Morpheus pstryknął Antoniusza w nos, jakby tamten był małym dzieciakiem, marszcząc przy tym brwi w poważnym grymasie niemal niedowierzania. Zaraz jednak poklepał go wierzchem dłoni po policzku, zdejmując swoją skórą słoną wilgoć z jego twarzy. Łzy były tak potężne. Szkoda, że ronili je często nie dla tych, których warto.
— Skończ pierdolić. — Morpheus tak dbał o słowa. Układał je w pejzaże poezji i opowieści, liryczne układanki, jak przystało na kogoś, kto słyszy dźwięk magii i pieśń czasu. — Nadal mamy przewagę niewiedzy. My bardzo dokładnie wiemy, gdzie szukać, gdzie leży ich lojalność. Oni nie wiedzą nawet, że oprócz systemu, na ich drodze stoi coś innego. Wiesz, zawsze wierzyłem, że twój totem potrzebuje tylko trochę więcej odwagi, aby przemienić się w smoka. Wiem, że masz to w sobie, Antonoiszu. Nie odwagę wojownika, tylko pradawnego mędrca, który nie obawia się zakusów młodzieńczego buntu.
Wyciągnął swoje przedramię, tam gdzie czerwienił się nowy runiczny krąg. Wziął rękę Antoniusza i poprowadził po runach, wymawiając słowa, które tworzyły. Anthony Shafiq Morpheus Longbottom. Świeża pieczęć ich duszy.
— Wystarczy, że zajmiemy się ministerstwem. Jest tam szalony niedostatek szpiegów i przekonanych do naszej racji. Niepewnych. Nie wiemy jak daleko sięgają macki. I zostaw Departament Tajemnic. To moja działka.