01.12.2024, 04:13 ✶
Od stycznia może nie było odległym terminem. To nie było aż tak dawno temu. Szczególnie dla wampira, dla którego następne lata i dekady miały być mgnieniem oka. Mimo to Ambroise bardzo nieznacznie się skrzywił. Nie zamierzał mówić przykro mi, moje wyrazy współczucia, kondolencje. Nic z tych rzeczy. Natomiast zawiesił spojrzenie na Astarothcie, krótko kiwając głową.
To wystarczyło, tak? To i to, że darował sobie przyjmowanie dopłat do eliksirów. Tym razem w milczeniu odmówił. Dla własnej wygody wybierał wersję, wedle której w dalszym ciągu nie przywykł do roli płatnego uzdrowiciela dla tego człowieka, bo choć wcześniej bez wątpienia ją pełnił to później przecież przestał i teraz możliwe, że jeszcze do tego nie wrócił.
Zresztą nawet nie miał takiego zamiaru, natomiast to było przyjemniejsze niż przyznanie, że zrobiło mu się szkoda Yaxleya. Nie chciał się nad nim również litować. Pierwsza opcja była najlepsza, nawet jeśli wcale nie była dobra.
Natomiast co takie było? Na pewno nie ich wspólne interesy mające mieć miejsce od tej chwili przez kilka godzin. Dwie albo trzy, bezpiecznie daleko od świtu, bo Roise nie zamierzał sprawdzać teorii o samozapłonach wampirów. Nieważne jak bardzo był niechętny temu tutaj, nie był chujem (no, nie teraz - był nim wcześniej).
- Ach. Ma nie wiedzieć - odezwał się wymownie, raczej nie musiał uzupełniać tej wypowiedzi o informacje kto i o czym, i na jak długo.
Odpowiedzi były jasne, bo była tylko jedna osoba, o której Ambroise mógł mówić. Jedna sprawa, którą załatwiali. No i ta trzecia odpowiedź raczej oczywista: na zawsze. Jeśli Astaroth był trupem, nawet żywym to powinien umieć milczeć jak grób.
Po tym mogli przygotować się do ruszenia, osłonić się kapturami i innymi zabezpieczeniami, skryć się w mroku, przemykając z miejsca w miejsce w taki sposób, aby dotrzeć do celu bez większych problemów. Nie zwracając na siebie więcej uwagi niż to konieczne, bo na Nokturnie zawsze ktoś patrzył. Chodziło o to, by miał wyjebane.
W jednym z poplątanych zaułków położonych na samych obrzeżach szemranej części magicznego Londynu, praktycznie na obrzeżach Alei Śmiertelnego Nokturna, unosił się nie tylko zapach stęchlizny i wilgoci, lecz także inna kręcąca w nos nuta. Nieprzyjemna, ale nieokreślona. Coś, jakby receptory w nosie nie do końca wiedziały, co wprawia je w stan niepokoju. Niby nic takiego. Większość osób przeszłaby wobec tego obojętnie, co najwyżej się wzdrygając i właśnie o to chodziło:
Aby ci ludzie odeszli stąd jak najszybciej i nawet nie obrzucili wzrokiem żadnego z okolicznych budynków. Szczególnie tego, który był chyba najbardziej zniszczony przez czas i zapomnienie lub raczej zapomnienie, bo paradoksalnie był najczęściej odwiedzanym z nich wszystkich.
Elewacja z zewnątrz była pokryta grubym nalotem brudu i z porostów, który za dnia zdawał się wchłaniać światło słoneczne a w nocy po prostu czerniał, sprawiając nieprzyjemne wrażenie i odstręczając od siebie ludzi. Zniszczone i pokryte kurzem okna same w sobie nie pozwalały na przenikanie promieni słońca, ale ktoś dodatkowo upewnił się, że będą jeszcze bardziej nieprzezierne, umieszczając w nich kawałki dykty, drewnianej sklejki i kartonu.
Od zewnętrznej strony obecnie oblepionych magicznymi plakatami między innymi czarodziejskich celebrytów kojarzonych ze współpracy z Ministerstwem Magii, o ironio. Już podartymi i naruszonymi, zabazgranymi. Były jeszcze całkiem świeże, magiczny klej chyba nawet nie przesechł, więc łatwo byłoby je zerwać.
Do jutra na pewno miało ich tu nie być, ale w to miejsce miały pojawić się następne - dla niepoznaki i przez to, że przestrzenie tego typu nie lubiły pustki. Ktoś mógłby dostrzec ślady po brakujących zdjęciach i zainteresować się tym faktem a tego nikt tutaj nie potrzebował. Paradoksalnie to było chyba najspokojniejsze miejsce w całej okolicy. Przynajmniej oficjalnie, bo nikt nie chciał przyciągać kolejnych patroli Brygady, które już i tak zaczęły robić się problematyczne.
Budynek miał w sobie starannie zaplanowaną aurę zapomnienia, jakby czas zatrzymał się w jego wnętrzu a każdy krok w kierunku drzwi wydawał się echem dawnych dni. Nic ciekawego - miał sugerować - tylko smród, brud, połamane krzesła, zniszczone stoły i resztki starych, pożółkłych gazet, które niegdyś relacjonowały wydarzenia z czasów świetności tego miejsca. Będącego kiedyś jakimś lokalem, potem możliwe, że składem, magazynem, graciarnią, małą produkcją. No, niczym ciekawym. Wszystko co cenne zostało już wyniesione, idź dalej.
To właśnie tam zmierzali na tyle ukradkowo na ile mogły robić to postaci ich postury. Czyli umiarkowanie, natomiast z pewnością nadrabiając to ostrożnością i rozglądaniem się częściej niż raz czy dwa.
Wnętrze budynku było ciemne i wilgotne, powietrze miało ciężki zapach stęchlizny i pleśni. W głębi pomieszczenia znajdowały się schody, które prowadziły w dół. Ukryte za zasłoną cienia i pajęczyn, nie przyciągały wzroku. Ich drewniane stopnie, spróchniałe i pokryte kurzem, prowadziły w mrok. Z każdym krokiem wydawały stłumione dźwięki, jakby sama konstrukcja protestowała przeciwko temu, by schodzić w dół.
Na końcu schodów zaczynał się wąski korytarz, stopniowo coraz węższy i niższy, który prowadził w głąb ziemi. W miejsce, gdzie światło dzienne nigdy nie docierało. Korytarz kręcił się i wił, prowadząc do różnych odgałęzień.
Wreszcie weszli na faktyczne Podziemne Ścieżki. Tam, gdzie kryły się budynki pozbawione światła słonecznego, ale skąpane we fluorescencyjnym blasku. Przy przyjrzeniu im się bliżej można było dostrzec, że ściany budynków porastają świecące w ciemności czerwone kwiaty i jaśniejące w ciemnościach grzyby.
Ścieżki były wąskie i kręte, później zaś szerokie i wysokie. Prowadziły w różnych kierunkach zaś ich końce znikały w mroku. Niektóre z nich były oświetlone nikłym blaskiem lamp, które wydawały się zawieszone w powietrzu, emitując mdłe żółte światło, które nieco rozjaśniało otoczenie, ale nie na tyle, by rozwiać mroczne cienie. Łatwo było się w nich zgubić jeszcze przed samym wkroczeniem do właściwego miejsca.
Ciemne sztucznie wydrążone korytarze - te właściwe, którymi chcieli teraz podążać a w których w powietrzu unosił się zapach wilgoci i zgnilizny, były oświetlone przez te same niepewne, migoczące światła. Zdawały się drgać na ścianach, rzucając złowrogie cienie poruszające się w rytmie szmerów dochodzących zewsząd i znikąd. Nie było żadnych różnic. Nie na pierwszy rzut oka.
W miarę jak schodzili głębiej i dalej, dźwięki stawały się bardziej niepokojące. Szelesty, szmery, szepty, urywki stłumionych rozmów a raz na jakiś czas także odgłosy, które przypominały krzyk dobiegający gdzieś z daleka. Trochę tak, jakby echa przeszłych zbrodni krążyły po zakamarkach tego mrocznego miejsca a trochę tak, jakby ktoś przykładał rękę do tego, żeby nigdy nie ucichły.
- Bezkresne uliczki - zakomunikował cicho, kierując swoje słowa wyłącznie do uszu Astarotha, bo wampiry powinny mieć je bardziej wrażliwe, nie?
Nie wiedział. Nie chciał wiedzieć. Nie znał się. Odruchowo w pierwszej chwili mógłby powiedzieć to nie mój problem, jeśli Yaxley okaże się być głuchym szczylem, bo może mógłby mieć wzmocniony słuch, ale słuchał za dużo thrash metalu, więc teraz po prostu jako wampir słyszy poprawnie.
Natomiast, no nie mógł. Ku własnemu niezadowoleniu, czuł się odpowiedzialny za to, co mogło tu wyniknąć. Za Astarotha, którego do czasu nawet lubił. Nie mówiąc o tym, że nie chciałby musieć do końca życia unikać siostry Yaxleya. Nie to, że Ambroise już tego nie robił, bo robił, każdy zainteresowany to wiedział, nie?
Jednakże czym innym było zabicie ich szans na wspólną przyszłość a czym innym przyczynienie się do śmierci brata byłej. Nawet w sytuacji, w której lekko poniżej dwóch miesięcy wcześniej usiłowało się dokonać tego na jej oczach nogą od zabytkowej konsolki. Wtedy przynajmniej był jako-tako usprawiedliwiony. Teraz? No niezbyt. Nawet wedle swojej pokrętnej logiki, która wiele dopuszczała i wiele wykluczała (szczególnie te niewygodne elementy).
Po prostu było lepiej dla towarzysza Greengrassa, żeby usłyszał słowa kierowane ku niemu. Jak ciche by one nie były.
- Nie gap się. Nieważne co zobaczysz, nic nie widzisz. Nie wyciągaj łap, nawet jeśli ci coś dają. Idź przed siebie, staraj się łapać punkty orientacyjne na okoliczność, gdy będziesz tu sam - zakomunikował mruknięciem bez zatrzymywania się w miejscu, nie chciał tu przystawać na zbyt długo.
Mieli spory kawałek do przejścia. Lepiej, żeby nie zwlekali i lepiej, żeby Astaroth się go trzymał. Podziemia były labiryntem, w którym można było zgubić się na kilka godzin, parę dni, tygodni, na zawsze. Wszystko zależało od dalszych decyzji i działań.
To wystarczyło, tak? To i to, że darował sobie przyjmowanie dopłat do eliksirów. Tym razem w milczeniu odmówił. Dla własnej wygody wybierał wersję, wedle której w dalszym ciągu nie przywykł do roli płatnego uzdrowiciela dla tego człowieka, bo choć wcześniej bez wątpienia ją pełnił to później przecież przestał i teraz możliwe, że jeszcze do tego nie wrócił.
Zresztą nawet nie miał takiego zamiaru, natomiast to było przyjemniejsze niż przyznanie, że zrobiło mu się szkoda Yaxleya. Nie chciał się nad nim również litować. Pierwsza opcja była najlepsza, nawet jeśli wcale nie była dobra.
Natomiast co takie było? Na pewno nie ich wspólne interesy mające mieć miejsce od tej chwili przez kilka godzin. Dwie albo trzy, bezpiecznie daleko od świtu, bo Roise nie zamierzał sprawdzać teorii o samozapłonach wampirów. Nieważne jak bardzo był niechętny temu tutaj, nie był chujem (no, nie teraz - był nim wcześniej).
- Ach. Ma nie wiedzieć - odezwał się wymownie, raczej nie musiał uzupełniać tej wypowiedzi o informacje kto i o czym, i na jak długo.
Odpowiedzi były jasne, bo była tylko jedna osoba, o której Ambroise mógł mówić. Jedna sprawa, którą załatwiali. No i ta trzecia odpowiedź raczej oczywista: na zawsze. Jeśli Astaroth był trupem, nawet żywym to powinien umieć milczeć jak grób.
Po tym mogli przygotować się do ruszenia, osłonić się kapturami i innymi zabezpieczeniami, skryć się w mroku, przemykając z miejsca w miejsce w taki sposób, aby dotrzeć do celu bez większych problemów. Nie zwracając na siebie więcej uwagi niż to konieczne, bo na Nokturnie zawsze ktoś patrzył. Chodziło o to, by miał wyjebane.
W jednym z poplątanych zaułków położonych na samych obrzeżach szemranej części magicznego Londynu, praktycznie na obrzeżach Alei Śmiertelnego Nokturna, unosił się nie tylko zapach stęchlizny i wilgoci, lecz także inna kręcąca w nos nuta. Nieprzyjemna, ale nieokreślona. Coś, jakby receptory w nosie nie do końca wiedziały, co wprawia je w stan niepokoju. Niby nic takiego. Większość osób przeszłaby wobec tego obojętnie, co najwyżej się wzdrygając i właśnie o to chodziło:
Aby ci ludzie odeszli stąd jak najszybciej i nawet nie obrzucili wzrokiem żadnego z okolicznych budynków. Szczególnie tego, który był chyba najbardziej zniszczony przez czas i zapomnienie lub raczej zapomnienie, bo paradoksalnie był najczęściej odwiedzanym z nich wszystkich.
Elewacja z zewnątrz była pokryta grubym nalotem brudu i z porostów, który za dnia zdawał się wchłaniać światło słoneczne a w nocy po prostu czerniał, sprawiając nieprzyjemne wrażenie i odstręczając od siebie ludzi. Zniszczone i pokryte kurzem okna same w sobie nie pozwalały na przenikanie promieni słońca, ale ktoś dodatkowo upewnił się, że będą jeszcze bardziej nieprzezierne, umieszczając w nich kawałki dykty, drewnianej sklejki i kartonu.
Od zewnętrznej strony obecnie oblepionych magicznymi plakatami między innymi czarodziejskich celebrytów kojarzonych ze współpracy z Ministerstwem Magii, o ironio. Już podartymi i naruszonymi, zabazgranymi. Były jeszcze całkiem świeże, magiczny klej chyba nawet nie przesechł, więc łatwo byłoby je zerwać.
Do jutra na pewno miało ich tu nie być, ale w to miejsce miały pojawić się następne - dla niepoznaki i przez to, że przestrzenie tego typu nie lubiły pustki. Ktoś mógłby dostrzec ślady po brakujących zdjęciach i zainteresować się tym faktem a tego nikt tutaj nie potrzebował. Paradoksalnie to było chyba najspokojniejsze miejsce w całej okolicy. Przynajmniej oficjalnie, bo nikt nie chciał przyciągać kolejnych patroli Brygady, które już i tak zaczęły robić się problematyczne.
Budynek miał w sobie starannie zaplanowaną aurę zapomnienia, jakby czas zatrzymał się w jego wnętrzu a każdy krok w kierunku drzwi wydawał się echem dawnych dni. Nic ciekawego - miał sugerować - tylko smród, brud, połamane krzesła, zniszczone stoły i resztki starych, pożółkłych gazet, które niegdyś relacjonowały wydarzenia z czasów świetności tego miejsca. Będącego kiedyś jakimś lokalem, potem możliwe, że składem, magazynem, graciarnią, małą produkcją. No, niczym ciekawym. Wszystko co cenne zostało już wyniesione, idź dalej.
To właśnie tam zmierzali na tyle ukradkowo na ile mogły robić to postaci ich postury. Czyli umiarkowanie, natomiast z pewnością nadrabiając to ostrożnością i rozglądaniem się częściej niż raz czy dwa.
Wnętrze budynku było ciemne i wilgotne, powietrze miało ciężki zapach stęchlizny i pleśni. W głębi pomieszczenia znajdowały się schody, które prowadziły w dół. Ukryte za zasłoną cienia i pajęczyn, nie przyciągały wzroku. Ich drewniane stopnie, spróchniałe i pokryte kurzem, prowadziły w mrok. Z każdym krokiem wydawały stłumione dźwięki, jakby sama konstrukcja protestowała przeciwko temu, by schodzić w dół.
Na końcu schodów zaczynał się wąski korytarz, stopniowo coraz węższy i niższy, który prowadził w głąb ziemi. W miejsce, gdzie światło dzienne nigdy nie docierało. Korytarz kręcił się i wił, prowadząc do różnych odgałęzień.
Wreszcie weszli na faktyczne Podziemne Ścieżki. Tam, gdzie kryły się budynki pozbawione światła słonecznego, ale skąpane we fluorescencyjnym blasku. Przy przyjrzeniu im się bliżej można było dostrzec, że ściany budynków porastają świecące w ciemności czerwone kwiaty i jaśniejące w ciemnościach grzyby.
Ścieżki były wąskie i kręte, później zaś szerokie i wysokie. Prowadziły w różnych kierunkach zaś ich końce znikały w mroku. Niektóre z nich były oświetlone nikłym blaskiem lamp, które wydawały się zawieszone w powietrzu, emitując mdłe żółte światło, które nieco rozjaśniało otoczenie, ale nie na tyle, by rozwiać mroczne cienie. Łatwo było się w nich zgubić jeszcze przed samym wkroczeniem do właściwego miejsca.
Ciemne sztucznie wydrążone korytarze - te właściwe, którymi chcieli teraz podążać a w których w powietrzu unosił się zapach wilgoci i zgnilizny, były oświetlone przez te same niepewne, migoczące światła. Zdawały się drgać na ścianach, rzucając złowrogie cienie poruszające się w rytmie szmerów dochodzących zewsząd i znikąd. Nie było żadnych różnic. Nie na pierwszy rzut oka.
W miarę jak schodzili głębiej i dalej, dźwięki stawały się bardziej niepokojące. Szelesty, szmery, szepty, urywki stłumionych rozmów a raz na jakiś czas także odgłosy, które przypominały krzyk dobiegający gdzieś z daleka. Trochę tak, jakby echa przeszłych zbrodni krążyły po zakamarkach tego mrocznego miejsca a trochę tak, jakby ktoś przykładał rękę do tego, żeby nigdy nie ucichły.
- Bezkresne uliczki - zakomunikował cicho, kierując swoje słowa wyłącznie do uszu Astarotha, bo wampiry powinny mieć je bardziej wrażliwe, nie?
Nie wiedział. Nie chciał wiedzieć. Nie znał się. Odruchowo w pierwszej chwili mógłby powiedzieć to nie mój problem, jeśli Yaxley okaże się być głuchym szczylem, bo może mógłby mieć wzmocniony słuch, ale słuchał za dużo thrash metalu, więc teraz po prostu jako wampir słyszy poprawnie.
Natomiast, no nie mógł. Ku własnemu niezadowoleniu, czuł się odpowiedzialny za to, co mogło tu wyniknąć. Za Astarotha, którego do czasu nawet lubił. Nie mówiąc o tym, że nie chciałby musieć do końca życia unikać siostry Yaxleya. Nie to, że Ambroise już tego nie robił, bo robił, każdy zainteresowany to wiedział, nie?
Jednakże czym innym było zabicie ich szans na wspólną przyszłość a czym innym przyczynienie się do śmierci brata byłej. Nawet w sytuacji, w której lekko poniżej dwóch miesięcy wcześniej usiłowało się dokonać tego na jej oczach nogą od zabytkowej konsolki. Wtedy przynajmniej był jako-tako usprawiedliwiony. Teraz? No niezbyt. Nawet wedle swojej pokrętnej logiki, która wiele dopuszczała i wiele wykluczała (szczególnie te niewygodne elementy).
Po prostu było lepiej dla towarzysza Greengrassa, żeby usłyszał słowa kierowane ku niemu. Jak ciche by one nie były.
- Nie gap się. Nieważne co zobaczysz, nic nie widzisz. Nie wyciągaj łap, nawet jeśli ci coś dają. Idź przed siebie, staraj się łapać punkty orientacyjne na okoliczność, gdy będziesz tu sam - zakomunikował mruknięciem bez zatrzymywania się w miejscu, nie chciał tu przystawać na zbyt długo.
Mieli spory kawałek do przejścia. Lepiej, żeby nie zwlekali i lepiej, żeby Astaroth się go trzymał. Podziemia były labiryntem, w którym można było zgubić się na kilka godzin, parę dni, tygodni, na zawsze. Wszystko zależało od dalszych decyzji i działań.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down