28.11.2024, 01:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.11.2024, 01:28 przez Anthony Shafiq.)
Anthony nie był spokojny, ale musiał być wodą, spokojną taflą, dla umęczonej, spękanej ziemi jego przyjaciela. Lustrem, w którym mógł zobaczyć nie rozbiegane oczy a spokój i chłód. Emocje, które kładły się usłużnie, dopasowując do kształtu naczynia umysłu.
Jonathan tego potrzebował.
Gdy pragnąłeś płomienia, gdy pragnąłeś stali - dwóch pozostałych Jeźdźców było wciąż do dyspozycji.
Jonathan potrzebował konkretnie jego pocieszenia, jego spokoju.
Słuchał go i rozważał, wiele w tym co mówił Selwyn miało sens - wiekowa istota wielokrotnie pokazywała swoje zblazowanie, znikała i powracała, spała i budziła się. Czasem wyborny towarzysz rozmów na długie godziny, czasem jedna uwaga potrafiła tak wyprowadzić go z równowagi, że znikał na rok. Kapryśny. Chłodny. Zachłanny.
Rozważając kolejne słowa, wyciągnął do przodu dłoń, opuszkami palców sięgając dłoni siedzącego na przeciw niego mężczyzny. Jego uśmiech był niezmiennie łagodny, współczujący, stalowe oczy zdawały się smutne.
– Nie przepraszaj. Jesteś wzburzony. Ale jestem tu. Słyszę Cię. Wiem, że masz podstawy do tego by czuć się tak jak się czujesz. Znajdziemy sposób, by zażegnać to zmartwienie. – Delikatnie gładził napiętą skórę dłoni, nadgarstków, by potem nieoczekiwanie odsunąć się i podnieść, podejść do kominka i dorzucić drwa.
Upił dwa łyki swojej whisky i westchnął ciężko.
– Widzieliśmy tą mieszankę kilka razy prawda? – oczy Jonathana były jego oczami, ich początki były nierozerwalne. A potem Francja dwukrotnie stanęła im na drodze - najpierw wyjazdem Shafiqa, potem Selwyna. Czuł ciężar winy, jak płaszcz okrył jego szczupłe ramiona. To on go tam wysłał, sądząc, że da mu najlepsze miejsce do dożywotniej posady, pośród wystawnych bali suto oblanych winem. Wystarczająco blisko, gdyby przyznał przed sobą jak bardzo tęskni.
Oblizał wargę, pozwalając po podniebieniu rozlać się ostremu, zadymionemu posmakowi trunku.
– Nie zdziwiłbym się zbytnio, gdyby tak właśnie wyglądała moja nić w ostatnich miesiącach... wiesz... do Erika. – Mimowolnie napiął się. Zwierzenia. Nie chodziło w tym spotkaniu o niego, nie chodziło o jego trudności, ale czyż nie marzył aby zakopać tę rozkwitłą w umyśle myśl najgłębiej jak się dało. – Bywały takie dni, gdy nie mogłem... nie mogłem przestać o nim myśleć, a nasze małe... nieporozumienie tylko potęgowało ten, tą niekończącą się melodię. Ale ja mam Ciebie, mam Charlotte i Morpheusa z życzeniem śmierci wytatuowanym runami na skórze. Mam pracę. Mam inne zajęcia. – Zmusił się, by wtłoczyć powietrze w miechy swoich płuc i znów odwrócił się do Jonathana. – Kiedyś, kiedy będziemy tylko we troje... opuszczę barierę. Sprawdziłbyś moje... moje prawdopodobieństwo paskudnych rzeczy? – Odetchnął znów, po czym uśmiechnął się krzywo, jakby sam dysponował trzecim okiem, mogącym wyczytać myśli kłębiące się pod czaszką przyjaciela.
– Wiem, że byłbyś gotowy poddać swoje szczęście za nasze bezpieczeństwo Johnny – zmiękczone imię, gładko przemknęło przez wargi opierającego się o kamienny gzyms kominka. – Ale brak Twojego szczęścia uczyni nasze życia pełne żałości i poczucia winy. Jest wiele dróg, spróbujmy najpierw wszystkich tych, w których nie stajesz się na wieczność równie piękny co nieszczęśliwy? – żartował, tylko wcale nie żartował. Lekko droczył się, zmarszczką na idealnej tafli, w srebrzystych oczach tańczyły iskry ciepłego płomienia.
– Nie chcesz mi powiedzieć o swoim końcu nici. – Zauważył po chwili milczenia.
Jonathan tego potrzebował.
Gdy pragnąłeś płomienia, gdy pragnąłeś stali - dwóch pozostałych Jeźdźców było wciąż do dyspozycji.
Jonathan potrzebował konkretnie jego pocieszenia, jego spokoju.
Słuchał go i rozważał, wiele w tym co mówił Selwyn miało sens - wiekowa istota wielokrotnie pokazywała swoje zblazowanie, znikała i powracała, spała i budziła się. Czasem wyborny towarzysz rozmów na długie godziny, czasem jedna uwaga potrafiła tak wyprowadzić go z równowagi, że znikał na rok. Kapryśny. Chłodny. Zachłanny.
Rozważając kolejne słowa, wyciągnął do przodu dłoń, opuszkami palców sięgając dłoni siedzącego na przeciw niego mężczyzny. Jego uśmiech był niezmiennie łagodny, współczujący, stalowe oczy zdawały się smutne.
– Nie przepraszaj. Jesteś wzburzony. Ale jestem tu. Słyszę Cię. Wiem, że masz podstawy do tego by czuć się tak jak się czujesz. Znajdziemy sposób, by zażegnać to zmartwienie. – Delikatnie gładził napiętą skórę dłoni, nadgarstków, by potem nieoczekiwanie odsunąć się i podnieść, podejść do kominka i dorzucić drwa.
Upił dwa łyki swojej whisky i westchnął ciężko.
– Widzieliśmy tą mieszankę kilka razy prawda? – oczy Jonathana były jego oczami, ich początki były nierozerwalne. A potem Francja dwukrotnie stanęła im na drodze - najpierw wyjazdem Shafiqa, potem Selwyna. Czuł ciężar winy, jak płaszcz okrył jego szczupłe ramiona. To on go tam wysłał, sądząc, że da mu najlepsze miejsce do dożywotniej posady, pośród wystawnych bali suto oblanych winem. Wystarczająco blisko, gdyby przyznał przed sobą jak bardzo tęskni.
Oblizał wargę, pozwalając po podniebieniu rozlać się ostremu, zadymionemu posmakowi trunku.
– Nie zdziwiłbym się zbytnio, gdyby tak właśnie wyglądała moja nić w ostatnich miesiącach... wiesz... do Erika. – Mimowolnie napiął się. Zwierzenia. Nie chodziło w tym spotkaniu o niego, nie chodziło o jego trudności, ale czyż nie marzył aby zakopać tę rozkwitłą w umyśle myśl najgłębiej jak się dało. – Bywały takie dni, gdy nie mogłem... nie mogłem przestać o nim myśleć, a nasze małe... nieporozumienie tylko potęgowało ten, tą niekończącą się melodię. Ale ja mam Ciebie, mam Charlotte i Morpheusa z życzeniem śmierci wytatuowanym runami na skórze. Mam pracę. Mam inne zajęcia. – Zmusił się, by wtłoczyć powietrze w miechy swoich płuc i znów odwrócił się do Jonathana. – Kiedyś, kiedy będziemy tylko we troje... opuszczę barierę. Sprawdziłbyś moje... moje prawdopodobieństwo paskudnych rzeczy? – Odetchnął znów, po czym uśmiechnął się krzywo, jakby sam dysponował trzecim okiem, mogącym wyczytać myśli kłębiące się pod czaszką przyjaciela.
– Wiem, że byłbyś gotowy poddać swoje szczęście za nasze bezpieczeństwo Johnny – zmiękczone imię, gładko przemknęło przez wargi opierającego się o kamienny gzyms kominka. – Ale brak Twojego szczęścia uczyni nasze życia pełne żałości i poczucia winy. Jest wiele dróg, spróbujmy najpierw wszystkich tych, w których nie stajesz się na wieczność równie piękny co nieszczęśliwy? – żartował, tylko wcale nie żartował. Lekko droczył się, zmarszczką na idealnej tafli, w srebrzystych oczach tańczyły iskry ciepłego płomienia.
– Nie chcesz mi powiedzieć o swoim końcu nici. – Zauważył po chwili milczenia.