Przeżywała wszystkie rzeczy, które krzywdziły jej bliskich. Dokładnie tak było z jej siostrami, które starała się bronić, chronić, wspierać… Nie była idealna, ale starała się przekazać te ciepłe uczucia, których nie potrafiła im dać ich matka i co prawda może przy Primrose i Daphne miała ograniczone pole manewru ze względu na nie tak dużą różnicę wieku (ale jednak istotną na tyle, że mogła coś zmienić i wziąć skupienie matki na siebie), to przy Livii mogła znacznie więcej i była przy jej wychowaniu i dorastaniu od czasu, gdy ta miała już samoświadomość. Ale tak samo trzęsła się nad Laurentem, Cynthią, nawet na Brenną, chociaż ta niewiele sobie z tego robiła (ale Victoria nie dawała za wygraną, bo… cóż. Nadal była tą starszą). Martwiła się wiec też o Sauriela, który pakował się w różne kłopoty… Był mniej ostrożny, bo „co może mu się stać”? Ale przecież nikt nie chciał odczuwać bólu. Nikt „normalny” w każdym razie, a sam przecież jej mówił, że go czuje i że nikt się nie przejmuje jego ranami. Ona się przejmowała. Do teraz pamiętała ranę na brzuchu, gdy myśleli, że się go pozbyli.
– Sądziłam, że kłopot to ja – tak przynajmniej ustalili ostatnio. I coś tam było o tym, że z kłopotami to jak z problemami – należy się przespać… więc zaniósł ją do łóżka. Do teraz na samą myśl rumieniła się delikatnie, ale nie z zażenowania, a dlatego, że to było tak miłe. Skutecznie odsunął jej złe myśli, zły humor i choć poczucie winy nie zniknęło, to zmalało – bo doskonale wiedziała, że nie zrobiłaby tego, co zrobiła, świadomie. Gdyby miała choć ułamekm władzy nad sobą, to nic takiego by się nie stało. I dziękowała Matce i wszystkim innym, że miała na tyle samozaparcia, by przypomnieć, że są w pracy i czeka ich poszukiwanie… Bo gdyby to zaszło dalej, to już by tego chyba nie dźwignęła. I niby kiedyś nie widziała problemu z przyprawianiem rogów narzeczonemu, różnica polegała jednak na tym, że po pierwsze – zupełnie go nie znała i nie czuła się zobowiązana ani połączona emocjonalnie, a po drugie – wręcz go nie znosiła. Sauriel… Może i nie był już jej narzeczonym, ani… cóż. Nie wiedziała kim dla siebie byli, ale jej uczucia były tutaj bardzo oczywiste, a to oznaczało, że była dla innych mężczyzn zwyczajnie niedostępna i nieosiągalna.
– A to już zależy o czym myślisz – ale najpewniej myślał poprawnie, co jednak nie uchroniło go od tego bardzo tendencyjnego pytania. Widziała jak się uśmiechał, jakby troska związana z ich poprzednią rozmową całkowicie zniknęła. Że cieszył się jak dziecko, z pieczołowitością rozpakowując zawiniątko. Jaki zachwycony był, gdy już dostał się do środka, zobaczył, otrzymał swoje potwierdzenie i rozwinął całą skórę, tak, ze ta zakryła go w całości na długość. I ona się uśmiechała, tym swoim spokojnym uśmiechem, ciesząc się, że tak mu się podobało. To nie był niechciany i nietrafiony prezent, wiedziała o tym doskonale.
A skoro już o nietrafionych prezentach mowa… gdy tak zasłaniał się i tulił do tygrysiej skóry, sięgnęła po drugi, znacznie mniejszy pakuneczek i podsunęła mu niemalże pod nos.
– Jeszcze to, Kociaku – no przecież, że musiała dorzucić coś od siebie… Zwłaszcza że w środku znajdowało się dokładnie to, co Sauriel również mógł przeczuwać. Bawełniane gacie w najprawdziwszą panterkę. Sztuk trzy. No przecież nosił bieliznę, nie? Slipów nigdy za dużo. Oraz jedne bokserki. Jej absolutnie niewinna minka powróciła na twarz, nie umiała nad tym zapanować.