29.11.2024, 01:16 ✶
Nie był przyzwyczajony do tego, by brać z kimś prysznic. Tak samo jak nie był przyzwyczajony do tego, by ktoś otulał jego ramiona miękkim szlafrokiem, lecz nie protestował. Powodów było naprawdę wiele, lecz nie zamierzał nawet ukrywać, że głównym było zwyczajne, ludzkie zmęczenie.
- Trochę - odpowiedział zgodnie z prawdą, odrobinę przeciągając ostatnią głoskę. Odruchowo uniósł dłoń, by przeczesać palcami wilgotne, czarne włosy. Widok, który teraz rozciągał się przed Perseusem, znacząco odbiegał od tego, który na co dzień prezentował Lestrange. Zwykle napięte rysy twarzy rozluźniły się, zniknęła gdzieś ta szorstkość i sztywność ruchów, wyuczone maniery, którymi zasłaniał się każdego dnia. Nawet wtedy, gdy byli w Fontannie i wtedy, gdy odprowadził go do domu: zachowywał się nienagannie. Nienagannie do pierwszego wyraźniejszego dotyku. Teraz to wszystko wyparowało, prysło jak bańka mydlana, pozostawiając Rodolphusa... Czy sobą? Na pewno bardziej, niż na początku tego wieczoru.
Gdy Perseus wygłosił kolejną swoją wątpliwość, spojrzał na niego uważnie. Milczał, jakby zastanawiając się, jak ubrać w słowa to, co krążyło mu po głowie. Nie rozumiał i nigdy nie zrozumie, co kryło się w głowach ludzi tak niepewnych siebie. Na Matkę, Black powinien być przecież najsilniejszy z nich wszystkich, nie był w końcu terapeutą? Czyż nie pogrążał się w meandrach ludzkiego umysłu, nie zagłębiał w psyche, nie rozumiał jak działają te mechanizmy? A jednak miał wrażenie, że mimo iż on sam również nurzał się w tym świecie, tak bardziej fizyczna i naukowa część sprawiała, że to on z tej dwójki był górą. Nigdy w siebie nie wątpił - nie wtedy, gdy składał kolejne Przysięgi Wieczyste i nie wtedy, gdy otwierał na żywca ludziom czaszki w swoim laboratorium. Również nie wątpił w siebie wtedy, w mauzoleum, gdy dostano mu się do głowy.
- Jest na to rada - powiedział, zmniejszając dystans. Odgarnął czarne kosmyki z czoła Perseusa, przyglądając się jego twarzy. - Po prostu nie zostawiasz za sobą nikogo, kto mógłby podążyć za tobą.
Odpowiedział poważnie, lekko przekrzywiając głowę. Czy mówił o zabójstwie? A może o sprytnym kamuflażu, który sprawi, że Perseus przemknie niezauważony? W zamyśleniu przesunął palcami po linii jego szczęki. Mógł w każdej chwili przy pomocy różdżki zmienić tę przystojną twarz w inną, by nikt się nie zorientował, a potem przywrócić ją do swojego pierwotnego, idealnego stanu. Nie zamierzał jednak odkrywać przed mężczyzną wszystkich swoich kart.
- Ostrożność to pierwszy krok do tego, by wszystko potoczyło się tak, jak chcesz - dodał, zabierając powoli rękę. - Ostrożność i sojusznicy. Myślisz, że pozwoliłbym komukolwiek wymierzyć w ciebie cios?
Coś błysnęło w jego oczach. Coś drapieżnego i niebezpiecznego. Nigdy nie dał nikomu do zrozumienia, że zabijanie przychodziło mu z taką łatwością, jak otwieranie pierwszej strony porannej gazety. Ciężko pracował na to, by postrzegano go raczej jako odludka, Niewymownego, który nie miesza się w spory pomiędzy tym co słuszne, właściwe i głoszone przez większość. Robił swoją robotę, nie mówił zbyt wiele. A jednak był Lestrange - ta rodzina nie należała do tych, które odpuszczały lub pozwalały na zniewagę. Być może stąpali po cienkiej linii, nazywaną pozorami, lecz... Przecież dzięki tym pozorom ich nie lekceważyli. Bo zawsze istniało małe ziarnko niepewności, że przecież mogą to zrobić - to, o czym mówią między wierszami.
- Trochę - odpowiedział zgodnie z prawdą, odrobinę przeciągając ostatnią głoskę. Odruchowo uniósł dłoń, by przeczesać palcami wilgotne, czarne włosy. Widok, który teraz rozciągał się przed Perseusem, znacząco odbiegał od tego, który na co dzień prezentował Lestrange. Zwykle napięte rysy twarzy rozluźniły się, zniknęła gdzieś ta szorstkość i sztywność ruchów, wyuczone maniery, którymi zasłaniał się każdego dnia. Nawet wtedy, gdy byli w Fontannie i wtedy, gdy odprowadził go do domu: zachowywał się nienagannie. Nienagannie do pierwszego wyraźniejszego dotyku. Teraz to wszystko wyparowało, prysło jak bańka mydlana, pozostawiając Rodolphusa... Czy sobą? Na pewno bardziej, niż na początku tego wieczoru.
Gdy Perseus wygłosił kolejną swoją wątpliwość, spojrzał na niego uważnie. Milczał, jakby zastanawiając się, jak ubrać w słowa to, co krążyło mu po głowie. Nie rozumiał i nigdy nie zrozumie, co kryło się w głowach ludzi tak niepewnych siebie. Na Matkę, Black powinien być przecież najsilniejszy z nich wszystkich, nie był w końcu terapeutą? Czyż nie pogrążał się w meandrach ludzkiego umysłu, nie zagłębiał w psyche, nie rozumiał jak działają te mechanizmy? A jednak miał wrażenie, że mimo iż on sam również nurzał się w tym świecie, tak bardziej fizyczna i naukowa część sprawiała, że to on z tej dwójki był górą. Nigdy w siebie nie wątpił - nie wtedy, gdy składał kolejne Przysięgi Wieczyste i nie wtedy, gdy otwierał na żywca ludziom czaszki w swoim laboratorium. Również nie wątpił w siebie wtedy, w mauzoleum, gdy dostano mu się do głowy.
- Jest na to rada - powiedział, zmniejszając dystans. Odgarnął czarne kosmyki z czoła Perseusa, przyglądając się jego twarzy. - Po prostu nie zostawiasz za sobą nikogo, kto mógłby podążyć za tobą.
Odpowiedział poważnie, lekko przekrzywiając głowę. Czy mówił o zabójstwie? A może o sprytnym kamuflażu, który sprawi, że Perseus przemknie niezauważony? W zamyśleniu przesunął palcami po linii jego szczęki. Mógł w każdej chwili przy pomocy różdżki zmienić tę przystojną twarz w inną, by nikt się nie zorientował, a potem przywrócić ją do swojego pierwotnego, idealnego stanu. Nie zamierzał jednak odkrywać przed mężczyzną wszystkich swoich kart.
- Ostrożność to pierwszy krok do tego, by wszystko potoczyło się tak, jak chcesz - dodał, zabierając powoli rękę. - Ostrożność i sojusznicy. Myślisz, że pozwoliłbym komukolwiek wymierzyć w ciebie cios?
Coś błysnęło w jego oczach. Coś drapieżnego i niebezpiecznego. Nigdy nie dał nikomu do zrozumienia, że zabijanie przychodziło mu z taką łatwością, jak otwieranie pierwszej strony porannej gazety. Ciężko pracował na to, by postrzegano go raczej jako odludka, Niewymownego, który nie miesza się w spory pomiędzy tym co słuszne, właściwe i głoszone przez większość. Robił swoją robotę, nie mówił zbyt wiele. A jednak był Lestrange - ta rodzina nie należała do tych, które odpuszczały lub pozwalały na zniewagę. Być może stąpali po cienkiej linii, nazywaną pozorami, lecz... Przecież dzięki tym pozorom ich nie lekceważyli. Bo zawsze istniało małe ziarnko niepewności, że przecież mogą to zrobić - to, o czym mówią między wierszami.