01.12.2024, 00:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.12.2024, 00:21 przez Baldwin Malfoy.)
Przez sekundę pozwolił sobie na nadzieję, chwytając się tej namiastki łagodności. Jak tonący, skończony idiota, nieświadomy, że lepiej opaść na dno.
Nie liczył na jej miłosierdzie. Nie chciał ciepła. Gardził samym sobą za każdym razem, gdy poszukiwał wzrokiem jej twarzy, aby zachować w pamięci jak najwięcej detali. Porównać każdy detal skóry z tym co nanosił na płótno.
Powinien wiedzieć, że coś jest nie tak, ale odrobina ludzkości go zaślepiła, czyniąc kolejny cios o wiele boleśniejszym.
Suka.
Na jego pobladłym obliczu pojawił się grymas źle skrytego obrzydzenia - takiego nie ofiarowałby nawet rozkładającemu się ciału w Katakumbach. Do trupów miał tą namiastkę szacunku; ich dusze już opadły w miękkie objęcia Bogini. Puste skorupy nie zasługiwały na pogardę.
Visenya była dla niego trupem, w którego piersi biło dawno sczerniałe serce. Wiedziała, że ma nad nim kontrolę - tak długo jak trzymała zaciśnięte szpony na ramionach jego słodkiej siostry, był wobec Matki kompletnie bezbronnym. Dlatego uciekał każdej nocy na Nokturn – w towarzystwie szczurów i zapitych mord nędzarzy, Baldwin Malfoy czuł się kimś. Nie Hamletem. Nie Otello. Był Baldwinem. Takim, którego nie potrafiła dostrzec, zbyt rozczarowana, że z każdej roli jaką w życiu grał – roli dziedzica nie potrafił udźwignąć.
Chciał się odwrócić.
Zapomnieć, że w ogóle tu przyszedł. Nawet jeśli odebrano mu prawo do zapomnienia. Potrzebował się napić. Może powinien wpaść później do Desmonda? On nie odmówi. W domu i tak nic na niego nie czekało poza pustymi ramami i zgnębionymi spojrzeniami portretów.
Nie mógł.
Bogowie jedni wiedzieli ileż musiał włożyć siły w to, żeby nie wyjść z pracowni. Nie trzasnąć drzwiami. Zamiast tego podszedł powoli do lady, pozwalając by syna i matkę dzieł wąski kawałek drewna.
- Nie chcę waszych pieniędzy Matko.- Odpowiedział, starając się płynnie przejść przez to co tak bardzo chciał jej wytknąć. Nie ma twoich pieniędzy. Są te ojcowskie, prawda? A kiedyś - moje.
Splótł dłonie przed sobą. Sygnet zdobiący jego palec wskazujący nigdy nie sczerniał. Ojciec, pomimo wszystkiego się go nie wyparł, tak jak Baldwin nie wyparł się swojej rodziny. Nie uciekał od niej - uciekał do niej. Ale tego też nie mogła wiedzieć.
- Chcę…
Zamilkł. Nikogo tu nie obchodziło czego chciał. Wraz z goryczą upokorzenia musiał przełknąć całą swoją dumę. Ukorzyć się przed majestatem wiedźmy. Nie był w stanie powiedzieć do kogo żywi większą pogardę – do siebie czy Visenyi. Schylił lekko głowę, choć wzrok nieprzerwanie pozostawał utkwiony w jednym punkcie – pozbawionych miłości oczach.
- Czy jeśli przyznam, że Cię potrzebuję, zgodzisz się mnie wysłuchać, Matko?- Zapytał mniej pewnym głosem. Zawsze mogła mu odmówić. Odszedłby z kwitkiem, ale nie mógłby sobie zarzucić, że się nie starał. Poczuł się nagle przytłoczony ciężarem własnej bezsilności.
Nie liczył na jej miłosierdzie. Nie chciał ciepła. Gardził samym sobą za każdym razem, gdy poszukiwał wzrokiem jej twarzy, aby zachować w pamięci jak najwięcej detali. Porównać każdy detal skóry z tym co nanosił na płótno.
Powinien wiedzieć, że coś jest nie tak, ale odrobina ludzkości go zaślepiła, czyniąc kolejny cios o wiele boleśniejszym.
Suka.
Na jego pobladłym obliczu pojawił się grymas źle skrytego obrzydzenia - takiego nie ofiarowałby nawet rozkładającemu się ciału w Katakumbach. Do trupów miał tą namiastkę szacunku; ich dusze już opadły w miękkie objęcia Bogini. Puste skorupy nie zasługiwały na pogardę.
Visenya była dla niego trupem, w którego piersi biło dawno sczerniałe serce. Wiedziała, że ma nad nim kontrolę - tak długo jak trzymała zaciśnięte szpony na ramionach jego słodkiej siostry, był wobec Matki kompletnie bezbronnym. Dlatego uciekał każdej nocy na Nokturn – w towarzystwie szczurów i zapitych mord nędzarzy, Baldwin Malfoy czuł się kimś. Nie Hamletem. Nie Otello. Był Baldwinem. Takim, którego nie potrafiła dostrzec, zbyt rozczarowana, że z każdej roli jaką w życiu grał – roli dziedzica nie potrafił udźwignąć.
Chciał się odwrócić.
Zapomnieć, że w ogóle tu przyszedł. Nawet jeśli odebrano mu prawo do zapomnienia. Potrzebował się napić. Może powinien wpaść później do Desmonda? On nie odmówi. W domu i tak nic na niego nie czekało poza pustymi ramami i zgnębionymi spojrzeniami portretów.
Nie mógł.
Bogowie jedni wiedzieli ileż musiał włożyć siły w to, żeby nie wyjść z pracowni. Nie trzasnąć drzwiami. Zamiast tego podszedł powoli do lady, pozwalając by syna i matkę dzieł wąski kawałek drewna.
- Nie chcę waszych pieniędzy Matko.- Odpowiedział, starając się płynnie przejść przez to co tak bardzo chciał jej wytknąć. Nie ma twoich pieniędzy. Są te ojcowskie, prawda? A kiedyś - moje.
Splótł dłonie przed sobą. Sygnet zdobiący jego palec wskazujący nigdy nie sczerniał. Ojciec, pomimo wszystkiego się go nie wyparł, tak jak Baldwin nie wyparł się swojej rodziny. Nie uciekał od niej - uciekał do niej. Ale tego też nie mogła wiedzieć.
- Chcę…
Zamilkł. Nikogo tu nie obchodziło czego chciał. Wraz z goryczą upokorzenia musiał przełknąć całą swoją dumę. Ukorzyć się przed majestatem wiedźmy. Nie był w stanie powiedzieć do kogo żywi większą pogardę – do siebie czy Visenyi. Schylił lekko głowę, choć wzrok nieprzerwanie pozostawał utkwiony w jednym punkcie – pozbawionych miłości oczach.
- Czy jeśli przyznam, że Cię potrzebuję, zgodzisz się mnie wysłuchać, Matko?- Zapytał mniej pewnym głosem. Zawsze mogła mu odmówić. Odszedłby z kwitkiem, ale nie mógłby sobie zarzucić, że się nie starał. Poczuł się nagle przytłoczony ciężarem własnej bezsilności.