29.11.2024, 02:58 ✶
Nie teraz. Nie tak.
Kocham cię.
Jeszcze nie teraz.
To było nieuchronne, miało się wydarzyć, ale czemu musiał spierdolić to w tej jednej jedynej chwili, kiedy mogli jeszcze udawać, że czeka na nich wszystko?
Nie nic.
Że te lata nie były niczym, że nie były na nic.
Bardzo powoli przełknął ślinę nagromadzoną w ustach, jakby ten dźwięk miał odbić się echem po pomieszczeniu, gdyby tylko zrobił to trochę zbyt szybko i za głośno. Ambroise już miał wrażenie, że w przejmującej ciszy, jaka zapadła w łazience, Geraldine jest w stanie usłyszeć stanowczo zbyt głośne łomotanie jego serca.
Próbował uspokoić jego rytm, lecz ono nic sobie z tego nie robiło. Zacięcie pompowało krew, robiąc to trochę za bardzo intensywnie, zbyt chaotycznie i urywanie. Zamierało na chwilę a potem starało się nadrobić zaległości. Nadgonić te wszystkie chwile, w których on miał wrażenie, że po prostu przestanie bić, bo przecież nie mogło tak boleć, jeśli działało właściwie.
Od dawna było po części wadliwe, częściowo puste i ozdobione. Nie znajdowało się na właściwym miejscu, nie miało swojej dawnej roli, brakowało mu celu w życiu innego niż podtrzymywanie Greengrassa na pograniczu życia i egzystencji.
Bowiem przez większość czasu nie mógł powiedzieć nic więcej ponad to, że właśnie to robił: był, egzystował, wykonywał starannie swoje obowiązki, utrzymywał poprawne kontakty z otoczeniem, wspierał tych bliskich, których jeszcze nie zawiódł i nie stracił. Starał się zachowywać pozory, szafował maskami.
Zmieniał je raz za razem, nadużywał ich wyłącznie po to, żeby chronić własną prawdziwą twarz człowieka, który gdy tylko wracał do domu i zostawał sam na sam ze swoimi demonami, momentalnie tracił równowagę.
Nie był ani trochę stabilny. Nie tak jak kiedyś. Kurczowo trzymał się wszystkiego, co w dalszym ciągu budował, tyle tylko że na zgliszczach dawnych marzeń. W popiole i w dymie, który bardziej dusił niż tamten w jaskini. Tamten dało się odciąć ubraniem, uniesionym kołnierzem, golfem, chustką uniesioną do twarzy. Tego tutaj nie.
Był permanentnie wyczerpany. Nawet nie chciał patrzeć sobie w oczy w lustrze wiszącym na ścianie, bo nazbyt dobrze wiedział co by tam zobaczył. Gdyby był w pełni sił, mógłby jeszcze łudzić się, że przez to, że były niemal stale lekko przekrwione, nie mogła poznać po nim tego, co działo się we wnętrzu jego duszy.
Bowiem przecież tym były oczy. Oknami dla duszy, której Geraldine sama nie chciała mu teraz pokazać, kurczowo zaciskając powieki. Aż wreszcie on też zamknął swoje, biorąc kilka głębokich wdechów i znowu pogrążając ich oboje w ciszy, bo przynajmniej cisza nie raniła tak bardzo.
Gówno prawda, bo bolała bardziej niż jeszcze chwilę temu. Teraz niosła ze sobą nieuniknioną świadomość tego, że zaraz będą musieli ją ponownie przerwać. Tym razem trwale, bo czar pryskał. Próby podejmowane jeszcze przed chwilą zaczęły tracić swój sens a zatem również ten powiew nostalgii i iluzję rozwiewającą się na nadmorskim wietrze.
Z tym, że ten tutaj nie był ciepły. Nie wiał za oknem ani nie świstał między wielkimi głazami w luźnych przestrzeniach przy zejściu na plażę. Nie ogarniał wrzosowisk. Tylko ich dwoje tutaj w łazience, która do tej pory jak na ironię zdążyła oblać się parą. Było ciepło, wilgoć zbierała się na szklanych ściankach kabiny prysznicowej. Ciasnej, teraz nawet aż za bardzo.
Kiedy Ambroise stał tak z zamkniętymi oczami, czekał na słowa ostatecznie przekreślające ich ulotne złudzenia, zaczął uświadamiać sobie, że chłód znowu go ogarnia. Przestrzeń zaczęła się robić obca, bo przecież już nie jego, i klaustrofobiczna.
Szczególnie, że zaczął robić to, co przychodziło mu coraz bardziej instynktownie. Wycofywał się, poluźniając dotyk i cofając dłonie z ciała, które jeszcze chwilę temu wydawało mu się, że może ostatni raz należeć do niego. Byli tak blisko tego, żeby zatopić się w sobie nawzajem, poszukując dawnych nici i widm gorących, desperackich uczuć.
Chciał odnaleźć to, co kiedyś mieli. Odzyskać utracony grunt pod nogami i ten wewnętrzny spokój, jakim niegdyś Geraldine go napełniała. Dopóki nie zaczął jej się wyślizgiwać. Póki nie zatonął w bagnie własnych pochopnych decyzji, które dogoniły go po wielu latach, kiedy już zdążył częściowo zapomnieć o tym, że mogły mieć jakieś większe konsekwencje.
Straciły dla niego znaczenie, bo przecież przez ładne kilka lat zdążył stać się zupełnie innym człowiekiem. Dorosły Ambroise (śmieszne, bo dopiero w okolicach trzydziestki) zaczął podświadomie odcinać się od tamtego gówniarza, który by nim gardził. Obaj sobą wzajemnie pogardzali.
W tamtym okresie, gdyby mógł to zrobić i dotyczyłoby to kogoś innego, nie jego własnej przeszłości, starszy Greengrass unosiłby brwi na widok zachowań młodszej wersji siebie. Byłby wobec siebie suchy, wzgardliwy i może trochę prześmiewczy. Patrzyłby z góry na swoje szumne deklaracje niezależności i uwielbienie wolności, gadki o byciu zamkniętym w złotej klatce i na całą resztę.
Wiedziałby, że za kilka lat będzie pomijać tamte zachowania, spuści na nie zasłonę milczenia. Nigdy nie przyzna, że mógł wtedy nie mieć racji, nie zacznie przekonywać innych do zmiany nastawienia, ale sam je zmieni. Niemalże o sto osiemdziesiąt stopni, robiąc się trochę bardziej ogarniętym człowiekiem.
Nadal mocno związanym z obranymi drogami, ale już nie czującym potrzeby, by znaczyć każdą latarnię na Nokturnie albo każdy kamyk na Ścieżkach. Przeciwnie: coraz bardziej czując, że jego pozycja zaczyna mu wystarczać. Podtrzymując ją, ale nie pchając jej wyżej, bo ryzyko mogłoby być niewspółmiernie wysokie w stosunku do korzyści.
A on wtedy już miał swoje największe dobra. Własne, wspólne życie i dom, który jego młodsza wersja niechybnie pogardliwie określiłaby tą złotą klatką. Młodszy Roise wyśmiałby jego ckliwość, nie zostawiłby na nim suchej nitki i jeszcze cynicznie zachęcałby go do poryczenia się w związku z tym jak baba.
Zresztą zarzuciłby mu utratę jaj w związku z przejęciem w domu roli opiekuńczo-medycznej (babskie sprawy) i wzięcie na siebie kuchni (to już w ogóle), robienie swojej kobiecie herbatek i ciepłych kąpieli, czesanie jej włosów, gdy była zmęczona. No, wyśmiałby się bez chwili zastanowienia.
Teraz też. Rok później. Ponad rok od czasu, kiedy jeszcze mógł o sobie powiedzieć, że jest tamtym człowiekiem, który w dalszym ciągu planuje wspólną piękną przyszłość w domu z widokiem na morze i z dostateczną liczbą pokojów, by móc wypełnić je jeszcze większą ilością życia.
Teraz też mógłby się cynicznie śmiać, gdyby tylko potrafił. Jako ta trzecia wersja siebie. Najbardziej nieoczekiwany obcy element, którego chyba nikt, szczególnie on się nie spodziewał. Zawsze miał przed oczami siebie z przeszłości i siebie z teraźniejszości będącej jednocześnie przyszłością. A kiedy to wszystko spierdolił...
...to chyba rozszczepił się gdzieś bezpowrotnie.
Powstała trzecia wersja. Niechciana, ale ostateczna. Dokonał tego wyboru wiosną zeszłego roku. Nie musiał z tym żyć. Mógł egzystować, to wystarczało... ...jak do tej pory.
Do chwili, w której łazienka zaczęła wirować, ściany ich domu rozsypywać się w piach na wietrze. Ten, który wiał w oczy Ambroisa. Nawet w momencie, w którym przez ułamek sekundy wydawało mu się, że może rzeczywiście dadzą sobie odrobinę wytchnienia, na które przecież zasługiwali.
Byłby w stanie się w tym zatracić. Nigdy nie miał najmniejszego problemu z tym, żeby sięgnąć ku niej i jednocześnie otworzyć przed nią swoje ramiona. Nie chciał wyłącznie brać. Dawanie przychodziło mu równie instynktownie. Przy Geraldine wszystko było łatwiejsze, nawet wtedy, kiedy nie było.
Wystarczyło, że posyłała mu spojrzenie, o którym wiedział, że zawsze było i zawsze miało być wyłącznie jego. Tak jak ona. Tak jak on dla niej. Topniał, zachowywał się inaczej, łagodniał i pokorniał. Szukał kompromisów tam, gdzie w przypadku kogokolwiek innego nigdy nie kwestionowałby słuszności swoich przekonań.
Z nią było inaczej, ale przecież znał odpowiedź, czemu tak to wyglądało. Znał i akceptował. Podświadomie nawet teraz, kiedy to już nie miało racji bytu, bo zamiast patrzeć mu w oczy, zamykała je. A zamiast rezerwować swoją miłość dla niego i tylko dla niego, miała jej w sobie dużo, lecz dla kogoś innego.
Czy czuł, że wyciągając ku niej ręce, komuś to kradnie? Nie. Wiedział, że to robi i że to jest sprzeczne ze wszystkim, co bardzo dawno temu zadeklarował, że nie będzie jego domeną. Uważał się za zbyt dobrego, żeby robić coś takiego. Miał klasę, nie był desperatem, ale w tym momencie desperacko potrzebował zapamiętać każdy szczegół ukochanego ciała.
Wszystkie zmiany, które pokazywały mu, ile stracił. Chciał je dostrzec, pomimo bólu, który mu przynosiły, chciał całować skórę, ogarnąć ją dotykiem, który koił a nie palił. Dawać, nie zabierać. Czy to w ogóle było możliwe przy tym kim był i kim się stał. Nie mógł budować, już nie, więc chociaż wreszcie zaczął podejmować racjonalną decyzję o tym, aby nie psuć.
Nie wiedział czemu kolejny raz słowa nie szły w parze z gestami, bo jednocześnie zaczął się żegnać i robił coś, czego nigdy nie uważał za słuszne - prosił. Podświadomie szukał Geraldine w słowach, gdy gestami się od niej oddalał. Najwyraźniej nic między nimi nie było już takie same jak wcześniej. Zatracili się, ale nie w sobie tylko na swojej wspólnej drodze, która wtedy na wiosnę stała się dwoma zupełnie innymi ścieżkami.
Skoro się odsuwał to czemu znowu poczuł tąpnięcie w piersi, gdy dotarła do niego cicha odpowiedź? Nie chciał litości, nie pragnął wybaczenia, nie chciał, żeby dawała mu cokolwiek z jego desperacji, bo to nie byłoby to. Gdzieś pod skórą Ambroise wiedział, że by to wyczuł. Wyparłby to, ale wyczułby chwilę, w której ich wspólna ucieczka w melancholię i wspomnienia zmieniłaby się w całkowite kłamstwo.
Czemu, kiedy dłoń Riny odnalazła jego, ścisnął jej rękę, wspólnie splatając ich palce.
Sekunda, dwie. Nie patrzyli na siebie. W dalszym ciągu unikali spojrzenia.
Trzy sekundy, cztery. Wiedział, że później wielokrotnie będzie przywoływać to w pamięci. Być może po to, żeby się przeklnąć. Możliwe, że po to, aby nakarmić się trującą słodyczą wspomnień.
Pięć sekund, dziesięć. Przestał liczyć w momencie, w którym ją do siebie przyciągnął, znowu zatapiając się w jej ustach, ale tym razem nie przestając, aby upewnić się czy w dalszym ciągu tego chciała. Czuł bicie jej serca i łomotanie własnego, szczególnie wtedy, kiedy znowu bezwolnie zagarnął Geraldine ramionami.
Mogli tu zostać, ale to już nie było ich idealne miejsce. Zresztą nigdy nie powinno być. Nieistotne jak bardzo czynili je swoim w tej ukradkowej chwili wyrwanej rzeczywistości. Nieważne, ile czasu im pozostało. Jeśli to miało być to ostateczne pożegnanie, a przecież właśnie tak było, to powinni uczynić je tak swoim jak tylko potrafili.
Kiedyś o tym rozmawiali, prawda? Mówili o innych miejscach, nie ich własnym. Nie o przestrzeni, w której wielokrotnie wcześniej się w sobie zatapiali, zapominając o całym świecie. A jednak to miało znaczenie.
Mógł ją za sobą pociągnąć tak jak ona zrobiła to wcześniej w kierunku prysznica, ale wtedy straciliby czas, którego i tak nie mieli, więc ten kolejny ruch był instynktowny. Właściwy, nawet pomimo zmęczenia.
Zagarniając usta dziewczyny, podźwignął ją z kafelek, tym razem w inny sposób niż wcześniej. W ten, w który lata wcześniej sądził, że przyjdzie mu przenieść ją przez inny próg, ale to było stracone. Pozostało im jeszcze to jedno.
Sypialnia, która niegdyś była świadkiem wielu innych, lepszych chwil. Teraz cicha i wypełniona kurzem. Z zasuszonym bukietem kwiatów o częściowo opadłych płatkach na komodzie i nie ułożoną pościelą. Nie przeszło mu przez myśl czy tą samą, nie brał tego pod uwagę. Po prostu padł na łóżko, które kiedyś przyjęło tyle wspólnych chwil, teraz mając być świadkiem tej ostatniej.
Zatopił ją w pocałunkach. W ramionach. W miękkości materaca. W chłodnej pościeli i tumanach kurzu wzbijającego się w powietrze, wirującego przez chwilę, żeby opaść i wzbić się znowu.
A woda spływała po kafelkach w dalszym ciągu wypełniając pomieszczenie szumem, który był już niesłyszalny dla uszu.
Kocham cię.
Jeszcze nie teraz.
To było nieuchronne, miało się wydarzyć, ale czemu musiał spierdolić to w tej jednej jedynej chwili, kiedy mogli jeszcze udawać, że czeka na nich wszystko?
Nie nic.
Że te lata nie były niczym, że nie były na nic.
Bardzo powoli przełknął ślinę nagromadzoną w ustach, jakby ten dźwięk miał odbić się echem po pomieszczeniu, gdyby tylko zrobił to trochę zbyt szybko i za głośno. Ambroise już miał wrażenie, że w przejmującej ciszy, jaka zapadła w łazience, Geraldine jest w stanie usłyszeć stanowczo zbyt głośne łomotanie jego serca.
Próbował uspokoić jego rytm, lecz ono nic sobie z tego nie robiło. Zacięcie pompowało krew, robiąc to trochę za bardzo intensywnie, zbyt chaotycznie i urywanie. Zamierało na chwilę a potem starało się nadrobić zaległości. Nadgonić te wszystkie chwile, w których on miał wrażenie, że po prostu przestanie bić, bo przecież nie mogło tak boleć, jeśli działało właściwie.
Od dawna było po części wadliwe, częściowo puste i ozdobione. Nie znajdowało się na właściwym miejscu, nie miało swojej dawnej roli, brakowało mu celu w życiu innego niż podtrzymywanie Greengrassa na pograniczu życia i egzystencji.
Bowiem przez większość czasu nie mógł powiedzieć nic więcej ponad to, że właśnie to robił: był, egzystował, wykonywał starannie swoje obowiązki, utrzymywał poprawne kontakty z otoczeniem, wspierał tych bliskich, których jeszcze nie zawiódł i nie stracił. Starał się zachowywać pozory, szafował maskami.
Zmieniał je raz za razem, nadużywał ich wyłącznie po to, żeby chronić własną prawdziwą twarz człowieka, który gdy tylko wracał do domu i zostawał sam na sam ze swoimi demonami, momentalnie tracił równowagę.
Nie był ani trochę stabilny. Nie tak jak kiedyś. Kurczowo trzymał się wszystkiego, co w dalszym ciągu budował, tyle tylko że na zgliszczach dawnych marzeń. W popiole i w dymie, który bardziej dusił niż tamten w jaskini. Tamten dało się odciąć ubraniem, uniesionym kołnierzem, golfem, chustką uniesioną do twarzy. Tego tutaj nie.
Był permanentnie wyczerpany. Nawet nie chciał patrzeć sobie w oczy w lustrze wiszącym na ścianie, bo nazbyt dobrze wiedział co by tam zobaczył. Gdyby był w pełni sił, mógłby jeszcze łudzić się, że przez to, że były niemal stale lekko przekrwione, nie mogła poznać po nim tego, co działo się we wnętrzu jego duszy.
Bowiem przecież tym były oczy. Oknami dla duszy, której Geraldine sama nie chciała mu teraz pokazać, kurczowo zaciskając powieki. Aż wreszcie on też zamknął swoje, biorąc kilka głębokich wdechów i znowu pogrążając ich oboje w ciszy, bo przynajmniej cisza nie raniła tak bardzo.
Gówno prawda, bo bolała bardziej niż jeszcze chwilę temu. Teraz niosła ze sobą nieuniknioną świadomość tego, że zaraz będą musieli ją ponownie przerwać. Tym razem trwale, bo czar pryskał. Próby podejmowane jeszcze przed chwilą zaczęły tracić swój sens a zatem również ten powiew nostalgii i iluzję rozwiewającą się na nadmorskim wietrze.
Z tym, że ten tutaj nie był ciepły. Nie wiał za oknem ani nie świstał między wielkimi głazami w luźnych przestrzeniach przy zejściu na plażę. Nie ogarniał wrzosowisk. Tylko ich dwoje tutaj w łazience, która do tej pory jak na ironię zdążyła oblać się parą. Było ciepło, wilgoć zbierała się na szklanych ściankach kabiny prysznicowej. Ciasnej, teraz nawet aż za bardzo.
Kiedy Ambroise stał tak z zamkniętymi oczami, czekał na słowa ostatecznie przekreślające ich ulotne złudzenia, zaczął uświadamiać sobie, że chłód znowu go ogarnia. Przestrzeń zaczęła się robić obca, bo przecież już nie jego, i klaustrofobiczna.
Szczególnie, że zaczął robić to, co przychodziło mu coraz bardziej instynktownie. Wycofywał się, poluźniając dotyk i cofając dłonie z ciała, które jeszcze chwilę temu wydawało mu się, że może ostatni raz należeć do niego. Byli tak blisko tego, żeby zatopić się w sobie nawzajem, poszukując dawnych nici i widm gorących, desperackich uczuć.
Chciał odnaleźć to, co kiedyś mieli. Odzyskać utracony grunt pod nogami i ten wewnętrzny spokój, jakim niegdyś Geraldine go napełniała. Dopóki nie zaczął jej się wyślizgiwać. Póki nie zatonął w bagnie własnych pochopnych decyzji, które dogoniły go po wielu latach, kiedy już zdążył częściowo zapomnieć o tym, że mogły mieć jakieś większe konsekwencje.
Straciły dla niego znaczenie, bo przecież przez ładne kilka lat zdążył stać się zupełnie innym człowiekiem. Dorosły Ambroise (śmieszne, bo dopiero w okolicach trzydziestki) zaczął podświadomie odcinać się od tamtego gówniarza, który by nim gardził. Obaj sobą wzajemnie pogardzali.
W tamtym okresie, gdyby mógł to zrobić i dotyczyłoby to kogoś innego, nie jego własnej przeszłości, starszy Greengrass unosiłby brwi na widok zachowań młodszej wersji siebie. Byłby wobec siebie suchy, wzgardliwy i może trochę prześmiewczy. Patrzyłby z góry na swoje szumne deklaracje niezależności i uwielbienie wolności, gadki o byciu zamkniętym w złotej klatce i na całą resztę.
Wiedziałby, że za kilka lat będzie pomijać tamte zachowania, spuści na nie zasłonę milczenia. Nigdy nie przyzna, że mógł wtedy nie mieć racji, nie zacznie przekonywać innych do zmiany nastawienia, ale sam je zmieni. Niemalże o sto osiemdziesiąt stopni, robiąc się trochę bardziej ogarniętym człowiekiem.
Nadal mocno związanym z obranymi drogami, ale już nie czującym potrzeby, by znaczyć każdą latarnię na Nokturnie albo każdy kamyk na Ścieżkach. Przeciwnie: coraz bardziej czując, że jego pozycja zaczyna mu wystarczać. Podtrzymując ją, ale nie pchając jej wyżej, bo ryzyko mogłoby być niewspółmiernie wysokie w stosunku do korzyści.
A on wtedy już miał swoje największe dobra. Własne, wspólne życie i dom, który jego młodsza wersja niechybnie pogardliwie określiłaby tą złotą klatką. Młodszy Roise wyśmiałby jego ckliwość, nie zostawiłby na nim suchej nitki i jeszcze cynicznie zachęcałby go do poryczenia się w związku z tym jak baba.
Zresztą zarzuciłby mu utratę jaj w związku z przejęciem w domu roli opiekuńczo-medycznej (babskie sprawy) i wzięcie na siebie kuchni (to już w ogóle), robienie swojej kobiecie herbatek i ciepłych kąpieli, czesanie jej włosów, gdy była zmęczona. No, wyśmiałby się bez chwili zastanowienia.
Teraz też. Rok później. Ponad rok od czasu, kiedy jeszcze mógł o sobie powiedzieć, że jest tamtym człowiekiem, który w dalszym ciągu planuje wspólną piękną przyszłość w domu z widokiem na morze i z dostateczną liczbą pokojów, by móc wypełnić je jeszcze większą ilością życia.
Teraz też mógłby się cynicznie śmiać, gdyby tylko potrafił. Jako ta trzecia wersja siebie. Najbardziej nieoczekiwany obcy element, którego chyba nikt, szczególnie on się nie spodziewał. Zawsze miał przed oczami siebie z przeszłości i siebie z teraźniejszości będącej jednocześnie przyszłością. A kiedy to wszystko spierdolił...
...to chyba rozszczepił się gdzieś bezpowrotnie.
Powstała trzecia wersja. Niechciana, ale ostateczna. Dokonał tego wyboru wiosną zeszłego roku. Nie musiał z tym żyć. Mógł egzystować, to wystarczało... ...jak do tej pory.
Do chwili, w której łazienka zaczęła wirować, ściany ich domu rozsypywać się w piach na wietrze. Ten, który wiał w oczy Ambroisa. Nawet w momencie, w którym przez ułamek sekundy wydawało mu się, że może rzeczywiście dadzą sobie odrobinę wytchnienia, na które przecież zasługiwali.
Byłby w stanie się w tym zatracić. Nigdy nie miał najmniejszego problemu z tym, żeby sięgnąć ku niej i jednocześnie otworzyć przed nią swoje ramiona. Nie chciał wyłącznie brać. Dawanie przychodziło mu równie instynktownie. Przy Geraldine wszystko było łatwiejsze, nawet wtedy, kiedy nie było.
Wystarczyło, że posyłała mu spojrzenie, o którym wiedział, że zawsze było i zawsze miało być wyłącznie jego. Tak jak ona. Tak jak on dla niej. Topniał, zachowywał się inaczej, łagodniał i pokorniał. Szukał kompromisów tam, gdzie w przypadku kogokolwiek innego nigdy nie kwestionowałby słuszności swoich przekonań.
Z nią było inaczej, ale przecież znał odpowiedź, czemu tak to wyglądało. Znał i akceptował. Podświadomie nawet teraz, kiedy to już nie miało racji bytu, bo zamiast patrzeć mu w oczy, zamykała je. A zamiast rezerwować swoją miłość dla niego i tylko dla niego, miała jej w sobie dużo, lecz dla kogoś innego.
Czy czuł, że wyciągając ku niej ręce, komuś to kradnie? Nie. Wiedział, że to robi i że to jest sprzeczne ze wszystkim, co bardzo dawno temu zadeklarował, że nie będzie jego domeną. Uważał się za zbyt dobrego, żeby robić coś takiego. Miał klasę, nie był desperatem, ale w tym momencie desperacko potrzebował zapamiętać każdy szczegół ukochanego ciała.
Wszystkie zmiany, które pokazywały mu, ile stracił. Chciał je dostrzec, pomimo bólu, który mu przynosiły, chciał całować skórę, ogarnąć ją dotykiem, który koił a nie palił. Dawać, nie zabierać. Czy to w ogóle było możliwe przy tym kim był i kim się stał. Nie mógł budować, już nie, więc chociaż wreszcie zaczął podejmować racjonalną decyzję o tym, aby nie psuć.
Nie wiedział czemu kolejny raz słowa nie szły w parze z gestami, bo jednocześnie zaczął się żegnać i robił coś, czego nigdy nie uważał za słuszne - prosił. Podświadomie szukał Geraldine w słowach, gdy gestami się od niej oddalał. Najwyraźniej nic między nimi nie było już takie same jak wcześniej. Zatracili się, ale nie w sobie tylko na swojej wspólnej drodze, która wtedy na wiosnę stała się dwoma zupełnie innymi ścieżkami.
Skoro się odsuwał to czemu znowu poczuł tąpnięcie w piersi, gdy dotarła do niego cicha odpowiedź? Nie chciał litości, nie pragnął wybaczenia, nie chciał, żeby dawała mu cokolwiek z jego desperacji, bo to nie byłoby to. Gdzieś pod skórą Ambroise wiedział, że by to wyczuł. Wyparłby to, ale wyczułby chwilę, w której ich wspólna ucieczka w melancholię i wspomnienia zmieniłaby się w całkowite kłamstwo.
Czemu, kiedy dłoń Riny odnalazła jego, ścisnął jej rękę, wspólnie splatając ich palce.
Sekunda, dwie. Nie patrzyli na siebie. W dalszym ciągu unikali spojrzenia.
Trzy sekundy, cztery. Wiedział, że później wielokrotnie będzie przywoływać to w pamięci. Być może po to, żeby się przeklnąć. Możliwe, że po to, aby nakarmić się trującą słodyczą wspomnień.
Pięć sekund, dziesięć. Przestał liczyć w momencie, w którym ją do siebie przyciągnął, znowu zatapiając się w jej ustach, ale tym razem nie przestając, aby upewnić się czy w dalszym ciągu tego chciała. Czuł bicie jej serca i łomotanie własnego, szczególnie wtedy, kiedy znowu bezwolnie zagarnął Geraldine ramionami.
Mogli tu zostać, ale to już nie było ich idealne miejsce. Zresztą nigdy nie powinno być. Nieistotne jak bardzo czynili je swoim w tej ukradkowej chwili wyrwanej rzeczywistości. Nieważne, ile czasu im pozostało. Jeśli to miało być to ostateczne pożegnanie, a przecież właśnie tak było, to powinni uczynić je tak swoim jak tylko potrafili.
Kiedyś o tym rozmawiali, prawda? Mówili o innych miejscach, nie ich własnym. Nie o przestrzeni, w której wielokrotnie wcześniej się w sobie zatapiali, zapominając o całym świecie. A jednak to miało znaczenie.
Mógł ją za sobą pociągnąć tak jak ona zrobiła to wcześniej w kierunku prysznica, ale wtedy straciliby czas, którego i tak nie mieli, więc ten kolejny ruch był instynktowny. Właściwy, nawet pomimo zmęczenia.
Zagarniając usta dziewczyny, podźwignął ją z kafelek, tym razem w inny sposób niż wcześniej. W ten, w który lata wcześniej sądził, że przyjdzie mu przenieść ją przez inny próg, ale to było stracone. Pozostało im jeszcze to jedno.
Sypialnia, która niegdyś była świadkiem wielu innych, lepszych chwil. Teraz cicha i wypełniona kurzem. Z zasuszonym bukietem kwiatów o częściowo opadłych płatkach na komodzie i nie ułożoną pościelą. Nie przeszło mu przez myśl czy tą samą, nie brał tego pod uwagę. Po prostu padł na łóżko, które kiedyś przyjęło tyle wspólnych chwil, teraz mając być świadkiem tej ostatniej.
Zatopił ją w pocałunkach. W ramionach. W miękkości materaca. W chłodnej pościeli i tumanach kurzu wzbijającego się w powietrze, wirującego przez chwilę, żeby opaść i wzbić się znowu.
A woda spływała po kafelkach w dalszym ciągu wypełniając pomieszczenie szumem, który był już niesłyszalny dla uszu.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down