- To prawda. Mało kto potrzebuje czegoś więcej. - Miała podobne zdanie, sporo udało jej się dostrzegać podczas podobnych spędów do tego. Nie, żeby jakoś specjalnie szukała znajomości wśród tych ludzi, miała kilkoro przyjaciół z którymi utrzymywała kontakt od lat i wiedziała, że jej to wystarczy, nie chciała szukać znajomych wśród reszty śmietanki towarzyskiej, bo nie do końca sądziła, że mogą mieć podobne podejście do życia. Nie potrafiła do konca grać i akceptować głupoty, miała problem z tym, żeby słuchać tych opowieści, które nie miały większego sensu. Zdawała sobie sprawę, że niektórym to wystarczało, nie potrzebowali niczego więcej.
- Nigdy nie czułam, że muszę coś udowadniać ludziom jak on.- Tak, nie wydawało jej się, żeby istniał w tym jakikolwiek sens. Mogłaby powiedzieć wszystkim, że pierdoli głupoty, tylko po co? Ci, którzy mieli o tym wiedzieć, na pewno zdawali sobie z tego sprawę, nie chciała być zresztą niszczycielką dobrej zabawy, chociaż mogłaby to zrobić. - Nie byłby dla mnie żadnym wyzwaniem, masz rację, bez sensu więc byłoby wchodzić z nim w polemikę, jeśli już to robię, to z kimś co najmniej sobie równym. - Tak, Yaxleyówna lubiła się sprawdzać, nie uważała, żeby istniał jakikolwiek sens, aby doprowadzać do starć z przeciwnikami, którzy byli słabsi od niej, to nie była żadna rozrywka.
- Wszystko zależy od tego, czy miałbyś chęć dołączyć do tego planu. - Czy to było głupie? Nie miała pojęcia, postanowiła jednak podzielić się z nim tym, że jeśli tylko ma chęć to i dla niego znajdzie się w nim miejsce, wystarczy, że powie tylko słowo. Tyle, że nie miała pojęcia, w jaki sposób to odbierze, czy nie przesadzała? Nie, na pewno nie, przecież wiele razy zachowywali się podobnie, wiele razy bywał u niej, a ona przecież miała u niego nawet swoje własne kapcie i leżankę. Nie musiał tego odbierać dwuznacznie, chociaż może chciałaby, żeby wreszcie spojrzał na to wszystko nieco inaczej? Nie miałaby mniejszego problemu z tym, żeby wreszcie położyć się w jednym łóżku, obudzić obok niego, przekroczyć granicę, tyle, że właśnie, co jeśli to by wszystko spieprzyło. Nie powinna myśleć o tym w ten sposób, bo nie chciałaby, żeby to się skończyło. Przyzwyczaiła się do jego obecności i bała się, że wszystko mogłoby się zmienić, że mogłaby go stracić, a to było ostatnią rzeczą, której chciała. Dlaczego nie potrafiła podzielić się tymi wszystkimi myślami? Zazwyczaj nie miała problemu, aby mówić o tym, czego chciała, tym razem było zupełnie inaczej, wcale nie tak prosto, nie chciała za bardzo skomplikować ich relacji, a czuła, że to może się wydarzyć, zwłaszcza, jeśli nie spoglądał na nią w ten sam sposób. Dopiero gdy nabierze pewności zdecyduje się w ogóle poruszyć ten temat.
- Całkiem proste, powinnam zapamiętać. - W sumie to nie wydawało się to być trudne. Snowdońska lilia, na pewno sobie poradzi. To nie tak, że była kompletną ignorantką, jeśli chodzi o rośliny, po ich wyglądzie pewnie potrafiłaby dopasować je do miejsc, w których wystepowały, ale te nazwy? To zdecydowanie nie była jej bajka, zbyt skomplikowane, wcale nie musiała ich pamiętać.
- Wyglądają na takie delikatne, a przetrwały epokę lodowcową, niesamowite. - Zostały zerwane, aby ozdobić jej włosy, to już było mniej zachwycające, ale tak to już w świecie bywa, że zawsze znajdzie się ktoś, kto chce zniszczyć to, co stworzyła natura. Ludzie doprowadzali świat do ruiny, niestety, w sumie teraz wychodziło, że ona trochę też, na swoją obronę miała to, że ona wcale nie chciała ich zrywać, zresztą to był pomysł jej matki - ona miewała same takie wyśmienite idee.
Ambroise znowu się ku niej nachylił, jego twarz znajdowała się niebezpiecznie blisko jej. Yaxleyówna znowu wstrzymała oddech. Nie powinien tego robić, zdecydowanie nie powinien. Nie miała pojęcia, jak długo jeszcze będzie w stanie walczyć z tym dziwnym uczuciem, które pojawiało się zawsze kiedy znajdował się obok. Spotykali się bardzo często, więc naprawdę niemalże cały czas musiała walczyć, nie mogła sobie pozwolić nawet na chwilę rozproszenia, bo wiedziała, że nie przyniosłoby to niczego dobrego. Miała tego świadomość, walka z najgorszymi bestiami była przy tym niczym. Nie pamiętała kiedy ostatnio musiała się tak bardzo powstrzymywać, zazwyczaj bez zastanowienia sięgała po to, co chciała, tym razem było zupełnie inaczej, próbowała stawiac jakieś granice, chociaż miała okropną ochotę położyć dłoń na jego policzku, dotknąć jego twarzy opuszkami palców. Zamyśliła się na chwilę i wpatrywała się w jego oczy zupełnie bezmyślnie.
- To nie ja mam farta, bardzo chętnie bym się skonfrontowała z kimś, kto chciałby zjeść mnie żywcem, dosyć często to robię, to mogłoby być ciekawe doświadczenie. - Nie bała się zemsty szaloncyh botaników, mogłaby się z nimi pokłócić, pewnie całkiem efektownie, gdyby nadażyła się ku temu okazja, nie miała w zwyczaju chować głowy w piach, jeśli coś się komuś nie podobało to bardzo chętnie dopuściłaby do konfrontacji i przedstawiła swoje podejście do tematu, bardzo brutalnie też pewnie pokazała, że nie do końca obchodzi ją ich zdanie, i mogliby zrobić z tym, co tylko chcieli.
- Chciałabym zobaczyć jak się na mnie wściekasz, to mogłoby być interesującą odmianą, nie spodziewałam się, że możesz ignorować swoje przekonania tylko dlatego, że jakieś kwiatki do mnie pasują. - Brała go trochę pod włos, ale nie spodziewała się, że dla kogoś jak on taka pierdoła jak to, że ktoś w czymś wygląda odpowiednio może być argumentem do tego, żeby nie mieć problemu z tym, że jakieś wartościowe rośliny zostały zniszczone przez czyjeś widzimisię. Naprawdę to wystarczało?
Najwyraźniej wystarczało bycie przyjaciółką, aby zostać specjalnie traktowaną, cóż nie mogła się oszukiwać, że jeśli chodzi o Roisa to i ona miała bardzo sporą dozę cierpliwości. Wiedziała, że dosyć mocno ignoruje bliskie jej tematy, ale nigdy jakoś specjalnie się na tym nie skupiała, nie można było mieć wszystkiego, czyż nie.
- Tak, znam cię, zdaję sobie z tego sprawę. - Była to kolejna rzecz, która ich łączyła, zresztą ustalili to właściwie na samym początku ich znajomości, na tym balu podczas Yule, kiedy całkiem nieźle się bawili i zrobili przedstawienie na oczach kilku osób. Wtedy jeszcze nie byli przyjaciółmi, w zasadzie to w przeszłości raczej nie spodziewała się, że będą podążać właśnie taką ścieżką, wydawało jej się, że pójdzie to w innym kierunku, no ale ich droga mocno się skomplikowała, aż w końcu wylądowali w tym miejscu, w którym byli bardzo bliskimi znajomymi, koleżankowali się od momentu, w którym wrócili z zaczarowanego dworku.
- Nie śmiałabym cię w nic wmanewrować Roise. - Rzuciła jeszcze z udawanym oburzeniem. - Chociaż może, właściwie, trochę tak? - Podpuszczała go, zresztą nie pierwszy raz i na pewno nie ostatni. - Na swoją obronę mogę powiedzieć tylko tyle, że jeszcze nikt nigdy tego nie zauważył, więc korzystam z okazji. - Tak, nigdy nikt nie uważał, żeby ona była w jakiś sposób wyjątkowa. Cóż, przyjaźń rządziła się swoimi prawami, pewnie każdy przyjaciel mówił w podobny sposób do swojej przyjaciółki.
Nie czuła się jakoś specjalnie wyjątkowo, ot założyła na siebie pierwszą lepszą sukienkę - bo musiała, teraz pozostawało jej tylko chwilę pokręcić się po przyjęciu, dać zauważyć i będzie mogła stąd zniknąć, zapamiętana, albo nie. Nie wydawało się, aby wzrok ludzi przyciągało do niej coś poza jej nietypowym wzrostem, była przyzwyczajona do tego, że to on zwracał na nią uwagę. Często czuła na sobie spojrzenia, a później dostrzegała ciche szepty. Przyzwyczaiła się do tego, nie mogła z tym nic zrobić, no nie niknęła w tłumie, czy tego chciała, czy nie.
- Wiem, czyli już znalazłam korepetytora? - To mogło być całkiem zabawne, właściwie to chciałaby zobaczyć, jak szybko Ambroise straci do niej cierpliwość, może powinna go uprzedzić, że jest całkiem mocno oporną uczennicą. Z drugiej strony śmieszniej będzie, jak się sam o tym dowie i będzie chciał zrezygnować.
- Jeszcze się zdziwisz, jak bardzo ułomne są, po prostu potrafię robić dobre pierwsze wrażenie, później czar pryska. - Tak, umiała się pokazać, kiedy tego chciała, ale wcale nie oznaczało to tego, że nie zdawała sobie sprawy ze swojej niewiedzy, wręcz przeciwnie umiała dostrzeć braki w swojej edukacji i była ich świadoma.
- W takim wypadku to komplement. - Odparła cicho, kiedy skończył mówić. Może nie do końca pasowało nazywanie siebie wyniosłą, bo raczej w nie widziała siebie w ten sposób, ale faktycznie chyba coś w tym było, jakieś głębsze dno.
- Trucizna zabija chyba tylko w odpowiednich dawkach, to trochę jak przebywanie ze mną, co za dużo to niezdrowo. - Zdawała sobie sprawę, że potrafi być bardzo irytująca, więc to też by pasowało. Czy to właśnie miał na myśli, że musi dawkować sobie jej obecność, żeby nic mu się nie stało? Cóż, miało to jakiś sens, rzeczywiście.
Tyle, czy wtedy chciałby się z nią przyjaźnić, jakby była dla niego taka szkodliwa? Raczej nie pisałby się na coś takiego mając świadomość, że nie służy mu jej towarzystwo. Ambroise nadal był dla niej zagadką, nie umiała go w pełni rozgryźć, co ją okropnie irytowało, szkoda, że nie dało się z niego czytać, jak z otwartej księgi, bo to ułatwiłoby jej sprawę, tak nadal błądziła, nie do końca umiała się odnaleźć w tej relacji, bo niby była to tylko przyjaźń, ale dlaczego za każdym razem gdy się nad nią nachylał jej serce przyspieszało swój rytm? Przyjaciele nie powinni w ten sposób na siebie reagować, to było niewłaściwe. Miała tego świadomość, tyle, że właśnie, bała się przekroczyć granicę, bo wtedy nie byłoby już odwrotu, a zdecydowanie nie miała w sobie tyle odwagi, aby ryzykować, że mógłby się do niej w jakikolwiek sposób zrazić. Byli już w tym miejscu i pamiętała, że to było dla niej bardzo niewygodne, kiedy nie do końca potrafili ze sobą rozmawiać i wybrali rzucanie w siebie porunami z oczu.