28.11.2024, 10:08 ✶
Uniósł lekko kącik ust. Ładny, swojski dom... Nie spodziewał się go tu zastać. To był jeden z powodów, dla których go wybrał. Nikt nie będzie węszył niepotrzebnie wokół tej chaty, skoro pod tyloma względami do niego nie pasowała. A dodatkowe zabezpieczenia, które nałożyli pracownicy jego ojca, tylko minimalizowały szanse na wścibskich sąsiadów czy gumowe uszy. O to mu właśnie chodziło, chociaż nie ukrywał przed samym sobą, że list od ojca mocno go zaskoczył. I to nie w dobrym sensie.
Kolejne jego słowa odrobinę go zaskoczyły, chociaż nie powinny. Nie szukał co prawda ludzi do obrony, bo przecież był w sobie tak zadufany, że uważał iż doskonale poradzi sobie sam. Ale już dwa miesiące temu był świadkiem sytuacji, która tylko potwierdziła fakt, że warto mieć blisko siebie kogoś, kto był gotowy wskoczyć za tobą w ogień. Lub nawet jeśli nie - to zasłonić własnym ciałem lub uruchomić kontakty po to, by pomóc lub wypełnić powinność, którą było odwdzięczenie się.
- Dziękuję - odpowiedział równie cicho, składając na czubku głowy Charlesa pocałunek. - Kiedyś nauczę się z tobą rozmawiać w taki sposób, żeby cię niepotrzebnie nie martwić.
Kamienicy wuja... Teraz ojca. Zmarszczył nieco brwi, ale to było do przewidzenia, że kamienica przejdzie w ręce Richarda. Podejrzewał, że nie tylko kamienica, ale i absolutnie wszystko, co należało do Roberta, przeszło na jego bliźniaka. Robert nienawidził swojej żony (bo inaczej dlaczego miałby jej grzebać w głowie wespół z Rodolphusem?), a córka... O córce nie wiedział nic, ale wiedział jaki stosunek do kobiet miał Mulciber. Zupełnie inny od tego, który sam prezentował, chociaż nie można było odmówić Robertowi pewnego wpływu na postrzeganie tej płci. Jego teorie zbiegły się w czasie z tym, co zrobiła jego już była narzeczona, lecz nie uważał, żeby miało to rzutować na jego opinię. Ot... każdy mógł zdradzić, niezależnie od płci.
Przytaknął, zupełnie tak, jakby wiedział, że Robert rzadko kiedy odsłaniał okna. Zresztą Charles wspominał mu o tym przy ich pierwszym spotkaniu. Mógł być pijany, ale Lestrange nie był: i doskonale pamiętał, co mu wtedy chłopak mówił.
- Miałem na tyle szczęścia, że w domu, do którego mnie przydzielono, nie było szlam - otoczył Mulcibera ramieniem zupełnie tak, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Przycisnął go lekko do siebie, a palce zaczęły gładzić ramię w uspokajającym geście. - Ale było ich zdecydowanie za dużo. Nie powinni mieć dostępu do magii.
Odsunął się lekko, gdy ten podniósł głowę. Podobał mu się ten błysk w jego oczach. Nie musiał się zbytnio wysilać, żeby wyciągnąć z Charlesa to, co wielu określało jako "najgorsze". Magirasizm to było coś, co było częścią większości czystokrwistych czy półkrwi. Nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, że nosi to znamiona nietolerancji. A nawet jeśli... To przecież mieli rację, prawda? Tolerancja miała swoje granice - gdy wchodziła na ich teren, należało działać. Lecz w jaki sposób mieli działać, skoro nie mogli liczyć nawet na Ministerstwo Magii, które przecież powinno bronić ich przed tym, co nadchodziło?
- Nie są liczniejsi - odpowiedział, ujmując Mulcibera za podbródek. Delikatnie i miękko, tak jakby właśnie nie rozmawiali o eliminacji osób niegodnych do tego, by mieć przy sobie różdżkę a o tym, co zjedzą na kolację, a potem na śniadanie. - Ale ich kłamliwe teorie wżarły się w nasze społeczeństwo i sprawiły, że wielu czarodziejów ich popiera. Nawet "naszych". Kojarzysz chociażby Longbottomów, prawda? Nie jest tajemnicą, że kochają towarzystwo szlam.
Nachylił się lekko, by złożyć na jego czole pocałunek. Gest czułości, mówiący że wszystko będzie dobrze. Że tkwią w tym razem, we dwójkę. Lecz czy na pewno tylko we dwójkę?
- Obecna Ministra Magii nie powinna zajmować tego stanowiska. Nie powinna, bo najpewniej sama jest szlamą. Pomyśl tylko: dlaczego nikt nie zna jej statusu krwi? Czemu pozwala kolejnym mugolakom dołączać w szeregi tak elitarnej instytucji? Ministerstwo już za Leacha straciło prestiż, ale teraz pędzi po równi pochyłej - podzielił się swoimi przypuszczeniami. Nie mówił cicho: był przecież u siebie, nie musiał się obawiać, że ściany mają uszy. Tu byli bezpieczni. Przesunął kciukiem po ustach Charlesa. - Są jednak ludzie, którzy to widzą i chcą działać. Działają w ukryciu, powoli... Rosną w siłę. Im więcej nas będzie, tym większe mamy szansę.
Spojrzał uważnie na Mulcibera. Coś błysnęło w jego oczach. Coś, co było ciężkie do zdefiniowania, lecz na pewno wybijały się tam nuty ekscytacji i czegoś na kształt nadziei.
- Byłbyś niezwykle cennym nabytkiem, Charlie. Możesz w siebie nie wierzyć, lecz ja w ciebie wierzę. Wierzę, że ze swoim doświadczeniem, wsparłbyś nas na wielu poziomach. Że mógłbyś być częścią nowej zmiany, dzięki której nie będziemy musieli się już ukrywać.
Kolejne jego słowa odrobinę go zaskoczyły, chociaż nie powinny. Nie szukał co prawda ludzi do obrony, bo przecież był w sobie tak zadufany, że uważał iż doskonale poradzi sobie sam. Ale już dwa miesiące temu był świadkiem sytuacji, która tylko potwierdziła fakt, że warto mieć blisko siebie kogoś, kto był gotowy wskoczyć za tobą w ogień. Lub nawet jeśli nie - to zasłonić własnym ciałem lub uruchomić kontakty po to, by pomóc lub wypełnić powinność, którą było odwdzięczenie się.
- Dziękuję - odpowiedział równie cicho, składając na czubku głowy Charlesa pocałunek. - Kiedyś nauczę się z tobą rozmawiać w taki sposób, żeby cię niepotrzebnie nie martwić.
Kamienicy wuja... Teraz ojca. Zmarszczył nieco brwi, ale to było do przewidzenia, że kamienica przejdzie w ręce Richarda. Podejrzewał, że nie tylko kamienica, ale i absolutnie wszystko, co należało do Roberta, przeszło na jego bliźniaka. Robert nienawidził swojej żony (bo inaczej dlaczego miałby jej grzebać w głowie wespół z Rodolphusem?), a córka... O córce nie wiedział nic, ale wiedział jaki stosunek do kobiet miał Mulciber. Zupełnie inny od tego, który sam prezentował, chociaż nie można było odmówić Robertowi pewnego wpływu na postrzeganie tej płci. Jego teorie zbiegły się w czasie z tym, co zrobiła jego już była narzeczona, lecz nie uważał, żeby miało to rzutować na jego opinię. Ot... każdy mógł zdradzić, niezależnie od płci.
Przytaknął, zupełnie tak, jakby wiedział, że Robert rzadko kiedy odsłaniał okna. Zresztą Charles wspominał mu o tym przy ich pierwszym spotkaniu. Mógł być pijany, ale Lestrange nie był: i doskonale pamiętał, co mu wtedy chłopak mówił.
- Miałem na tyle szczęścia, że w domu, do którego mnie przydzielono, nie było szlam - otoczył Mulcibera ramieniem zupełnie tak, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Przycisnął go lekko do siebie, a palce zaczęły gładzić ramię w uspokajającym geście. - Ale było ich zdecydowanie za dużo. Nie powinni mieć dostępu do magii.
Odsunął się lekko, gdy ten podniósł głowę. Podobał mu się ten błysk w jego oczach. Nie musiał się zbytnio wysilać, żeby wyciągnąć z Charlesa to, co wielu określało jako "najgorsze". Magirasizm to było coś, co było częścią większości czystokrwistych czy półkrwi. Nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, że nosi to znamiona nietolerancji. A nawet jeśli... To przecież mieli rację, prawda? Tolerancja miała swoje granice - gdy wchodziła na ich teren, należało działać. Lecz w jaki sposób mieli działać, skoro nie mogli liczyć nawet na Ministerstwo Magii, które przecież powinno bronić ich przed tym, co nadchodziło?
- Nie są liczniejsi - odpowiedział, ujmując Mulcibera za podbródek. Delikatnie i miękko, tak jakby właśnie nie rozmawiali o eliminacji osób niegodnych do tego, by mieć przy sobie różdżkę a o tym, co zjedzą na kolację, a potem na śniadanie. - Ale ich kłamliwe teorie wżarły się w nasze społeczeństwo i sprawiły, że wielu czarodziejów ich popiera. Nawet "naszych". Kojarzysz chociażby Longbottomów, prawda? Nie jest tajemnicą, że kochają towarzystwo szlam.
Nachylił się lekko, by złożyć na jego czole pocałunek. Gest czułości, mówiący że wszystko będzie dobrze. Że tkwią w tym razem, we dwójkę. Lecz czy na pewno tylko we dwójkę?
- Obecna Ministra Magii nie powinna zajmować tego stanowiska. Nie powinna, bo najpewniej sama jest szlamą. Pomyśl tylko: dlaczego nikt nie zna jej statusu krwi? Czemu pozwala kolejnym mugolakom dołączać w szeregi tak elitarnej instytucji? Ministerstwo już za Leacha straciło prestiż, ale teraz pędzi po równi pochyłej - podzielił się swoimi przypuszczeniami. Nie mówił cicho: był przecież u siebie, nie musiał się obawiać, że ściany mają uszy. Tu byli bezpieczni. Przesunął kciukiem po ustach Charlesa. - Są jednak ludzie, którzy to widzą i chcą działać. Działają w ukryciu, powoli... Rosną w siłę. Im więcej nas będzie, tym większe mamy szansę.
Spojrzał uważnie na Mulcibera. Coś błysnęło w jego oczach. Coś, co było ciężkie do zdefiniowania, lecz na pewno wybijały się tam nuty ekscytacji i czegoś na kształt nadziei.
- Byłbyś niezwykle cennym nabytkiem, Charlie. Możesz w siebie nie wierzyć, lecz ja w ciebie wierzę. Wierzę, że ze swoim doświadczeniem, wsparłbyś nas na wielu poziomach. Że mógłbyś być częścią nowej zmiany, dzięki której nie będziemy musieli się już ukrywać.