01.12.2024, 01:59 ✶
Wczesny poranek w sypialni był tak znajomy, lecz jednocześnie tak inny od tego jak zawsze wyglądał. Pomieszczenie rozświetlał delikatny blask przemykający się przez częściowo rozsunięte zasłony. Czy były takie, gdy odchodził? Ile razy później Geraldine zabierała tutaj kogoś, z kim próbowała ułożyć sobie życie?
Nie, nie kogoś, to nie była anonimowa osoba. Ten człowiek miał twarz i imię. Miał nazwisko kpiące sobie z Greengrassa. W każdym momencie, w którym ktoś z Munga albo Evelyn czy Roselyn w domu otwierały jakiś szmatławiec pokroju Czarownicy, ten człowiek tam był. Ze swoimi idealnymi wyszczerzonymi zębami i uśmiechem przeznaczonym na okładkę.
Jeśli wcześniej mieli całkiem pozytywne relacje i nawet od czasu do czasu spotykali się w Dolinie Godryka na niezobowiązujące piwo to od wczesnej wiosny tego roku, Ambroise pałał do niego tak cholernie mocną niechęcią, że nie wyobrażał sobie stanąć twarzą w twarz z tym człowiekiem i nie napluć mu w te jego ujmująco zielone oczy przyciągające wszystkie panny z okolicy. No, kurwa nie.
Sam nie wiedział z jakiego powodu się z nim nie skonfrontował. Przedtem, wiele lat wcześniej nie widziałby żadnego problemu w tym, aby to zrobić. Szukałby powodu do zaczepki i by go znalazł. Tymczasem teraz nagle odpuścił. Mówił sobie, że tak będzie najlepiej, bo przecież w gruncie rzeczy chciał wierzyć, że wydoroślał gdzieś tam przez ten cały czas.
Miał klasę. I życzył Geraldine wszystkiego, co najlepsze, prawda? Dlatego usunął się w cień, bo on zdecydowanie nie był tym najlepszym. Był pierdolonym chaosem, nawet jeśli w tej chwili czuł się, jakby coś spadło mu z piersi. Jakiś ciężar rozmył się w delikatnie złotawych smugach światła na podłodze.
W pocałunkach, w zapachu, pod delikatnym, ale zdecydowanym dotykiem. W miękkim świetle poranka, które wdzierało się przez rozchylone firany. W powietrzu nasyconym zapachem kurzu i tym ciepłem, w którym powoli znikał chłód nocy, która powoli ustępowała miejsca nowemu dniu.
Tu i teraz to wszystko niknęło. Czas tracił znaczenie, sekundy były minutami a minuty zamieniały się w wieczność. Pragnienie, które ich ogarnęło było jak napędzane gorącym słońcem, które z każdą chwilą wznosiło się za oknem po horyzoncie.
To nie była jesień - mroczna i lodowato zimna. To nie był ponury, wszechogarniający zmierzch. To było lato. Ciepłe lato jak wtedy w siedemdziesiątym, gdy wszystko było jeszcze takie proste. Wtedy kiedy w jego umyśle nadal krążyły obrazy wspólnej przyszłości. To były piękne czasy. Tak inne od tych teraz.
Zamknął oczy, pozwalając temu uczuciu wpisać się na nowo w jego pamięć. Każdy pocałunek był jak liturgia, jak modlitwa. Zawsze gdzieś tam uważał się za kogoś, kto nie przywiązując specjalnej wagi do sabatów i wiary, czynił z niej swoją jedyną religię, prawda?
Kiedyś to było takie pewne i niezmącone, bo wierzył w nią, w nich, we wszystko, co miało na nich czekać. Teraz to już zniknęło. Rozpadło się w piach i w pył, a jednak gdzieś tam nadal pamiętał słodki smak zapewnień, że to wszystko będzie trwać wiecznie. Dopóty, dopóki nie rozłączy ich ta usrana śmierć a później?
Jeśli jakiekolwiek później miało istnieć, prócz tych dębów w Dolinie to później też. To była istota tego wszystkiego: zawsze miał kochać Geraldine. Nie obawiał się tego, nie ukrywał niczego, nawet jeśli sam kiedyś by się za to wyśmiał. Był w stanie zaakceptować bycie ckliwym idiotą.
Przynajmniej wtedy, kiedy otwarcie to deklarował, nie czuł, że słowa stają mu w gardle i że wszystko, co powie nigdy nie wystarczy, żeby zmienić przeszłość ani naprawić przyszłość. Nie dało się naprawić czegoś, co nie istnieje. Tak jak tego garnka w jaskini, tak jak tego, co żyło i umarło między nimi.
Oczywiście, to nie zmieniało tego, że potrzebował jej bliskości, potrzebował ciepła, które przypominało mu o tym, że w tym momencie jeszcze przez kilka chwil liczyli się tylko oni. Każdy zmysł domagał się małego kroku naprzód, pchał go ku temu, aby ukraść jeszcze moment z przeszłości i nie myśleć o dalszych konsekwencjach sięgania po coś, co już nie należało do niego.
Nie musiał mówić, nie musieli wymieniać słów, ich przelotne spojrzenia mówiły więcej niż jakiekolwiek wyznanie. Tu i teraz, nawet jeśli nie kiedykolwiek więcej to przynajmniej tu i teraz mogli na nowo odzyskać część utraconych wspomnień. Pragnienie chwili obecnej wzięło górę nad rozważaniami. Było głębsze niż cokolwiek, co mógłby wyrazić.
Na ten jeden moment miał wrażenie, że znowu było między nimi to połączenie, które sięgało głębiej niż ciało. Dotykało duszy, poruszało w nim struny, których dawno nie chciał już dotykać. Teraz jej na to pozwolił, nawet jeśli później miał tego żałować, nawet jeśli to trąciło desperacją.
Ogień, który ich połączył wydawał się nieugaszalny, jakby miał w końcu zaspokoić najgłębsze pragnienie ich dusz, nie spalić ich na popiół, nie pozostawić zgliszcz, tylko ogarnąć ich i przynieść im ulgę, nawet jeśli wyłącznie tymczasową.
Tym razem, leżąc tu na miękkim łóżku w pościeli nie pachnącej już niczym prócz kurzu, Ambroise był pewien. Nie kwestionował tego więcej. Nie chciał tego robić. Teraz była jego. Niczyja inna.
Każde nowe spojrzenie, każdy nowy gest wydobywały z ich wnętrz więcej intensywności, żaru, który powracał, jakby nigdy nie wygasł. Każdy dotyk, każde muśnięcie, każde gorące spojrzenie, tak bardzo upragnione nie dały się tak łatwo odtrącić, nawet jeśli wtedy w łazience byli bliscy tego, by się od siebie odsunąć. Teraz ta granica całkowicie zniknęła, zatarła się.
Ich oddechy splatały się ze sobą tworząc symfonię, której nikt inny nie mógł usłyszeć. Jego, była jego, jakby nigdy nie odszedł, jakby tamte wszystkie miesiące były wyłącznie złym snem. Koszmarem, z którego właśnie się wybudzali. Tak łatwo było się teraz zapomnieć, ale czyż nie o to chodziło w tym wszystkim?
O to, że z każdym tchem pragnęli siebie nawzajem coraz bardziej, sięgając po to, co należałoby do nich, gdyby tego nie stracili?
Gdy znów złączyli usta, jego ręka bez oporu zjechała na jej udo a on na moment niemal zatracił się w smaku jej warg. W cieple skóry, w coraz bardziej nieregularnym oddechu i szalonym rytmie bicia serca. Nie mogli już oddzielić swoich ciał, ich pragnienia splatały się w jedno, podsycane ogniem, który nie przestawał się tlić.
Nie liczyło się to czy pożądanie go spali, zamierzał mu ulec. Tęsknocie, nostalgii, poczuciu, że cokolwiek mieli i czegokolwiek nie mogli mieć teraz zlało się ze sobą. Mogli mieć wszystko. Decyzja została podjęta tam na chłodnych łazienkowych kafelkach, gdy przez chwilę sądził, że ponownie wszystko spierdolił.
Gdy to się nie stało, tak łatwo poddał się wrażeniu ulgi. Złudzeniu, że jutro znów będą pragnąć tych samych chwil pełnych żaru i bliskości. Wciąż i wciąż będą zatracać się w miłości tak jak to niegdyś robili, że ta potrzeba nie miała mieć końca.
Bo czemuż miałaby się kończyć, jeśli to była ta wieczność? Migawka chwili zawieszonej w czasie, zamkniętej przestrzeni ich wspólnego miejsca?
To już nie było to samo. Każda kolejna chwila bliskości była jeszcze bardziej intensywna, ogarniając zarówno ciało jak i duszę. Wtedy w łazience czuł przyciąganie, ale i ból wynikający z wrażenia desperacji. To była walka, która toczyła się wewnątrz niego. Chęć jednoczesnego posiadania i oddania, chęć lgnięcia do Geraldine I wycofania się. Teraz żadne z nich się nie cofało.
Każdy dotyk był jak woda spływająca na spragnioną ziemię, która chłonęła nawet najmniejszą, najbardziej słoną kroplę, pragnąc więcej. Zatracili się w pożądaniu, w bezgranicznej potrzebie zbliżenia. Jego dłonie błądziły po jej ciele, palce sunęły wzdłuż miękkich linii ciała, przynosząc ze sobą fale.
Dla czegoś takiego można było utonąć.
Niegdyś znał każdy fragment skóry Geraldine, każdy drobny pieprzyk, małą bliznę, drobną fałdkę przy biodrze. Sposób, w jaki krzywiła nos i mrużyła oczy. Teraz wszystko było inne, nie było już takie same.
Sunął dłońmi po skórze ukochanej, delikatnie przesuwając palcami po jej mokrym, nie wytartym po prysznicu ciele. Jego opuszki delikatnie wędrowały po jej plecach, szukając miejsc, które znał na pamięć a które jednak zawsze sprawiały, że gubił oddech. Dołeczków tuż nad biodrami, poszarpanej linii blizny na plecach, maleńkiego pieprzyka w kształcie listka katalpy.
Czuł, jak jej ciało reaguje na jego dotyk, jak on sam mimowolnie odpowiada tym samym, raz po raz odwzajemniając pocałunki. Pragnienie narastało, jakby od dawna czekali na ten moment a każda chwila niepewności tylko potęgowała ich pożądanie, bo... ...tak było, prawda? Tęsknił za nią, wiedział to zawsze, nie wypierał tylko teraz, kiedy przemierzali granice bliskości, stopniowo je zacierając.
I choć słowa przeszkadzały, nie były potrzebne to kiedy do uszu Ambroisa dotarł ten szept, Greengrass na chwilę uniósł wzrok, odrywając się od pocałunku, który złożyła na jego ustach, zamierając na kilka długich sekund zanim ponownie ją pocałował.
A jednak musiał odpowiedzieć, prawda? Odezwać się, odrywając wargi od warg Riny i mimowolnie opierając się obok niej na łokciu, zbierając myśli do tego, co wydawało mu się czymś niemożliwie trudnym i skomplikowanym a w rzeczywistości było wyłącznie cichym, żałośnie krótkim, ale zdecydowanie brzmiącym szeptem.
- Więc zostań. Tutaj - to było takie proste, prawda?
To był ich dom. Nikt nie bronił im tu zostać. Powoli, minuta po minucie. Nie planując następnych dni ani nawet godzin. Po prostu tu będąc. Dwa widma przyszłości w świecie przeszłości.
- Więc zostań, Bruyère, zostań - mruknął do niej, odgarniając Geraldine kosmyk włosów z twarzy i znowu ją całując. - Zostań - mieli całą miękkość poranka, prawda?
Nikt i nic nie mogło im tego zabrać, jeśli nie oni sami.
Nie, nie kogoś, to nie była anonimowa osoba. Ten człowiek miał twarz i imię. Miał nazwisko kpiące sobie z Greengrassa. W każdym momencie, w którym ktoś z Munga albo Evelyn czy Roselyn w domu otwierały jakiś szmatławiec pokroju Czarownicy, ten człowiek tam był. Ze swoimi idealnymi wyszczerzonymi zębami i uśmiechem przeznaczonym na okładkę.
Jeśli wcześniej mieli całkiem pozytywne relacje i nawet od czasu do czasu spotykali się w Dolinie Godryka na niezobowiązujące piwo to od wczesnej wiosny tego roku, Ambroise pałał do niego tak cholernie mocną niechęcią, że nie wyobrażał sobie stanąć twarzą w twarz z tym człowiekiem i nie napluć mu w te jego ujmująco zielone oczy przyciągające wszystkie panny z okolicy. No, kurwa nie.
Sam nie wiedział z jakiego powodu się z nim nie skonfrontował. Przedtem, wiele lat wcześniej nie widziałby żadnego problemu w tym, aby to zrobić. Szukałby powodu do zaczepki i by go znalazł. Tymczasem teraz nagle odpuścił. Mówił sobie, że tak będzie najlepiej, bo przecież w gruncie rzeczy chciał wierzyć, że wydoroślał gdzieś tam przez ten cały czas.
Miał klasę. I życzył Geraldine wszystkiego, co najlepsze, prawda? Dlatego usunął się w cień, bo on zdecydowanie nie był tym najlepszym. Był pierdolonym chaosem, nawet jeśli w tej chwili czuł się, jakby coś spadło mu z piersi. Jakiś ciężar rozmył się w delikatnie złotawych smugach światła na podłodze.
W pocałunkach, w zapachu, pod delikatnym, ale zdecydowanym dotykiem. W miękkim świetle poranka, które wdzierało się przez rozchylone firany. W powietrzu nasyconym zapachem kurzu i tym ciepłem, w którym powoli znikał chłód nocy, która powoli ustępowała miejsca nowemu dniu.
Tu i teraz to wszystko niknęło. Czas tracił znaczenie, sekundy były minutami a minuty zamieniały się w wieczność. Pragnienie, które ich ogarnęło było jak napędzane gorącym słońcem, które z każdą chwilą wznosiło się za oknem po horyzoncie.
To nie była jesień - mroczna i lodowato zimna. To nie był ponury, wszechogarniający zmierzch. To było lato. Ciepłe lato jak wtedy w siedemdziesiątym, gdy wszystko było jeszcze takie proste. Wtedy kiedy w jego umyśle nadal krążyły obrazy wspólnej przyszłości. To były piękne czasy. Tak inne od tych teraz.
Zamknął oczy, pozwalając temu uczuciu wpisać się na nowo w jego pamięć. Każdy pocałunek był jak liturgia, jak modlitwa. Zawsze gdzieś tam uważał się za kogoś, kto nie przywiązując specjalnej wagi do sabatów i wiary, czynił z niej swoją jedyną religię, prawda?
Kiedyś to było takie pewne i niezmącone, bo wierzył w nią, w nich, we wszystko, co miało na nich czekać. Teraz to już zniknęło. Rozpadło się w piach i w pył, a jednak gdzieś tam nadal pamiętał słodki smak zapewnień, że to wszystko będzie trwać wiecznie. Dopóty, dopóki nie rozłączy ich ta usrana śmierć a później?
Jeśli jakiekolwiek później miało istnieć, prócz tych dębów w Dolinie to później też. To była istota tego wszystkiego: zawsze miał kochać Geraldine. Nie obawiał się tego, nie ukrywał niczego, nawet jeśli sam kiedyś by się za to wyśmiał. Był w stanie zaakceptować bycie ckliwym idiotą.
Przynajmniej wtedy, kiedy otwarcie to deklarował, nie czuł, że słowa stają mu w gardle i że wszystko, co powie nigdy nie wystarczy, żeby zmienić przeszłość ani naprawić przyszłość. Nie dało się naprawić czegoś, co nie istnieje. Tak jak tego garnka w jaskini, tak jak tego, co żyło i umarło między nimi.
Oczywiście, to nie zmieniało tego, że potrzebował jej bliskości, potrzebował ciepła, które przypominało mu o tym, że w tym momencie jeszcze przez kilka chwil liczyli się tylko oni. Każdy zmysł domagał się małego kroku naprzód, pchał go ku temu, aby ukraść jeszcze moment z przeszłości i nie myśleć o dalszych konsekwencjach sięgania po coś, co już nie należało do niego.
Nie musiał mówić, nie musieli wymieniać słów, ich przelotne spojrzenia mówiły więcej niż jakiekolwiek wyznanie. Tu i teraz, nawet jeśli nie kiedykolwiek więcej to przynajmniej tu i teraz mogli na nowo odzyskać część utraconych wspomnień. Pragnienie chwili obecnej wzięło górę nad rozważaniami. Było głębsze niż cokolwiek, co mógłby wyrazić.
Na ten jeden moment miał wrażenie, że znowu było między nimi to połączenie, które sięgało głębiej niż ciało. Dotykało duszy, poruszało w nim struny, których dawno nie chciał już dotykać. Teraz jej na to pozwolił, nawet jeśli później miał tego żałować, nawet jeśli to trąciło desperacją.
Ogień, który ich połączył wydawał się nieugaszalny, jakby miał w końcu zaspokoić najgłębsze pragnienie ich dusz, nie spalić ich na popiół, nie pozostawić zgliszcz, tylko ogarnąć ich i przynieść im ulgę, nawet jeśli wyłącznie tymczasową.
Tym razem, leżąc tu na miękkim łóżku w pościeli nie pachnącej już niczym prócz kurzu, Ambroise był pewien. Nie kwestionował tego więcej. Nie chciał tego robić. Teraz była jego. Niczyja inna.
Każde nowe spojrzenie, każdy nowy gest wydobywały z ich wnętrz więcej intensywności, żaru, który powracał, jakby nigdy nie wygasł. Każdy dotyk, każde muśnięcie, każde gorące spojrzenie, tak bardzo upragnione nie dały się tak łatwo odtrącić, nawet jeśli wtedy w łazience byli bliscy tego, by się od siebie odsunąć. Teraz ta granica całkowicie zniknęła, zatarła się.
Ich oddechy splatały się ze sobą tworząc symfonię, której nikt inny nie mógł usłyszeć. Jego, była jego, jakby nigdy nie odszedł, jakby tamte wszystkie miesiące były wyłącznie złym snem. Koszmarem, z którego właśnie się wybudzali. Tak łatwo było się teraz zapomnieć, ale czyż nie o to chodziło w tym wszystkim?
O to, że z każdym tchem pragnęli siebie nawzajem coraz bardziej, sięgając po to, co należałoby do nich, gdyby tego nie stracili?
Gdy znów złączyli usta, jego ręka bez oporu zjechała na jej udo a on na moment niemal zatracił się w smaku jej warg. W cieple skóry, w coraz bardziej nieregularnym oddechu i szalonym rytmie bicia serca. Nie mogli już oddzielić swoich ciał, ich pragnienia splatały się w jedno, podsycane ogniem, który nie przestawał się tlić.
Nie liczyło się to czy pożądanie go spali, zamierzał mu ulec. Tęsknocie, nostalgii, poczuciu, że cokolwiek mieli i czegokolwiek nie mogli mieć teraz zlało się ze sobą. Mogli mieć wszystko. Decyzja została podjęta tam na chłodnych łazienkowych kafelkach, gdy przez chwilę sądził, że ponownie wszystko spierdolił.
Gdy to się nie stało, tak łatwo poddał się wrażeniu ulgi. Złudzeniu, że jutro znów będą pragnąć tych samych chwil pełnych żaru i bliskości. Wciąż i wciąż będą zatracać się w miłości tak jak to niegdyś robili, że ta potrzeba nie miała mieć końca.
Bo czemuż miałaby się kończyć, jeśli to była ta wieczność? Migawka chwili zawieszonej w czasie, zamkniętej przestrzeni ich wspólnego miejsca?
To już nie było to samo. Każda kolejna chwila bliskości była jeszcze bardziej intensywna, ogarniając zarówno ciało jak i duszę. Wtedy w łazience czuł przyciąganie, ale i ból wynikający z wrażenia desperacji. To była walka, która toczyła się wewnątrz niego. Chęć jednoczesnego posiadania i oddania, chęć lgnięcia do Geraldine I wycofania się. Teraz żadne z nich się nie cofało.
Każdy dotyk był jak woda spływająca na spragnioną ziemię, która chłonęła nawet najmniejszą, najbardziej słoną kroplę, pragnąc więcej. Zatracili się w pożądaniu, w bezgranicznej potrzebie zbliżenia. Jego dłonie błądziły po jej ciele, palce sunęły wzdłuż miękkich linii ciała, przynosząc ze sobą fale.
Dla czegoś takiego można było utonąć.
Niegdyś znał każdy fragment skóry Geraldine, każdy drobny pieprzyk, małą bliznę, drobną fałdkę przy biodrze. Sposób, w jaki krzywiła nos i mrużyła oczy. Teraz wszystko było inne, nie było już takie same.
Sunął dłońmi po skórze ukochanej, delikatnie przesuwając palcami po jej mokrym, nie wytartym po prysznicu ciele. Jego opuszki delikatnie wędrowały po jej plecach, szukając miejsc, które znał na pamięć a które jednak zawsze sprawiały, że gubił oddech. Dołeczków tuż nad biodrami, poszarpanej linii blizny na plecach, maleńkiego pieprzyka w kształcie listka katalpy.
Czuł, jak jej ciało reaguje na jego dotyk, jak on sam mimowolnie odpowiada tym samym, raz po raz odwzajemniając pocałunki. Pragnienie narastało, jakby od dawna czekali na ten moment a każda chwila niepewności tylko potęgowała ich pożądanie, bo... ...tak było, prawda? Tęsknił za nią, wiedział to zawsze, nie wypierał tylko teraz, kiedy przemierzali granice bliskości, stopniowo je zacierając.
I choć słowa przeszkadzały, nie były potrzebne to kiedy do uszu Ambroisa dotarł ten szept, Greengrass na chwilę uniósł wzrok, odrywając się od pocałunku, który złożyła na jego ustach, zamierając na kilka długich sekund zanim ponownie ją pocałował.
A jednak musiał odpowiedzieć, prawda? Odezwać się, odrywając wargi od warg Riny i mimowolnie opierając się obok niej na łokciu, zbierając myśli do tego, co wydawało mu się czymś niemożliwie trudnym i skomplikowanym a w rzeczywistości było wyłącznie cichym, żałośnie krótkim, ale zdecydowanie brzmiącym szeptem.
- Więc zostań. Tutaj - to było takie proste, prawda?
To był ich dom. Nikt nie bronił im tu zostać. Powoli, minuta po minucie. Nie planując następnych dni ani nawet godzin. Po prostu tu będąc. Dwa widma przyszłości w świecie przeszłości.
- Więc zostań, Bruyère, zostań - mruknął do niej, odgarniając Geraldine kosmyk włosów z twarzy i znowu ją całując. - Zostań - mieli całą miękkość poranka, prawda?
Nikt i nic nie mogło im tego zabrać, jeśli nie oni sami.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down