29.11.2024, 12:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2025, 22:54 przez Anthony Shafiq.)
Nie była piękna.
Tak daleka od estetycznych standardów wyznaczanych przez perfekcyjne rysy rzeźb stojących tak w ogrodzie jak i podziemiu. Włosy w nieładzie błagały o rękę fryzjera, skóra domagała się lepszego traktowania i kilku godzin więcej snu, ciało potrzebowało mniej bólu, a więcej troski i miękkości. Jej dłonie, choć zmieniały się w skrzydła, teraz przypominały szpony harpii, wzrok wbity w notatnik w kompulsywnym zbieraniu każdej minuty, każdej sekundy, które gwałtownie i nieprzebranie kończył się. Zamykały. Znikały w niebycie.
Była doskonała.
Wspomnienie makiety pewnej bardzo charakterystycznej wyspy pełnej bardzo charakterystycznych istot wzbudził śmiech w jego piersi. Nie wiedział dlaczego Lorien darzy tak wielką estymą jedne z najbardziej przerażających istot, które nosił ten świat, ale nie przeszkadzało mu to. Było częścią jej tożsamości, tak samo jak jego częścią były smoki.
– Caponata? Wybornie, nie pamiętam kiedy jadłem ją po raz ostatni... – odpowiedział jej miękko po włosku, siadając na przeciwko. Wyglądał na zmęczonego, ale zadowolonego, tym dobrym zmęczeniem, które oznaczało czas spędzony na pracy. Jakiejś pracy. W palce ujął srebrną łyżeczkę i zaczął nią niespiesznie obracać, próbując zebrać myśli, które wciąż i wciąż rozbiegały się w nogawki nieoznaczoności. Pozostawali w superpozycji, ale on chciał patrzeć, chciał dostrzec i zrozumieć w którą stronę ukierunkować swoją energię. Gdzie uderzyć najpierw.
– Jutro wyjeżdżam, więc dopinam sprawy lokalne, być może jak najskuteczniej odsuwając od siebie wizję spotkania z ojcem po tych... ośmiu latach. – Czuł się tak, jakby szykował się na śmierć. Widmo niedawnego pogrzebu wciąż ciążyło nad nim, ale też i własnych rozterek. Własnych lęków, którym pozwolił wybrzmieć kilka wieczorów wcześniej. Czy to pomogło im pierzchnąć? A może nabrały mocy, ukorzeniły się w nim lepiej, mocniej... Skrzywił się nieco, nie chciał psuć wojną tego spokojnego popołudnia, tej słodkiej idylli.
– Chyba najbardziej boję się tego, że musiałbym przyznać mu rację – zwierzenie wysmyknęło się z ust. Celowe, w chłodzie tonu zduszonego gniewu. Spojrzał się na nią przepraszająco, ale przecież taki chciał być wobec niej - uczciwy. Czy świat był na to gotowy? Lorien jawiła mu się jako pani losu wielu, ale niekoniecznie jego własnego. Podjęła decyzję, żeby nie być tak ważną częścią jego życia. Teraz siedząc razem w ogrodzie w Little Hangleton zastanawiał się gdzie na spektrum możliwości on umiejscowiony jest w jej sercu. Gdzie ona umiejscowiona jest w jego. – Moje biuro jest dla mnie za ciasne. – uściślił. – Wydaje mi się, że czas, abym poszedł dalej. Zgodnie z jego słowami... Nie. Zgodnie z własną wolą mierzył wyżej.
Tak daleka od estetycznych standardów wyznaczanych przez perfekcyjne rysy rzeźb stojących tak w ogrodzie jak i podziemiu. Włosy w nieładzie błagały o rękę fryzjera, skóra domagała się lepszego traktowania i kilku godzin więcej snu, ciało potrzebowało mniej bólu, a więcej troski i miękkości. Jej dłonie, choć zmieniały się w skrzydła, teraz przypominały szpony harpii, wzrok wbity w notatnik w kompulsywnym zbieraniu każdej minuty, każdej sekundy, które gwałtownie i nieprzebranie kończył się. Zamykały. Znikały w niebycie.
Była doskonała.
Wspomnienie makiety pewnej bardzo charakterystycznej wyspy pełnej bardzo charakterystycznych istot wzbudził śmiech w jego piersi. Nie wiedział dlaczego Lorien darzy tak wielką estymą jedne z najbardziej przerażających istot, które nosił ten świat, ale nie przeszkadzało mu to. Było częścią jej tożsamości, tak samo jak jego częścią były smoki.
– Caponata? Wybornie, nie pamiętam kiedy jadłem ją po raz ostatni... – odpowiedział jej miękko po włosku, siadając na przeciwko. Wyglądał na zmęczonego, ale zadowolonego, tym dobrym zmęczeniem, które oznaczało czas spędzony na pracy. Jakiejś pracy. W palce ujął srebrną łyżeczkę i zaczął nią niespiesznie obracać, próbując zebrać myśli, które wciąż i wciąż rozbiegały się w nogawki nieoznaczoności. Pozostawali w superpozycji, ale on chciał patrzeć, chciał dostrzec i zrozumieć w którą stronę ukierunkować swoją energię. Gdzie uderzyć najpierw.
– Jutro wyjeżdżam, więc dopinam sprawy lokalne, być może jak najskuteczniej odsuwając od siebie wizję spotkania z ojcem po tych... ośmiu latach. – Czuł się tak, jakby szykował się na śmierć. Widmo niedawnego pogrzebu wciąż ciążyło nad nim, ale też i własnych rozterek. Własnych lęków, którym pozwolił wybrzmieć kilka wieczorów wcześniej. Czy to pomogło im pierzchnąć? A może nabrały mocy, ukorzeniły się w nim lepiej, mocniej... Skrzywił się nieco, nie chciał psuć wojną tego spokojnego popołudnia, tej słodkiej idylli.
– Chyba najbardziej boję się tego, że musiałbym przyznać mu rację – zwierzenie wysmyknęło się z ust. Celowe, w chłodzie tonu zduszonego gniewu. Spojrzał się na nią przepraszająco, ale przecież taki chciał być wobec niej - uczciwy. Czy świat był na to gotowy? Lorien jawiła mu się jako pani losu wielu, ale niekoniecznie jego własnego. Podjęła decyzję, żeby nie być tak ważną częścią jego życia. Teraz siedząc razem w ogrodzie w Little Hangleton zastanawiał się gdzie na spektrum możliwości on umiejscowiony jest w jej sercu. Gdzie ona umiejscowiona jest w jego. – Moje biuro jest dla mnie za ciasne. – uściślił. – Wydaje mi się, że czas, abym poszedł dalej. Zgodnie z jego słowami... Nie. Zgodnie z własną wolą mierzył wyżej.