28.11.2024, 19:27 ✶
Słońce powoli wznosiło się po nieboskłonie za oknem, zalewając łazienkę jasnymi promieniami w odcieniach bieli i jasnego złota. Wstawał nowy piękny dzień. Wietrzny, ale ciepły. Gdzieś tam w tle w tym kompletnym milczeniu, w całkowitej ciszy wypełniającej pomieszczenie słychać było szum fal.
Ich odgłos przypominał o wszystkim, co tu przeżyli i co bezpowrotnie wymknęło im się z rąk. Choć to byłoby przekłamanie, czyż nie? Nie wymknęło się, nie wyślizgnęło. On im to odebrał, wyrwał razem z kawałkami siebie - swojego serca, swojej duszy, umysłu, który od tamtej pory był tak zagubiony i poplątany.
Przynajmniej dopóki nie trafili tu teraz. Teraz na chwilę poczuł się właściwie, wracając z nią do miejsca, gdzie wspomnienia nadal mogły żyć, nawet jeśli wyłącznie przez kilka chwil. Przypominając mu o spełnionych marzeniach i niewypowiedzianych pragnieniach, które kiedyś, był tego wtedy taki pewien, miały szansę się ziścić.
Stali tu ponownie razem, dzieląc przestrzeń, w której zdawało się, że czas mógłby się zatrzymać. Splątani w kolejnych pocałunkach, coraz bardziej żarliwie sięgając po siebie nawzajem. Zatracając się w tym, co zawsze było po prostu na wyciągnięcie ręki. On zawsze był jej, ona była jego. Zawsze - nigdy.
Nagość przyciągniętych do siebie ciał sprawiała, że wydawali się sobie kompletnymi, nareszcie na miejscu, wreszcie w domu, a jednak w rzeczywistości byli przecież tak dalecy od prawdziwego połączenia jak nigdy wcześniej w tym miejscu.
To była wyłącznie cielesność, prawda? Nieważne, co mu się wydawało. Ich dusze nie były już ze sobą połączone. Wybrała kogoś innego, on wybrał samotność. To dlaczego w tym momencie wydawało mu się, że może być inaczej? Że jeśli wreszcie się przemoże, jeżeli to zrobi, to będzie jeszcze w stanie cokolwiek zmienić?
Objął ją, czując jak zapach jej włosów otula go, wciąga w wir wspomnień, w których bezwiednie się zatracił, obsypując pocałunkami szyję Geraldine, sięgając dalej i głębiej. Z każdą kolejną sekundą jeszcze bardziej zmniejszając dystans między nimi. Nie ten fizyczny. Ten już dawno nie istniał. Ten inny. Ten, który sprawiał, że mury jeszcze stały. Teraz powoli pękając.
Kocham cię.
Każdy dotyk, każda chwila sprawiały, że jego myśli uciekały w kierunku marzeń, które nie miały prawa się spełnić. Czuł, że ta chwila była ich ostatnią szansą, ich własnym fragmentem wrześniowego wrzosowiska skąpanego w słońcu sprzed lat w tym wielomiesięcznym gąszczu beznadziejnych dni.
Odkrył się przed nią. Zatracając się i odnajdując w każdym kolejnym dotyku dłoni Geraldine, w jej nogach oplątanych wokół niego, w przygryzanych wargach. We wspólnym zmierzaniu ku nieuniknionemu, pragnąc, by ona poczuła ten sam potworny żal, ból i nadzieję. Licząc, że może wtedy, gdy spojrzy w jego oczy, zrozumie, że przez te wszystkie miesiące nigdy o niej nie zapomniał. Jakże mógłby?
Była jego częścią, zbyt mocno splątaną, za bardzo zakorzenioną w sercu, by mógł ją z niego wyrwać. Zresztą nigdy nie chciał tego robić, pielęgnując tę miłość jak to, czym dla niego była. Jego aconitum napellus w śmiertelnej dawce łykanej dzień w dzień w nadziei, że kiedyś przestanie boleć.
W tym momencie byli tylko dwiema zagubionymi duszami pragnącymi znaleźć się pośród wzburzonych fal. Gdzieś tam w oddali migotała znajoma latarnia morska. W świetle dnia jej blask był niemalże niewidoczny, ale była tam. Byli w domu, nawet jeśli tylko dziś.
Dotykał jej ciała, przytrzymywał w talii, przyciągając ją do siebie jeszcze mocniej. Czuł, jak jego serce łomocze w piersi, jakby chciało powiedzieć jej wszystko, co nagromadziło się przez te wszystkie dni, miesiące zmierzające w kierunku lat. Rok. Długi rok przechodzący w kolejny. Dwa lata, trzy, siedem, dziesięć, dekada... ...dzień po dniu. Do usranej śmierci.
Czymże było ryzyko, które dla niej podjął ostatniego wieczoru? Nie niczym. Z pewnością czymś, ale jednocześnie... ...nie widział świata poza nią, prawda? Nawet teraz miał tę świadomość. Musiał być blisko, gdy to wszystko się działo, bo inaczej po prostu by sobie tego nie darował. Nieważne, co sobie tym robił, mimo tych wszystkich bezsennych nocy, kiedy starał się wyprzeć myśli z głowy, nie poddać się nostalgii i wspomnieniom. Ważne, że przy nim była. Żywa. Przeżyli. Byli tu razem. Ponownie.
To pragnienie bliskości stawało się jego ucieczką, nawet jeśli złudną, tymczasową I trującą. Ucieczką, której desperacko potrzebował, by przetrwać kolejne przedłużające się chwile smutku, które o ironio miała jednocześnie wzmocnić i uczynić znacznie trudniejszymi do przeżycia.
A potem ponownie to spierdolił. Nie chciał tego. Nie to miał na myśli, nie takie były jego intencje. Lecz podświadomie wiedział, czemu zinterpretowała to w taki sposób. Szczególnie wtedy, kiedy zacisnęła powieki i zamknęła oczy, i gdy z jej ust wydostało się to palące pytanie. Wiedział, że jej serce było już gdzieś indziej. W skrytości duszy czuł, że to był ten moment, w którym wszystko mogło ponownie zniknąć i przepaść.
Jeszcze wpatrywał się w jej twarz, szukając tam nadziei. Pragnął powiedzieć jej, że byłby gotów oddać wszystko, aby zamienić ten moment na wieczność, którą sobie przysięgali.
Mógłby, gdyby nie ścisk w gardle. Gdyby nie to, że sam udowodnił sobie, że każdy dźwięk, który pojawiłby się w tym miejscu, sprawiłby, że iluzja ostatecznie by się rozwiała. Już i tak praktycznie się rozmyła. Ich chwila przestała trwać.
Była zaledwie krótkim, niecałkowitym, niepełnym zapomnieniem. Rozdrapaniem ran.
I choć w tym momencie czuł, że najbardziej pragnałby jakoś ją zatrzymać, aby nie musieć myśleć o tym, co może nadejść, odpowiedzieć na pytanie w taki sposób, by pojęła wszystko. Ale na to było za późno. Sam nie wiedział, ile. Pół roku? Rok?
Chciałby, aby oboje odeszli z tego miejsca bez żalu, bez strat, bez rozgoryczenia, ale to też nie było możliwe. Byli tu razem na granicy rzeczywistości i marzeń. Mogli się w tym zatracać, ale ta jedna myśl wciąż dźwięczała w jego umyśle. To było pożegnanie, oficjalny koniec. Już koniec.
Nie miało być później, prawda? Nieważne jak bardzo by tego pragnął... ...pragnęli? Pragnęła tego? Dostrzegał to w jej oczach nim zacisnęła powieki, wywołując u niego ścisk gardła. W wygięciu warg, w grymasie twarzy. W tym, w jaki sposób wtapiała się w niego jeszcze kilka sekund temu, obejmując go nogami i zatapiając palce w jego skórze zanim tego nie popsuł. Nim nie otworzył ust, przerywając ich teraz mówieniem o czymś, co nie miało racji bytu. Nigdy nie powinien się odzywać. Nigdy nie powinien odchodzić bez słowa.
Podświadomie wiedział, by tego nie robić. Dając sobie nadzieję na te długie sekundy, minuty wypełnione spełnianiem najgłębszych, najbardziej desperacko tłumionych pragnień. Całując ją, obejmując ramionami, unosząc w górę tak jak setki razy wcześniej. Powtarzając to, co było im dane przez wiele lat i co niegdyś brał za pewnik, bo miało trwać wiecznie. W ich domu, tym małym świecie, który kiedyś należał tylko do nich. Łudząc się, że to wystarczy, by zatracić się w tej chwili, zapominając o wszystkim, co nigdy nie miało się wydarzyć, bo to nie miało nic zmienić.
To nie było istotne, czego mogliby pragnąć, skoro później nie istniało. Nie miało być później, nie dla niego, nie dla nich. Nie razem. Nie mogli go mieć. Nie mógł jej mieć, nie tak jak tego pragnął, nie wyłącznie w ten krótki, chaotycznie zdesperowany sposób pełen smutku, żalu i utraconych marzeń. Ani później, ani teraz.
A jednak ta chwila była jego ostatnią szansą, ostatnią próbą wyciągnięcia dłoni w kierunku czegoś więcej, desperackim aktem, milczącą prośbą, błaganiem? Iluzją, bo wiedział, że nie był jej i wbrew temu, co działo się między nimi jeszcze przed chwilą, był jej... ...nikim. Sama mu to powiedziała.
Nie znał jej, już nie. Nie znał jej myśli, nie wiedział o niczym, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach. Gdyby nie gorzkie zrządzenie losu, nie wiedziałby nawet o tym, co niemal zabiło ich tej nocy w jaskini. Nie miałby pojęcia, że mogła stamtąd nie wrócić, mógł ją stracić i nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego jak żałośnie to brzmiało, bo przecież już to zrobił, chodziło o znacznie gorszą stratę.
Myśl o całkowitej utracie była jeszcze bardziej przytłaczająca. Druzgocąca niemal tak jak to, że w tym wszystkim nigdy tak naprawdę nie próbowała szukać z nim kontaktu. Czy mógł ją winić? Nie. Czy mógł czuć się z tym tak, jakby w jej oczach nie był już warty ani knuta uwagi, nawet wtedy, kiedy powinien być?
Spędzili ze sobą wiele lat, był przy niej w dobrych i w złych chwilach, stał u jej boku, sięgając po rękę Geraldine tak jak tej nocy w jaskini. Czując uścisk jej palców, dotyk dłoni i spojrzenie mówiące, że mu ufała. Za każdym razem mając ją przy sobie. Gdzieś tam chyba w dalszym ciągu myślał, że jeśli będzie fatalnie to do niego przyjdzie. Nie przyszła. Nie ufała.
To on odszedł. Zniszczył to wszystko, co mieli. Zrujnował ich idyllę zanim sam zrujnował sobą Rinę, ale na swój pojebany, pokrętny sposób chyba zawsze łudził się, że to nie będzie koniec wszystkiego. A jednak.
Nie było między nimi niczego, czego by nie zniszczył tamtego zimnego, okrutnie przejmująco lodowatego, wietrznego poranka. Ani teraz w tej chwili, kiedy otworzył usta, chcąc powiedzieć jej coś zupełnie innego niż to, co od niego usłyszała. Nie taki był jego zamiar, nie taki chciał dać jej przekaz.
To, że go nie zrozumiała było ostatecznym dowodem na to, że cokolwiek wydawało mu się jeszcze przed chwilą, nie miało żadnego pokrycia w rzeczywistości. Nie znali się już. Mógł dotykać ciała dziewczyny, zagarniając dla siebie usta Riny, jednak nie jej umysł. Nie była dla niego jak otwarta księga. Mur, który niemal się rozsypał, teraz zaczął wznosić się coraz wyżej. A on mu na to pozwalał, na nowo zamykając swoje granice.
Potrzebował od niej tylko jednego: zrozumienia. Chciał podzielić się z nią resztką tego, co jeszcze miał, swoją duszą, nie przejmując się tym, co będzie później. Nie myślał o konsekwencjach, o tym, co będzie kiedyś, choć przecież sam użył dokładnie tego słowa.
Kiedyś. Ile razy wcześniej używali tego słowa, snując wypowiedziane i niewypowiedziane plany, rozmawiając o przyszłości zamiast czerpać pełnymi garściami z teraźniejszości, póki jeszcze trwała. Byli młodzi, głupi i zakochani. Tak bardzo spragnieni wieczności.
Pragnął jej tu i teraz. W swoich ramionach, w ciasnym prysznicu, ciało zatopione w ciele, usta żarliwie zagarniające siebie nawzajem. Nic więcej się nie liczyło, bo nie musiało, dopóki oboje byli w stanie udawać, że świat na zewnątrz nie istnieje.
Zawahał się. Zdawał sobie sprawę, że ta chwila powinna trwać wiecznie a jednocześnie wiedział, że nie ma na to szans. Jakiekolwiek by one niegdyś były, zostały bezpowrotnie stracone. Oddalił od siebie tę myśl. Pożegnanie wydawało się być zbyt wielkim obciążeniem. Próbował. W dalszym ciągu usiłował odwlekać nieuniknione. Cholerny desperat.
- Nie myśl o tym - szept ledwo przecisnął mu się przez zaciśnięte gardło, choć wszystko w nim pragnęło powtórzyć po niej tamte słowa z plaży. - Jeszcze nie teraz, proszę, proszę - a jednak milczał, przytłoczony ciężarem tej chwili, która jeszcze mgnienie oka wcześniej wyglądała zupełnie inaczej. - Proszę - nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że powiedział, a właściwie - wyszeptał, to na głos. - Wróć do mnie. Nawet jeśli tylko na chwilę, nawet jeśli tylko teraz, wróć, proszę - ale to nie było takie proste.
Milczał. Zamilkł, przyciskając czoło do jej czoła, nos do nosa, ale nie posuwając się do niczego więcej. Do zamknięcia jej ust kolejnym pocałunkiem ani tego, by na nią spojrzeć. Bardzo powoli przełamując się do tego, by postąpić właściwie. Z oporem, wahaniem, cholernym tępym bólem promieniującym w każdej komórce ciała, łapiąc jeszcze te ostatnie desperackie sekundy, puścił talię Geraldine. Zsunął z niej dłonie wzdłuż bioder dziewczyny, pozwalając jej zrobić to, co było już nieuniknione. Opuszczając ją z powrotem na zimne kafelki w brodziku.
Wciąż ją trzymał, ale odwrócił głowę, odpuszczał.
Ich odgłos przypominał o wszystkim, co tu przeżyli i co bezpowrotnie wymknęło im się z rąk. Choć to byłoby przekłamanie, czyż nie? Nie wymknęło się, nie wyślizgnęło. On im to odebrał, wyrwał razem z kawałkami siebie - swojego serca, swojej duszy, umysłu, który od tamtej pory był tak zagubiony i poplątany.
Przynajmniej dopóki nie trafili tu teraz. Teraz na chwilę poczuł się właściwie, wracając z nią do miejsca, gdzie wspomnienia nadal mogły żyć, nawet jeśli wyłącznie przez kilka chwil. Przypominając mu o spełnionych marzeniach i niewypowiedzianych pragnieniach, które kiedyś, był tego wtedy taki pewien, miały szansę się ziścić.
Stali tu ponownie razem, dzieląc przestrzeń, w której zdawało się, że czas mógłby się zatrzymać. Splątani w kolejnych pocałunkach, coraz bardziej żarliwie sięgając po siebie nawzajem. Zatracając się w tym, co zawsze było po prostu na wyciągnięcie ręki. On zawsze był jej, ona była jego. Zawsze - nigdy.
Nagość przyciągniętych do siebie ciał sprawiała, że wydawali się sobie kompletnymi, nareszcie na miejscu, wreszcie w domu, a jednak w rzeczywistości byli przecież tak dalecy od prawdziwego połączenia jak nigdy wcześniej w tym miejscu.
To była wyłącznie cielesność, prawda? Nieważne, co mu się wydawało. Ich dusze nie były już ze sobą połączone. Wybrała kogoś innego, on wybrał samotność. To dlaczego w tym momencie wydawało mu się, że może być inaczej? Że jeśli wreszcie się przemoże, jeżeli to zrobi, to będzie jeszcze w stanie cokolwiek zmienić?
Objął ją, czując jak zapach jej włosów otula go, wciąga w wir wspomnień, w których bezwiednie się zatracił, obsypując pocałunkami szyję Geraldine, sięgając dalej i głębiej. Z każdą kolejną sekundą jeszcze bardziej zmniejszając dystans między nimi. Nie ten fizyczny. Ten już dawno nie istniał. Ten inny. Ten, który sprawiał, że mury jeszcze stały. Teraz powoli pękając.
Kocham cię.
Każdy dotyk, każda chwila sprawiały, że jego myśli uciekały w kierunku marzeń, które nie miały prawa się spełnić. Czuł, że ta chwila była ich ostatnią szansą, ich własnym fragmentem wrześniowego wrzosowiska skąpanego w słońcu sprzed lat w tym wielomiesięcznym gąszczu beznadziejnych dni.
Odkrył się przed nią. Zatracając się i odnajdując w każdym kolejnym dotyku dłoni Geraldine, w jej nogach oplątanych wokół niego, w przygryzanych wargach. We wspólnym zmierzaniu ku nieuniknionemu, pragnąc, by ona poczuła ten sam potworny żal, ból i nadzieję. Licząc, że może wtedy, gdy spojrzy w jego oczy, zrozumie, że przez te wszystkie miesiące nigdy o niej nie zapomniał. Jakże mógłby?
Była jego częścią, zbyt mocno splątaną, za bardzo zakorzenioną w sercu, by mógł ją z niego wyrwać. Zresztą nigdy nie chciał tego robić, pielęgnując tę miłość jak to, czym dla niego była. Jego aconitum napellus w śmiertelnej dawce łykanej dzień w dzień w nadziei, że kiedyś przestanie boleć.
W tym momencie byli tylko dwiema zagubionymi duszami pragnącymi znaleźć się pośród wzburzonych fal. Gdzieś tam w oddali migotała znajoma latarnia morska. W świetle dnia jej blask był niemalże niewidoczny, ale była tam. Byli w domu, nawet jeśli tylko dziś.
Dotykał jej ciała, przytrzymywał w talii, przyciągając ją do siebie jeszcze mocniej. Czuł, jak jego serce łomocze w piersi, jakby chciało powiedzieć jej wszystko, co nagromadziło się przez te wszystkie dni, miesiące zmierzające w kierunku lat. Rok. Długi rok przechodzący w kolejny. Dwa lata, trzy, siedem, dziesięć, dekada... ...dzień po dniu. Do usranej śmierci.
Czymże było ryzyko, które dla niej podjął ostatniego wieczoru? Nie niczym. Z pewnością czymś, ale jednocześnie... ...nie widział świata poza nią, prawda? Nawet teraz miał tę świadomość. Musiał być blisko, gdy to wszystko się działo, bo inaczej po prostu by sobie tego nie darował. Nieważne, co sobie tym robił, mimo tych wszystkich bezsennych nocy, kiedy starał się wyprzeć myśli z głowy, nie poddać się nostalgii i wspomnieniom. Ważne, że przy nim była. Żywa. Przeżyli. Byli tu razem. Ponownie.
To pragnienie bliskości stawało się jego ucieczką, nawet jeśli złudną, tymczasową I trującą. Ucieczką, której desperacko potrzebował, by przetrwać kolejne przedłużające się chwile smutku, które o ironio miała jednocześnie wzmocnić i uczynić znacznie trudniejszymi do przeżycia.
A potem ponownie to spierdolił. Nie chciał tego. Nie to miał na myśli, nie takie były jego intencje. Lecz podświadomie wiedział, czemu zinterpretowała to w taki sposób. Szczególnie wtedy, kiedy zacisnęła powieki i zamknęła oczy, i gdy z jej ust wydostało się to palące pytanie. Wiedział, że jej serce było już gdzieś indziej. W skrytości duszy czuł, że to był ten moment, w którym wszystko mogło ponownie zniknąć i przepaść.
Jeszcze wpatrywał się w jej twarz, szukając tam nadziei. Pragnął powiedzieć jej, że byłby gotów oddać wszystko, aby zamienić ten moment na wieczność, którą sobie przysięgali.
Mógłby, gdyby nie ścisk w gardle. Gdyby nie to, że sam udowodnił sobie, że każdy dźwięk, który pojawiłby się w tym miejscu, sprawiłby, że iluzja ostatecznie by się rozwiała. Już i tak praktycznie się rozmyła. Ich chwila przestała trwać.
Była zaledwie krótkim, niecałkowitym, niepełnym zapomnieniem. Rozdrapaniem ran.
I choć w tym momencie czuł, że najbardziej pragnałby jakoś ją zatrzymać, aby nie musieć myśleć o tym, co może nadejść, odpowiedzieć na pytanie w taki sposób, by pojęła wszystko. Ale na to było za późno. Sam nie wiedział, ile. Pół roku? Rok?
Chciałby, aby oboje odeszli z tego miejsca bez żalu, bez strat, bez rozgoryczenia, ale to też nie było możliwe. Byli tu razem na granicy rzeczywistości i marzeń. Mogli się w tym zatracać, ale ta jedna myśl wciąż dźwięczała w jego umyśle. To było pożegnanie, oficjalny koniec. Już koniec.
Nie miało być później, prawda? Nieważne jak bardzo by tego pragnął... ...pragnęli? Pragnęła tego? Dostrzegał to w jej oczach nim zacisnęła powieki, wywołując u niego ścisk gardła. W wygięciu warg, w grymasie twarzy. W tym, w jaki sposób wtapiała się w niego jeszcze kilka sekund temu, obejmując go nogami i zatapiając palce w jego skórze zanim tego nie popsuł. Nim nie otworzył ust, przerywając ich teraz mówieniem o czymś, co nie miało racji bytu. Nigdy nie powinien się odzywać. Nigdy nie powinien odchodzić bez słowa.
Podświadomie wiedział, by tego nie robić. Dając sobie nadzieję na te długie sekundy, minuty wypełnione spełnianiem najgłębszych, najbardziej desperacko tłumionych pragnień. Całując ją, obejmując ramionami, unosząc w górę tak jak setki razy wcześniej. Powtarzając to, co było im dane przez wiele lat i co niegdyś brał za pewnik, bo miało trwać wiecznie. W ich domu, tym małym świecie, który kiedyś należał tylko do nich. Łudząc się, że to wystarczy, by zatracić się w tej chwili, zapominając o wszystkim, co nigdy nie miało się wydarzyć, bo to nie miało nic zmienić.
To nie było istotne, czego mogliby pragnąć, skoro później nie istniało. Nie miało być później, nie dla niego, nie dla nich. Nie razem. Nie mogli go mieć. Nie mógł jej mieć, nie tak jak tego pragnął, nie wyłącznie w ten krótki, chaotycznie zdesperowany sposób pełen smutku, żalu i utraconych marzeń. Ani później, ani teraz.
A jednak ta chwila była jego ostatnią szansą, ostatnią próbą wyciągnięcia dłoni w kierunku czegoś więcej, desperackim aktem, milczącą prośbą, błaganiem? Iluzją, bo wiedział, że nie był jej i wbrew temu, co działo się między nimi jeszcze przed chwilą, był jej... ...nikim. Sama mu to powiedziała.
Nie znał jej, już nie. Nie znał jej myśli, nie wiedział o niczym, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach. Gdyby nie gorzkie zrządzenie losu, nie wiedziałby nawet o tym, co niemal zabiło ich tej nocy w jaskini. Nie miałby pojęcia, że mogła stamtąd nie wrócić, mógł ją stracić i nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego jak żałośnie to brzmiało, bo przecież już to zrobił, chodziło o znacznie gorszą stratę.
Myśl o całkowitej utracie była jeszcze bardziej przytłaczająca. Druzgocąca niemal tak jak to, że w tym wszystkim nigdy tak naprawdę nie próbowała szukać z nim kontaktu. Czy mógł ją winić? Nie. Czy mógł czuć się z tym tak, jakby w jej oczach nie był już warty ani knuta uwagi, nawet wtedy, kiedy powinien być?
Spędzili ze sobą wiele lat, był przy niej w dobrych i w złych chwilach, stał u jej boku, sięgając po rękę Geraldine tak jak tej nocy w jaskini. Czując uścisk jej palców, dotyk dłoni i spojrzenie mówiące, że mu ufała. Za każdym razem mając ją przy sobie. Gdzieś tam chyba w dalszym ciągu myślał, że jeśli będzie fatalnie to do niego przyjdzie. Nie przyszła. Nie ufała.
To on odszedł. Zniszczył to wszystko, co mieli. Zrujnował ich idyllę zanim sam zrujnował sobą Rinę, ale na swój pojebany, pokrętny sposób chyba zawsze łudził się, że to nie będzie koniec wszystkiego. A jednak.
Nie było między nimi niczego, czego by nie zniszczył tamtego zimnego, okrutnie przejmująco lodowatego, wietrznego poranka. Ani teraz w tej chwili, kiedy otworzył usta, chcąc powiedzieć jej coś zupełnie innego niż to, co od niego usłyszała. Nie taki był jego zamiar, nie taki chciał dać jej przekaz.
To, że go nie zrozumiała było ostatecznym dowodem na to, że cokolwiek wydawało mu się jeszcze przed chwilą, nie miało żadnego pokrycia w rzeczywistości. Nie znali się już. Mógł dotykać ciała dziewczyny, zagarniając dla siebie usta Riny, jednak nie jej umysł. Nie była dla niego jak otwarta księga. Mur, który niemal się rozsypał, teraz zaczął wznosić się coraz wyżej. A on mu na to pozwalał, na nowo zamykając swoje granice.
Potrzebował od niej tylko jednego: zrozumienia. Chciał podzielić się z nią resztką tego, co jeszcze miał, swoją duszą, nie przejmując się tym, co będzie później. Nie myślał o konsekwencjach, o tym, co będzie kiedyś, choć przecież sam użył dokładnie tego słowa.
Kiedyś. Ile razy wcześniej używali tego słowa, snując wypowiedziane i niewypowiedziane plany, rozmawiając o przyszłości zamiast czerpać pełnymi garściami z teraźniejszości, póki jeszcze trwała. Byli młodzi, głupi i zakochani. Tak bardzo spragnieni wieczności.
Pragnął jej tu i teraz. W swoich ramionach, w ciasnym prysznicu, ciało zatopione w ciele, usta żarliwie zagarniające siebie nawzajem. Nic więcej się nie liczyło, bo nie musiało, dopóki oboje byli w stanie udawać, że świat na zewnątrz nie istnieje.
Zawahał się. Zdawał sobie sprawę, że ta chwila powinna trwać wiecznie a jednocześnie wiedział, że nie ma na to szans. Jakiekolwiek by one niegdyś były, zostały bezpowrotnie stracone. Oddalił od siebie tę myśl. Pożegnanie wydawało się być zbyt wielkim obciążeniem. Próbował. W dalszym ciągu usiłował odwlekać nieuniknione. Cholerny desperat.
- Nie myśl o tym - szept ledwo przecisnął mu się przez zaciśnięte gardło, choć wszystko w nim pragnęło powtórzyć po niej tamte słowa z plaży. - Jeszcze nie teraz, proszę, proszę - a jednak milczał, przytłoczony ciężarem tej chwili, która jeszcze mgnienie oka wcześniej wyglądała zupełnie inaczej. - Proszę - nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że powiedział, a właściwie - wyszeptał, to na głos. - Wróć do mnie. Nawet jeśli tylko na chwilę, nawet jeśli tylko teraz, wróć, proszę - ale to nie było takie proste.
Milczał. Zamilkł, przyciskając czoło do jej czoła, nos do nosa, ale nie posuwając się do niczego więcej. Do zamknięcia jej ust kolejnym pocałunkiem ani tego, by na nią spojrzeć. Bardzo powoli przełamując się do tego, by postąpić właściwie. Z oporem, wahaniem, cholernym tępym bólem promieniującym w każdej komórce ciała, łapiąc jeszcze te ostatnie desperackie sekundy, puścił talię Geraldine. Zsunął z niej dłonie wzdłuż bioder dziewczyny, pozwalając jej zrobić to, co było już nieuniknione. Opuszczając ją z powrotem na zimne kafelki w brodziku.
Wciąż ją trzymał, ale odwrócił głowę, odpuszczał.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down