– Tak? Dlaczego? – co było w tym takiego zabawnego? Nie od dzisiaj wiadomym było, że czas… pozwalał się oswoić z sytuacją, przyzwyczaić do niej i nie reagować aż tak karykaturalnie czy panicznie, jak można to było robić z początku. Sama wiedziała to doskonale: jak reagowała w połowie czerwca, a jak reagowała teraz. Czas nie leczył ran, ale pozwalał nauczyć się z nimi żyć – i tak było też w każdym innym aspekcie życia związanym z emocjami, zwłaszcza tymi burzliwymi. Czy Anthony sobie z nimi nie radził? Nie wiedziała – skąd miałaby, ale widząc jego podekscytowanie, którego nie potrafił, lub wręcz wcale nie chciał ukryć za chłodną maską braku emocji i wyuczonego uśmiechu, to zgadywała, że było to dla niego coś… nowego? Może nie całkiem nowego, ale od dawna nie widzianego. Ale z pewnością coś ważnego. Ta jego radość – był nią wypełniony tak bardzo, że nie musiała być aurowidzem, by to dostrzec.
– Chciałeś bardzo dyplomatycznie powiedzieć, że idziecie na randkę? – Victoria nie dawała się łatwo zbić z tropu i tak jak potrafiła być bardzo delikatna w słowach, jakie wypowiadała do drugiej osoby, tak lubiła być też bardzo bezpośrednia. A gdy już to powiedziała, uśmiechnęła się pogodnie i – niemalże niewinnie. To był jej popisowy uśmieszek numer trzy, który przywdziewała na twarz już jako dziecko, a znaczył ni mniej, ni więcej, że pod tą ciemną łepetyną coś się właśnie… kotłowało i ten chochlik właśnie coś kombinował (cóż, w końcu zadawała się z Brenną Longbottom jako podrostek i dorosła kobieta, a poza tym była wychowana twardą ręką przez Isabellę z domu Parkinson, musiała umieć robić rzeczy tak, by uszły jej na sucho, choć w większości była bardzo spokojną młodą damą). – Myślę, że wcale nie odetchniesz, Anthony – powiedziała czule. – Nawet jak dostaniesz swoje odpowiedzi, to będziesz snuć kolejne scenariusze – byli na tym polu zbyt podobni, by nie wiedziała, że tak się to właśnie skończy. I czy to było coś złego? Och, absolutnie nie! Stąd też ten łagodny uśmiech, który zagościł na jej pociągniętych krwistą czerwienią ustach. A była tego pewna bo on, tak jak i ona, lubił być panem sytuacji, lubił trzymać w rękach lejce kontroli – a spokój i opanowanie, jakie z niego biło, nie było przecież przypadkowe. Nawet, gdyby nie wiedziała, jak dobry był z magii rozproszeń, czy że opanował oklumencję, to i tak by to w nim widziała – bo sama przecież była na tym polu jego odbiciem. – Dokąd idziecie? Kawiarnia? Galeria sztuki? Teatr? Park? Restauracja? – zaczęła wymieniać, mając cichą nadzieję, że z czymś trafi, ale tak naprawdę robiła to tylko po to, żeby trochę pozaczepiać Anthonego, a nie dlatego, że była taka wścibska. Ktokolwiek to był – lepiej żeby go uszczęśliwił, nic więcej nie było jej potrzebne.
– Dała mi odpowiedzi wystarczające, żeby zrozumieć, że nikt tak do końca nie wie co się dzieje i każda teoria może być tą odpowiednią. Ale to, co dziewczyny dowiedziały się w Szwecji, czy gdzie one tam były, wydaje mi się mniej prawdopodobne od tego, co powiedziała mi nekromantka z Egiptu – nie bała się przy nim użyć tego słowa z dwóch powodów: czuła się tu bezpiecznie i wiedziała, że Shafiq nie jest tak zamknięty na sprawy logiczne i sensowne, a po drugie – już od dłuższego czasu wraz z Laurentem myślała o tym, że pora zawalczyć o chociaż częściowe zniesienie zakazu na nekromancję; zaklęcie patronusa było przecież przez to równie zakazane, a było też jedynym, czym można było walczyć z dementorami, przed maledisem czarnoksiężników i tym paskudztwem z Kniei Godryka. – Bo to co mówiła, pokrywa się z moimi doświadczeniami, miała też sens reszta tego co mówiła, tylko… Hmmm… Jakby ci to powiedzieć – Victoria odłożyła filiżankę i zamyśliła się wyraźnie. – Według niej mam w sobie nadmiar energii. Jak takie… chodzące źródło, z którego można czerpać. I mówiła, że – parafrazując – mamy prawdziwe szczęście, że w Anglii guzik się znają na nekromancji i że się nie połapali czym jesteśmy i jak można nas wykorzystać. Mówię ci to w pełnym zaufaniu, Tony, to nie może wyjść poza nas. Ta kobieta na naszych oczach zabiła zwierzę Avadą, a potem chciała, żebym je wskrzesiła, żeby mieć ostateczne potwierdzenie, ale się nie zgodziłam i wtedy nas zaatakowała – westchnęła i lekko potarła dłonią knykcie drugiej. – Wyczyściłam jej pamięć, ale w końcu sobie przypomni – dodała u zrobiła taką minę, jakby nic się nie stało właściwie chociaż oboje chyba mieli świadomość ewentualnych konsekwencji. – A co do Jenkins… Szczerze? Bardzo wątpię. Widziałeś chyba ile nas przydzielili do ochrony Beltane i jak to się skończyło – a była ich przecież… garstka. A stoczyli walkę ze Śmierciożercami, były też ofiary śmiertelne. – I jak po tym chroniono sabat na Lithe. Nie sądzę, żeby wyciągała wnioski. A poza tym… zostałam ranna na służbie i wie o tym cała Anglia, a i tak z konsekwencjami mierze się sama, tak jak reszta Zimnych. Przynajmniej nie robią problemu jak biorę wolne – wolne na poszukiwania odpowiedzi rzecz jasna. Westchnęła. – I jednocześnie nadal nie mamy zgody na jedyne skuteczne narzędzie na te klątwy, którymi potrafią ciskać czarnoksiężnicy. Tak się niby boi, a my nie mamy jak skutecznie walczyć – mówiła dalej, a potem sięgnęła znowu po filiżankę herbaty, choć zawahała się i po dwóch sekundach złapała jednak za kieliszek z winem. – Jenkins pudruje to wszystko pod publikę, a od środka… szkoda gadać – mniej-więcej taki był jej pogląd na to wszystko, dlatego coraz częściej myślała o tym, żeby rzucić pracę aurora, całkiem olać Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów i oddać się pracy naukowej, która naprawdę ją interesowała. Co z tego, że ostateczne egzaminy na aurora zdała na początku stycznia – po tym co się wydarzyło, chyba nikt nie byłby zdziwiony taką decyzją.
– Jaki problem? – przekrzywiła lekko głowę i upiła łyka wina.