30.11.2024, 23:53 ✶
Sierpień miał w zwyczaju przynosić ze sobą nagłe zmiany pogody. W końcu był przedsionkiem jesieni, która na Wyspach przychodziła szybko i nieoczekiwanie. Tak właściwie stanowiąc jedną z dwóch głównych pór roku: wiosno-lata i jesiennej zimy.
Powracała nawet z początkami września, wbrew kalendarzom i przewidywaniom spikerów radiowych z rozgłośni Nottów, którzy niemalże rok w rok upierali się, że lato nareszcie będzie długie i ciepłe, zapewniając wam, drodzy słuchacze, możliwość jeszcze co najmniej dwumiesięcznego delektowania się grillowaną wołowiną i przepysznym agrestowym winem musującym. Tylko w tym tygodniu do kupienia w wybranych delikatesach. Leroux - oto marka, którą znasz.
Tym razem nie było inaczej. Chmury od poprzedniego wieczoru gromadziły się nad horyzontem. Były zwiastunem ponurego dnia, który otulił wioskę pośród rozległych łąk, nie dając słońcu wiele szans na przebicie się przez okrywę chmur. Do dwunastej jeszcze wyłącznie białych, ale gdzieś w pół do pierwszego nadciągnęły ciężkie, szare chmury.
Lato w swym ostatnim tchnieniu starało się jeszcze przynosić odrobinę słońca i ciepłych barw. Kilka jasnych promyków uderzało co jakiś czas w brudne szyby, lecz to byłoby na tyle. Wszystko, co mogło zdziałać sierpniowe słońce szybko rozmywał chłodny powiew wiatru, przynoszący zapach wilgoci, ziemi a może nawet zgnilizny.
Mimo stosunkowo wczesnego popołudnia, zatrzymując się na chwilę, można było dostrzec, że podnosząca się mgła snuła się już nad brzegiem niewielkiej rzeki. Po obu stronach jej koryta bujnie rosły rośliny, jednak nie standardowe trzciny, włosieczniki i pałki wodne. Raczej szczwół plamisty, kropidło wodne i czermień błotna - jak przystało. Ich żywe kolory zdawały się zgaszone, jakby pod ciężarem wiszących nad nimi chmur.
Ten trochę większy strumyk krętym strumieniem wił się niedaleko pubu o przeuroczej nazwie: Wisielec.
No cóż. Przynajmniej właściciele nie poszli po linii oporu i nie nazwali przybytku Topielcem, choć zdecydowanie brakło im więcej kreatywności, bo nieopodal rozciągał się las, w którym ich klientela mogła dosłownie powiesić się po uświadomieniu sobie, co trafiało do lokalnego specjału. W grochówce z gęsiną na próżno było szukać gęsiny. Prawdę mówiąc grochu też w niej nie było.
Little Hangleton - jedyne miejsce, gdzie psy autentycznie boją się szczekać dupami.
Bar Wisielec - jedyne miejsce, gdzie możesz jeszcze spróbować tradycyjnego specjału z lat wielkiego głodu.
Wnętrze lokalu było równie obskurne co jego zewnętrzna część. Przygnębiający, trochę kręcący w nos zapach mocnego alkoholu, kurzu i starego drewna zmieszanego z wilgocią wypełniał powietrze. Każde skrzypnięcie wydłużonej podłogi zdawało się odbijać jękiem w pomieszczeniu, choć większość mniej przypadkowych bywalców baru doskonale wiedziała, gdzie stawiać kroki, żeby uniknąć zwracania na siebie uwagi.
Przynajmniej na tyle, na ile to było możliwe tutaj, gdzie teoretycznie każdy pilnował własnego nosa, natomiast jednocześnie bez wątpienia był przez kogoś obserwowany. To, że nikt nie obnosił się z otwartymi spojrzeniami wcale nie gwarantowało anonimowości a poczucie bezpieczeństwa, jeśli w ogóle można było o takim mówić, było wyłącznie śmieszną iluzją.
Oczy z tyłu głowy były koniecznością, nie przejawem postępującej paranoi, choć o taką nie było zbyt trudno. Zwłaszcza patrząc po twarzach niektórych ludzi zajmujących co ciemniejsze i bardziej odizolowane stoliki w rogach i krańcach pomieszczenia. Większość z nich była znajoma, nawet jeśli nie znana, bo trudno byłoby nawiązywać tu dobre i solidne znajomości.
Interesy - tak, ale nie znajomości. Tak naprawdę jedyną osobą rzeczywiście znaną Greengrassowi był posępny czarodziej siedzący wiele stolików od baru. Jedynym elementem, który odróżniał go od reszty gości, była magiczna różdżka otwarcie leżąca obok talerzy z twardym chlebem i niesmaczną zupą z brukwi.
Jebediah siedział tam niemal zawsze. Jego znużony wzrok wyrażał niewzruszone przyzwyczajenie do monotonii dnia codziennego, zapijania smutków w chrzczonej wódce i od czasu do czasu wyjmowania długiej brody z talerza.
Tej, którą zarzucał sobie na ramię, obryzgując wszystko burymi, słonymi kroplami i charcząc na każdego, kto otwierał usta chcąc zwrócić mu uwagę. Nawet nie musiał sięgać po różdżkę. Wystarczyło, że chrząkanie i zezowanie w kierunku stołu.
Pub był przygnębiający nie tylko ze względu na atmosferę, ale także z uwagi na sam wybór z menu. Poza dwiema wątpliwymi pozycjami z listy, jedzenie zazwyczaj nie nadawało się do spożycia, ale z alkoholem, jeśli to możliwe, było jeszcze gorzej. Miejsce to serwowało najgorsze napitki, jakie kiedykolwiek stworzono. Za to przynajmniej drogie i zazwyczaj chrzczone.
Tego dnia było dokładnie tak jak zawsze. W powietrzu unosił się zapach przypalonego eliksiru mieszający się z aromatami dochodzącymi z głośnej kuchni, w której łomotały stare moździerze. Dziwaczne aromaty wywoływały dreszcze obrzydzenia, ale w gruncie rzeczy przebywanie w pubie było lepsze niż marznięcie na zewnątrz.
Erin, choć Ambroise wątpił w prawdziwość jej imienia, była dostatecznie ładna, żeby mógł zawiesić na niej oko. No, było na czym. Możliwe, że jej wygląd emanował tanim wdziękiem a słowa, choć głośne i chwytliwe, często mijały się z sensem, co zdawało się potwierdzać jej niedostatek inteligencji. Natomiast żadna z tych cech nie była mu jakoś specjalnie potrzebna do tego, żeby spędzać z nią czas przy barze.
Miała ułożone farbowane na rudo włosy i całkiem staranny makijaż ukrywający przeciętną urodę. Pomalowane usta w odcieniu krwistej czerwieni przykuwały uwagę. Na sobie miała obcisłą sukienkę, która ledwie zakrywała jej ciało i wysokie szpilki, które sprawiały, że we własnych oczach poruszała się niczym kotka, choć z pewnością nie była zbyt zwinna.
Właściwie to siedem razy niemal wypierdoliła się na krótkim, prostym odcinku między wcześniej zajmowanym stolikiem a barem, przy którym siedział. Trzy razy obcas utknął jej w szparze w podłodze. W końcu z ósmym potknięciem niemal zwaliła mu się w ramiona. Tylko jakimś cudem trafiając w stołek i wślizgując się na popękane drewno z próbą ukrycia zażenowania bardzo rozciągniętym heeeeeeeeej.
Nudziło mu się. Potrzebował zabić trochę czasu między interesami. Oczywiście, że podjął grę. Szybko stwierdzając, że nie musi się zbyt wysilać i zwykłe co tak ładne miejsce robi z tak brudną dziewczyną?... ...no, dobrze, standardowe co tak ładna dziewczyna robi w tak nieładnym miejscu?, bo przecież miał się nie wysilać, i możliwe, że lepiej będzie ją zabrać do lokalu, który na nią zasługuje, choć chyba żaden nie jest tak ładny wystarczy.
Było miło. Może tylko na kilka chwil, ale w taki chłodny dzień całkiem przyjemnie mieszało się z kimś oddechy. Co prawda częściej omiatała swoim szyję Greengrassa, ale nie śmierdziało jej z ust, była czysta, nawet całkiem pachnąca, więc pozwalał jej uwieszać się jego ramienia, bo poza tym nie miał zbyt wiele do roboty. Jeszcze co najmniej dwie godziny, może trzy albo cztery. Wciąż nie do końca wiedział, więc zabijał ten czas.
Zupełnie niepomny tego, że zaraz to jego tymczasowa koleżanka będzie zabijać. I to nie czas a drogą kuzynkę, która dosłownie znikąd zmaterializowała się w okolicy. Standardowo wprowadzając naprawdę uroczą atmosferę kompletnego chaosu i niczym niezmąconego bycia po prostu sobą. W całej swojej jasnowłosej okazałości.
Jasne, słysząc całą wymianę zdań pomiędzy kobietami, powinien zainterweniować w jedną albo w drugą stronę. Tyle tylko, że wiedział, że jakiekolwiek wtrącanie się w to wszystko nie jest ani trochę konieczne. Prawdę mówiąc miał raczej wywalone na Erin, która w momencie, w którym zaczęła robić się purpurowo-fioletowa zaczęła wyglądać na tyle niesmacznie, że mimowolnie wyobraził ją sobie próbującą czynić mu wyrzuty po tym jak prędzej czy później nie postanowiłby uczynić z niej swojej księżniczki i raczej nie sypnąłby na nią knuta.
Natomiast jego kuzynka? Jej raczej nie chciał wchodzić w paradę, gdy doskonale sobie radziła. Obserwowanie tego w jaki sposób gasiła jego niedoszłą koleżankę jak peta na kawałku drewnianego, brudnego blatu było całkiem odświeżające wobec tego jak zazwyczaj zachowywały się panny z dobrych domów, ale... Mulciberówny, nie? Krwi nie dało się oszukać, sam coś o tym akurat wiedział, toteż nie wątpił w efekt końcowy interakcji.
W żaden sposób go to nie zaskoczyło ani nawet nie zmieszało. Wzruszył ramionami na widok rozchylonych usteczek hiperwentylującej się panienki, niespecjalnie ją nawet żegnając, bo zaledwie po kilkunastu kolejnych sekundach dosłownie wściekle wyrwała w tył. Prawie znów parokrotnie się przewracając, co akurat było nieodmiennie zabawnym widokiem.
Mimo to, Ambroise szybko wrócił wzrokiem do swojej nieoczekiwanej towarzyszki, mimowolnie wydymając wargi i unosząc brwi w prostym, raczej nie trudnym do odczytania wyrazie. Ładnie zagrane?
- Randkę? Nie, ale wisisz mi trzynaście sykli za nieudaną inwestycję - Mruknął, mimo że w teorii sama sobie odpowiedziała, śledząc wzrokiem kradzionego papierosa, choć to byłoby raczej na tyle, bo jakoś niespecjalnie przejął się tym gestem. - Właściwie to możesz zaokrąglić to do galeona i jesteśmy kwita - mimo wszystko jednak, czuł się całkiem uprawniony do tego, żeby policzyć Scarlett również za to, a najpewniej jeszcze za coś więcej, bo praktycznie bez słowa wyciągnął przy tym papierośnicę z kieszeni, przesuwając ją w jej stronę.
Co mógł powiedzieć? W stosunku do niektórych członków rodziny miał pewien słaby punkt. Młodsza Mulciberówna należała do tej raczej nielicznej rzeszy, będąc po prostu sobą, co cholernie mu odpowiadało przy tylu kontaktach z ludźmi, którzy byli dosłownie wszystkimi, tylko nie swoimi niezaprzeczalnie bezpardonowymi wersjami.
- Nie marnuję czasu tylko go zabijam. To różnica - stwierdził powoli, kolejny raz kwitując to wzruszeniem ramion i odwzajemniając spojrzenie, choć może nie w aż tak świdrująco-przenikający sposób.
To był zdecydowanie naturalny talent ludzi z tak jasnymi oczami jak w przypadku Scarlett. Coś, czemu dosyć trudno było dorównać, gdy miało się znacznie ciemniejsze, ciemnozielone, teraz zmęczone i matowe, raczej cynicznie zerkające na to, co działo się w krańcu sali, gdzie Erin nadal dyszała wściekłością.
- Tyle skrajności w tak krótkich słowach - tak właściwie to za jego słowami nie szło nic ponad to, że po prostu stwierdzał fakt, ich życie, relacje, dzielona czy tam łączona rodzina składała się z samych skrajności. - Natomiast z uprzejmości nie zaprzeczę - ot kolejne wzruszenie ramionami połączone z utrzymaniem spojrzenia na kocich oczach kuzynki i lekkim, bardzo nieznacznym uśmiechem, gdy dźgnęła go w ramię.
Nie próbował udawać, że go to w jakikolwiek sposób zabolało.
- Wszy, pchły, nużeńce, może jakieś drożdżaki? Najprawdopodobniej nie powinna wcale pracować przy barze, ale całe szczęście nie mają szans z wysokoprocentowym alkoholem, nie? - Nie to, żeby próbował faktycznie cokolwiek złapać.
To było raczej mało zachęcające i gdyby już osiągnął ten poziom desperacji to równie dobrze mógłby się zniżyć tak, żeby skorzystać z usług na Ścieżkach, co uważał za ostateczny poziom desperacji. Niżej chyba nie dało się upaść. Natomiast korzystanie z benefitów związanych z czyimiś ciągotami? No cóż. Nie miał z tym problemu.
- Kolejka? Czy od razu butelka? - Spytał gładko, zamierzając skorzystać z tego, co mu sugerowano. Nie pytał za co pijemy?, raczej sądził, że przyjdzie na to czas.
W tej chwili zamiast tego przyjrzał się Scarlett, mrużąc przy tym oczy.
- Spoważniałaś czy mi się zdaje? - Może to ta okolica, może to coś innego?
Wyglądała... ...trochę inaczej?
Powracała nawet z początkami września, wbrew kalendarzom i przewidywaniom spikerów radiowych z rozgłośni Nottów, którzy niemalże rok w rok upierali się, że lato nareszcie będzie długie i ciepłe, zapewniając wam, drodzy słuchacze, możliwość jeszcze co najmniej dwumiesięcznego delektowania się grillowaną wołowiną i przepysznym agrestowym winem musującym. Tylko w tym tygodniu do kupienia w wybranych delikatesach. Leroux - oto marka, którą znasz.
Tym razem nie było inaczej. Chmury od poprzedniego wieczoru gromadziły się nad horyzontem. Były zwiastunem ponurego dnia, który otulił wioskę pośród rozległych łąk, nie dając słońcu wiele szans na przebicie się przez okrywę chmur. Do dwunastej jeszcze wyłącznie białych, ale gdzieś w pół do pierwszego nadciągnęły ciężkie, szare chmury.
Lato w swym ostatnim tchnieniu starało się jeszcze przynosić odrobinę słońca i ciepłych barw. Kilka jasnych promyków uderzało co jakiś czas w brudne szyby, lecz to byłoby na tyle. Wszystko, co mogło zdziałać sierpniowe słońce szybko rozmywał chłodny powiew wiatru, przynoszący zapach wilgoci, ziemi a może nawet zgnilizny.
Mimo stosunkowo wczesnego popołudnia, zatrzymując się na chwilę, można było dostrzec, że podnosząca się mgła snuła się już nad brzegiem niewielkiej rzeki. Po obu stronach jej koryta bujnie rosły rośliny, jednak nie standardowe trzciny, włosieczniki i pałki wodne. Raczej szczwół plamisty, kropidło wodne i czermień błotna - jak przystało. Ich żywe kolory zdawały się zgaszone, jakby pod ciężarem wiszących nad nimi chmur.
Ten trochę większy strumyk krętym strumieniem wił się niedaleko pubu o przeuroczej nazwie: Wisielec.
No cóż. Przynajmniej właściciele nie poszli po linii oporu i nie nazwali przybytku Topielcem, choć zdecydowanie brakło im więcej kreatywności, bo nieopodal rozciągał się las, w którym ich klientela mogła dosłownie powiesić się po uświadomieniu sobie, co trafiało do lokalnego specjału. W grochówce z gęsiną na próżno było szukać gęsiny. Prawdę mówiąc grochu też w niej nie było.
Little Hangleton - jedyne miejsce, gdzie psy autentycznie boją się szczekać dupami.
Bar Wisielec - jedyne miejsce, gdzie możesz jeszcze spróbować tradycyjnego specjału z lat wielkiego głodu.
Wnętrze lokalu było równie obskurne co jego zewnętrzna część. Przygnębiający, trochę kręcący w nos zapach mocnego alkoholu, kurzu i starego drewna zmieszanego z wilgocią wypełniał powietrze. Każde skrzypnięcie wydłużonej podłogi zdawało się odbijać jękiem w pomieszczeniu, choć większość mniej przypadkowych bywalców baru doskonale wiedziała, gdzie stawiać kroki, żeby uniknąć zwracania na siebie uwagi.
Przynajmniej na tyle, na ile to było możliwe tutaj, gdzie teoretycznie każdy pilnował własnego nosa, natomiast jednocześnie bez wątpienia był przez kogoś obserwowany. To, że nikt nie obnosił się z otwartymi spojrzeniami wcale nie gwarantowało anonimowości a poczucie bezpieczeństwa, jeśli w ogóle można było o takim mówić, było wyłącznie śmieszną iluzją.
Oczy z tyłu głowy były koniecznością, nie przejawem postępującej paranoi, choć o taką nie było zbyt trudno. Zwłaszcza patrząc po twarzach niektórych ludzi zajmujących co ciemniejsze i bardziej odizolowane stoliki w rogach i krańcach pomieszczenia. Większość z nich była znajoma, nawet jeśli nie znana, bo trudno byłoby nawiązywać tu dobre i solidne znajomości.
Interesy - tak, ale nie znajomości. Tak naprawdę jedyną osobą rzeczywiście znaną Greengrassowi był posępny czarodziej siedzący wiele stolików od baru. Jedynym elementem, który odróżniał go od reszty gości, była magiczna różdżka otwarcie leżąca obok talerzy z twardym chlebem i niesmaczną zupą z brukwi.
Jebediah siedział tam niemal zawsze. Jego znużony wzrok wyrażał niewzruszone przyzwyczajenie do monotonii dnia codziennego, zapijania smutków w chrzczonej wódce i od czasu do czasu wyjmowania długiej brody z talerza.
Tej, którą zarzucał sobie na ramię, obryzgując wszystko burymi, słonymi kroplami i charcząc na każdego, kto otwierał usta chcąc zwrócić mu uwagę. Nawet nie musiał sięgać po różdżkę. Wystarczyło, że chrząkanie i zezowanie w kierunku stołu.
Pub był przygnębiający nie tylko ze względu na atmosferę, ale także z uwagi na sam wybór z menu. Poza dwiema wątpliwymi pozycjami z listy, jedzenie zazwyczaj nie nadawało się do spożycia, ale z alkoholem, jeśli to możliwe, było jeszcze gorzej. Miejsce to serwowało najgorsze napitki, jakie kiedykolwiek stworzono. Za to przynajmniej drogie i zazwyczaj chrzczone.
Tego dnia było dokładnie tak jak zawsze. W powietrzu unosił się zapach przypalonego eliksiru mieszający się z aromatami dochodzącymi z głośnej kuchni, w której łomotały stare moździerze. Dziwaczne aromaty wywoływały dreszcze obrzydzenia, ale w gruncie rzeczy przebywanie w pubie było lepsze niż marznięcie na zewnątrz.
Erin, choć Ambroise wątpił w prawdziwość jej imienia, była dostatecznie ładna, żeby mógł zawiesić na niej oko. No, było na czym. Możliwe, że jej wygląd emanował tanim wdziękiem a słowa, choć głośne i chwytliwe, często mijały się z sensem, co zdawało się potwierdzać jej niedostatek inteligencji. Natomiast żadna z tych cech nie była mu jakoś specjalnie potrzebna do tego, żeby spędzać z nią czas przy barze.
Miała ułożone farbowane na rudo włosy i całkiem staranny makijaż ukrywający przeciętną urodę. Pomalowane usta w odcieniu krwistej czerwieni przykuwały uwagę. Na sobie miała obcisłą sukienkę, która ledwie zakrywała jej ciało i wysokie szpilki, które sprawiały, że we własnych oczach poruszała się niczym kotka, choć z pewnością nie była zbyt zwinna.
Właściwie to siedem razy niemal wypierdoliła się na krótkim, prostym odcinku między wcześniej zajmowanym stolikiem a barem, przy którym siedział. Trzy razy obcas utknął jej w szparze w podłodze. W końcu z ósmym potknięciem niemal zwaliła mu się w ramiona. Tylko jakimś cudem trafiając w stołek i wślizgując się na popękane drewno z próbą ukrycia zażenowania bardzo rozciągniętym heeeeeeeeej.
Nudziło mu się. Potrzebował zabić trochę czasu między interesami. Oczywiście, że podjął grę. Szybko stwierdzając, że nie musi się zbyt wysilać i zwykłe co tak ładne miejsce robi z tak brudną dziewczyną?... ...no, dobrze, standardowe co tak ładna dziewczyna robi w tak nieładnym miejscu?, bo przecież miał się nie wysilać, i możliwe, że lepiej będzie ją zabrać do lokalu, który na nią zasługuje, choć chyba żaden nie jest tak ładny wystarczy.
Było miło. Może tylko na kilka chwil, ale w taki chłodny dzień całkiem przyjemnie mieszało się z kimś oddechy. Co prawda częściej omiatała swoim szyję Greengrassa, ale nie śmierdziało jej z ust, była czysta, nawet całkiem pachnąca, więc pozwalał jej uwieszać się jego ramienia, bo poza tym nie miał zbyt wiele do roboty. Jeszcze co najmniej dwie godziny, może trzy albo cztery. Wciąż nie do końca wiedział, więc zabijał ten czas.
Zupełnie niepomny tego, że zaraz to jego tymczasowa koleżanka będzie zabijać. I to nie czas a drogą kuzynkę, która dosłownie znikąd zmaterializowała się w okolicy. Standardowo wprowadzając naprawdę uroczą atmosferę kompletnego chaosu i niczym niezmąconego bycia po prostu sobą. W całej swojej jasnowłosej okazałości.
Jasne, słysząc całą wymianę zdań pomiędzy kobietami, powinien zainterweniować w jedną albo w drugą stronę. Tyle tylko, że wiedział, że jakiekolwiek wtrącanie się w to wszystko nie jest ani trochę konieczne. Prawdę mówiąc miał raczej wywalone na Erin, która w momencie, w którym zaczęła robić się purpurowo-fioletowa zaczęła wyglądać na tyle niesmacznie, że mimowolnie wyobraził ją sobie próbującą czynić mu wyrzuty po tym jak prędzej czy później nie postanowiłby uczynić z niej swojej księżniczki i raczej nie sypnąłby na nią knuta.
Natomiast jego kuzynka? Jej raczej nie chciał wchodzić w paradę, gdy doskonale sobie radziła. Obserwowanie tego w jaki sposób gasiła jego niedoszłą koleżankę jak peta na kawałku drewnianego, brudnego blatu było całkiem odświeżające wobec tego jak zazwyczaj zachowywały się panny z dobrych domów, ale... Mulciberówny, nie? Krwi nie dało się oszukać, sam coś o tym akurat wiedział, toteż nie wątpił w efekt końcowy interakcji.
W żaden sposób go to nie zaskoczyło ani nawet nie zmieszało. Wzruszył ramionami na widok rozchylonych usteczek hiperwentylującej się panienki, niespecjalnie ją nawet żegnając, bo zaledwie po kilkunastu kolejnych sekundach dosłownie wściekle wyrwała w tył. Prawie znów parokrotnie się przewracając, co akurat było nieodmiennie zabawnym widokiem.
Mimo to, Ambroise szybko wrócił wzrokiem do swojej nieoczekiwanej towarzyszki, mimowolnie wydymając wargi i unosząc brwi w prostym, raczej nie trudnym do odczytania wyrazie. Ładnie zagrane?
- Randkę? Nie, ale wisisz mi trzynaście sykli za nieudaną inwestycję - Mruknął, mimo że w teorii sama sobie odpowiedziała, śledząc wzrokiem kradzionego papierosa, choć to byłoby raczej na tyle, bo jakoś niespecjalnie przejął się tym gestem. - Właściwie to możesz zaokrąglić to do galeona i jesteśmy kwita - mimo wszystko jednak, czuł się całkiem uprawniony do tego, żeby policzyć Scarlett również za to, a najpewniej jeszcze za coś więcej, bo praktycznie bez słowa wyciągnął przy tym papierośnicę z kieszeni, przesuwając ją w jej stronę.
Co mógł powiedzieć? W stosunku do niektórych członków rodziny miał pewien słaby punkt. Młodsza Mulciberówna należała do tej raczej nielicznej rzeszy, będąc po prostu sobą, co cholernie mu odpowiadało przy tylu kontaktach z ludźmi, którzy byli dosłownie wszystkimi, tylko nie swoimi niezaprzeczalnie bezpardonowymi wersjami.
- Nie marnuję czasu tylko go zabijam. To różnica - stwierdził powoli, kolejny raz kwitując to wzruszeniem ramion i odwzajemniając spojrzenie, choć może nie w aż tak świdrująco-przenikający sposób.
To był zdecydowanie naturalny talent ludzi z tak jasnymi oczami jak w przypadku Scarlett. Coś, czemu dosyć trudno było dorównać, gdy miało się znacznie ciemniejsze, ciemnozielone, teraz zmęczone i matowe, raczej cynicznie zerkające na to, co działo się w krańcu sali, gdzie Erin nadal dyszała wściekłością.
- Tyle skrajności w tak krótkich słowach - tak właściwie to za jego słowami nie szło nic ponad to, że po prostu stwierdzał fakt, ich życie, relacje, dzielona czy tam łączona rodzina składała się z samych skrajności. - Natomiast z uprzejmości nie zaprzeczę - ot kolejne wzruszenie ramionami połączone z utrzymaniem spojrzenia na kocich oczach kuzynki i lekkim, bardzo nieznacznym uśmiechem, gdy dźgnęła go w ramię.
Nie próbował udawać, że go to w jakikolwiek sposób zabolało.
- Wszy, pchły, nużeńce, może jakieś drożdżaki? Najprawdopodobniej nie powinna wcale pracować przy barze, ale całe szczęście nie mają szans z wysokoprocentowym alkoholem, nie? - Nie to, żeby próbował faktycznie cokolwiek złapać.
To było raczej mało zachęcające i gdyby już osiągnął ten poziom desperacji to równie dobrze mógłby się zniżyć tak, żeby skorzystać z usług na Ścieżkach, co uważał za ostateczny poziom desperacji. Niżej chyba nie dało się upaść. Natomiast korzystanie z benefitów związanych z czyimiś ciągotami? No cóż. Nie miał z tym problemu.
- Kolejka? Czy od razu butelka? - Spytał gładko, zamierzając skorzystać z tego, co mu sugerowano. Nie pytał za co pijemy?, raczej sądził, że przyjdzie na to czas.
W tej chwili zamiast tego przyjrzał się Scarlett, mrużąc przy tym oczy.
- Spoważniałaś czy mi się zdaje? - Może to ta okolica, może to coś innego?
Wyglądała... ...trochę inaczej?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down