spójrz kto właśnie przyszedł.- Szepnął do dziewczyny, posyłając w stronę stojącego w wejściu Charliego najpiękniejszy, najbardziej niewinny z uśmiechów na jaki się zdobył. Na moment przeniósł tylko wzrok by spojrzeć na jego "koleżankę".
Tak naprawdę stwierdził to dzisiejszego poranka Baldwin Malfoy brutalnie obudzony przez pannę Mulciber (sama się przebudziła i ku jego utrapieniu wzbudziła zainteresowanie spragnioną atencji Rozalindę, do której zresztą zaraz dołączył Lucyfer) wczesnym świtem (blisko dziewiątej rano). Z miauczącym nad uchem kotem, skaczącym po nim szczurze i dziewczyną, która szybko odkryła, że już nie śpi – Baldwin wygłosił swoją mądrość życiową.
Choć jakby się nieco nad tym zastanowić to brzmiała ona bardziej jak „Mpmdff Scrfflett! Bfga f sfsercu nnnn mfssz.” gdy nakrył głowę poduszką.
Wczorajszy dzień był przyjemny. Wizyta w Necronomiconie i wszystko z nią powiązane były przyjemne. Chłód i zapach kostnicy, który przylgnął do skóry Scarlett był przyjemny. Smakowała śmiercią i boskością w najczystszej postaci. Nie zastanawiał się nad tym dłużej z obawy, że im bardziej będzie rozgrzebywał wspomnienia tym mniejsze prawdopodobieństwo, że ją wypuści z objęć przez długi czas.
A skoro i tak się zwlekli z łóżka mogli coś zrobić pożytecznego ze swoim życiem. Ogarnąć się. Napić się kawy. Może zejść na dół do teatru i obejrzeć poranne próby. Przejść się na Nokturn. Do Eurydyki.
Mogli też pójść na śniadanie. Jak nowobogaccy burżuje wybrać się do ekskluzywnej (szkoda tylko, że nie) restauracji serwującej wybitne dania kuchni światowej (brytyjski miszmasz nakradziony z terenów starych kolonii), bo szafki w mieszkaniu Baldwina jak zwykle były puste, a do dziwnych płatków nawet Rozalinda nie chciała już zaglądać i nieufnie się wycofywała, gdy tylko przestawiał je z miejsca na miejsce. Zresztą szybko odkryli, że kawa też się skończyła. Niewątpliwy znak od siły wyższej.
Pomysł zaproszenia Charliego był… spontaniczny. Ciężko powiedzieć czy on o tym przebąknął czy wspomniała o bracie Scarlett – w sumie nie miało to żadnego znaczenia. Próbował naskrobać porządny list, ale na Bogów! Ciężko się skupić, kiedy przerośnięty norweski chochlik wisi ci na ramieniu, a na koniec pacyfikuje, żeby dopisać swoje ostatnie trzy grosze. Wysłał list nie zastanawiając się długo. To odpowiedź Mulcibera go do głębi wręcz uraziła (może nie jakoś wybitnie głęboko, bo mu złość przeszła w mniej niż dziesięć minut, ale co się na typa namarudził przez ten czas to jego).
Chciał pięknego listu?
No to kurwa piękny list dostanie!
Czy się przez to prawie spóźnili? Może. Ale zaczarowanie heroldowskiej trąbki było nieszczególnie łatwym, acz koniecznym zabiegiem, żeby Charles poczuł się jak królewicz, którym przecież był!
O dziwo, kiedy przybyli do Dziurawego nie było pod wejściem ani Mulcibera, ani tajemniczej koleżanki, o której wspomniał w listach. Wiedział o niej tyle co roztrajkotana Scarlett zdążyła mu odpowiedzieć w trakcie krótkiego spaceru od teatru do knajpy. A i tak zaspany, zbyt skupiony myślami na jej sukience, nie poświęcał zbyt wiele myśli pannie Charliego.
Nie było sensu sterczeć pod wejściem. Równie dobrze mogli wejść do środka i zająć jeden z pierwszych stolików, dobrze widocznych od wejścia. Zresztą – z samego rana (tego przedpołudniowego rana), pomimo przemiłej dla sakiewki promocji – w knajpie było dość pusto i spokojnie. Ot jeden starszy czarodziej pił kawę czytając proroka w kącie Sali, jakaś kobieta karmiła rozpaćkaną owsianką swoje dziecko. Typowa środa.
Sam Baldwin nie odstawił się jakoś szczególnie. Narzucił na podkoszulek pierwszą lepszą lnianą koszulę, którą mu wręczyła Scarlett; jak zwykłe czyste spodnie; naprawdę nie szli na otwarcie nowego kanału! Rozsiadł się wygodnie na krześle, zarzucając ramię przez oparcie i choć obserwował salę i wchodzących ludzi, nieprzerwanie i cholernie nieświadomie przesuwał opuszkami palców po plecach siedzącej obok Scarlett, raz po raz wplatając palce w jej loki i nachylając się by szepnąć parę słów do ucha.
Rozalinda - dziś wyjątkowo przystrojona piekielnie różową, brokatową spinką motylkiem, którą miała zaczepioną o naderwane ucho i wełniany różowy sweterek siedziała grzecznie na kolanach Scarlett skubiąc kolejnego serowego krakersa w kształcie magicznego zwierzątka, metodycznie odgryzając najpierw serowe łapki, potem główkę i ogon, a na koniec brzuszek czegoś co miało przypominać psidwaka. Na drewnianym blacie stołu leżało jeszcze kilka – ewidentne przekupstwo za to, że stanowczo egzekwowano zasadę „idzie jesień – szczurki mają być grzeczne, nosić sweterki i nie kąpać się w nich w rynsztokach, bo się przeziębią i będą kichać”.
- Spójrz kto właśnie przyszedł.- Szepnął do dziewczyny, posyłając w stronę stojącego w wejściu Charliego najpiękniejszy, najbardziej niewinny z uśmiechów na jaki się zdobył. Na moment przeniósł tylko wzrok by spojrzeć na jego "koleżankę".