24.01.2023, 02:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.01.2023, 02:56 przez Elliott Malfoy.)
Trauma z dzieciństwa.
Ciężar słów spowodował, że zaschło mu w gardle. Młody Malfoy zamiótł każdą z młodzieńczych traum pod dywan, potem na niego wszedł i upewnił się, że zmieniły się w drobny pył, aby już nigdy nie musiał się nimi zajmować. Niestety, wciąż wciągał drobinki z powietrzem, którym dzień w dzień oddychał, a one opadały mu ciężko na płucach, gromadząc się na nich i innych, ważnych organach, aby pewnego dnia przygnieść całość osoby Elliotta, aby przypomnieć mu o strachu przed ojcem, o łaknięciu chociaż odrobiny uwagi od matki i szczerej nienawiści do siostry bliźniaczki. Świnie, w tym wszystkim, były czubkiem góry lodowej, której znaczna większość znajdowała się w głębi ciemnego oceanu. Przykrył wszystkie swoje lęki, obawy, chęci, ambicje, szczere emocje pod warstwą śniegu, a nie mając w życiu nikogo, kto ciepłym słowem byłby w stanie chociaż skruszyć warstwę, pod którą sczezły młodociane aspiracje, pozwalał im zalegać na dnie, jak zawilgotniałej kupce liści późną jesienią na ganku. Każdy promień słoneczny, który mógłby chociaż odrobinę roztopić nagromadzoną warstwę lodu, traktował jak niebezpieczeństwo, odchodził na parę kroków, dystansował się, a jeżeli już pozwalał sobie, aby ogrzać się ogniem, był to najczęściej płomień palonego mostu, zwłaszcza po tym, gdy jeden z nich zawalił się nie z jego inicjatywy. Odejście Perseusa wciąż odbijało się w jego głowie nieprzyjemnym echem, jakby ktoś uderzał metalową pałką o żelazne pręty bramy do Malfoy Manor i czekał, aż któryś z domowników usłyszy. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego z Erikiem jest inaczej. Dlaczego każde płynące od niego, przyjemne słowo sprawiało, że serce biło Elliottowi szybciej, wyrywało się z klatki piersiowej, spragnione uwagi i opieki, która mu się należała. Nie miał wystarczająco woli, aby je powstrzymywać, chociaż bronił się ostatkami sił przed konsekwencjami tego, że nie wykonał kroku w tył, ze zamiast niego stał nad krawędzią i z chęcią wkładał ręce do nurtu rzeki, która miała porwać go całego, sprawić, że samotne wieczory, twarda obojętność będą tylko niemiłym wspomnieniem. Ale czy na pewno należało mu się szczęście? Po tym co zrobił, jakim człowiekiem się stał i wciąż, powoli stawał? Patrząc w lustro nie widział już rozhisteryzowanego, zawiedzionego koleją rzeczy czternastolatka, a dorosłego mężczyznę ze zobojętniałym spojrzeniem i twarzą wyciosaną w kamieniu. Nigdy nie spodziewał się, że pójście w ślady ojca przyjdzie mu z taką ulgą, że zatraci się w kłamstwie, które stworzył tylko po to, aby bronić się przed otaczająca rzeczywistością.
- Fatamorgana to dobra opcja. Już wiemy o jednej anomalii w postaci krów alfa pasących się na tutejszych pastwiskach, czym jeszcze zaskoczy nas niepozorna, zabita deskami dziura pod Londynem? - modulacja głosem doprowadziła do oczekiwanego skutku, w którym Malfoy brzmiał jakby właśnie czytał nagłówek jakiejś naprawdę infantylnej gazety plotkarskiej żerującej na wierzących w teorię spiskowe ludziach.
Nieobecnym spojrzeniem wrócił do rozmówcy, odrobinę przepraszająco marszcząc brwi, bo nie był pewien na jak długo zamilkł. Każda podróż do miejsc, w których przetrzymywał wspomnienia z młodości była długa i krępa, kosztowała go dużo energii emocjonalnej, więc starał się je ograniczać, jak tylko mógł. W momencie, jednak, gdy rozmawiał z kimś, kto z własnej, nieprzymuszonej woli go chwalił, siłą rzeczy wrzucało go to w wir przemyśleń, czy aby na pewno nie stawia kroku na grząskim gruncie. Każde spojrzenie na Erika fundowało mu jednak bardzo szybkie sprostowanie wątpliwości, podsumowując je jednym zdaniem 'Może warto w końcu przestać uciekać?'
Nie uciekła za to jego uwadze reakcja Longbottoma na rozłączenie ich dłoni, przynajmniej odwrócenie spojrzenia. Nie mógł zaprzeczyć, że czuli się tak samo skrępowani, ale w sercu kiełkowała mu nadzieja, że dzieje się tak z powodu wspólnej chęci wylądowania we własnych ramionach. Była to przyjemna myśl, która wystarczajaco popychała go, aby powoli drążyć tę sprawę, spychawszy na bok wszystkie inne wątpliwości i przestrogi własnego umysłu. Co by było jakby nie zabrał ręki, czy obydwaj zdecydowaliby się na nie wspomnienie o tym fakcie, zupełnie jak o momencie słabości związanego ze świniami? Trochę pożałował, że to zrobił, może teraz tez miałby dłoń w kieszeni płaszcza Erika? Złapał się na tym, że zapatrzył się na jego usta, myśląc o tym jak przyjemnie rozbudzającym byłoby dotknąć parodniowego zarostu na policzkach.
- Ja Ciebie też czasami potrzebuje więcej - słowa zdawały się dzisiaj jego wrogami, wypływały spomiędzy warg wbrew myślom. Obydwoje byli w tej rozmowie jak zagubione dzieci, którym należało wskazać kierunek, aby złapały się za rączkę i spokojnie wróciły do domu, ale niestety, nie było żadnej osoby trzeciej, aby wydawała instrukcje. Przełknął ślinę - Twojego wkładu, mam na myśli. Widziałeś w jaki sposób pracuje, rozmawialiśmy o tym jak dwie osoby mogą funkcjonować razem, jak naoliwiona maszyna, doceniając swoje różnice - szybko przytoczył rozmowę ze swojego gabinetu w Ministerstwie Magii, wypowiadając ją praktycznie na jednym wydechu, zupełnie jakby się bał, że na kolejne słowa zabraknie czasu. Uśmiechnął się blado, aby samego siebie zapewnić o tym, że brzmiał przekonująco. Nie często się zdarzało, że tracił rezon, a dzisiejsze wyjście było passą wrzucania się pod autobus, tylko po to, aby poczuć cokolwiek więcej poza codziennym, szarym zobojętnieniem.
- Nie, nie. W porządku - machnął ręką w bardzo teatralnym geście, jakby stwierdził, że takie wyznanie o pojedynkach to dla niego błahostka - Nie musisz się przecież tłumaczyć, rozumiem, że tak wprawiona w pojedynkach i zaklęciach osoba jak ty chcę bronić kogoś takiego, jak ja. Sam przecież powiedziałeś, że potrzebujesz mojej logiki, czyż nie? Jak miałbyś ją dostać jakby ktoś nagle mnie spetryfikował? - przemienił to wyznanie w żart, uśmiechając się chochliczo pod nosem, zupełnie jakby przed sekundą sam nie palnął podobnej gafy, którą Erik mógł teraz wykorzystać na swoją korzyść.
Dzień zaczynał się powoli rozjaśniać, a przez gałęzie drzew wpadały do zagajnika promienie słoneczne, ironicznie układając się w świetlistą aureolę przy jasnych włosach Elliotta. Zaraz jednak cały blask zabrał niewielki zbiornik wodny, który teraz był poszerzony nawet o mały wodospadzik. Szum wody wypełniał niewielkie półkole, na którym stali, nie wychodził zbytnio poza obszar lasku. Można by poczuć, ze to miejsce miało swój własny, przyjemny ekosystem, przebiśniegi wykwitały tu tłumnie, powodując, że zielenie i brąze lasu były rozjaśnione nie tylko promieniami słońca, ale też białymi płatkami kwiatów.
- Jeżeli chcesz zobaczyć jak całą swoją determinacją dążę do jednego celu wystarczy przyjść na obiad rodzinny, na ktorym staram się nie zadusić siostry i jednocześnie nie zakneblować ojca, to wymaga ode mnie chyba najwięcej skupienia w całym życiu. Rozprawy w Wizengamocie to przy tym pestka, uwierz mi - parsknął, chcąc rozluźnić nieco atmosferę, bo czuł jej ciężar na swoich barkach. Jednocześnie pozwolił sobie na trochę więcej uśmiechu, bo w niebieskich oczach zatańczyły mu iskierki zadowolenia, gdy spostrzegł wyraz twarzy Longbottoma. Fakt, drugi z mężczyzn uśmiechał się częściej, ale nie znaczyło to, ze Elliott nie mógł doceniać każdego z tych pozytywnych grymasów. Sam chciał być powodem, przez którym Erik czuje się dobrze, to też wpływało na ogólny nastrój sytuacji, poniekąd odrobinę poddawało go kontemplacji na temat relacji, bo zazwyczaj to on chciał być osobą w centrum, a teraz zapragnął oddać trochę uwagi drugiej stronie, czy tak właśnie, od zawsze powinny działać tego typu sprawy? Nie wiedział.
- Znam Castiela, jest dobry w tym, co robi. Jeżeli nie najlepszy, z tych wszystkich osób, które mamy do wyboru w Londynie - przyznał bez zawahania, chcąc też swoją opinią dodać rozmówcy otuchy, pokazać, że w jego opinii Flint również jest zaufanym specjalistą. Erik wydawał się zmartwiony przeprowadzeniem eksperymentu, nie dziwił mu się. Likantropia była trudnym tematem, zmiana w dzikie zwierzę, nad którego czynami się nie panowało... Elliott nie mógł sobie tego wyobrazić. Ugryzł się w język, gdy chciał zapytać, już pare razy, jak Erik się czuje po przemianach, przed, w trakcie. Uważał to za niesamowicie nietaktowne pytanie, na które, być może, jeszcze przyjdzie czas.
- To w sumie tutaj - wskazał głową na niewielki zbiornik wody, stworzony ze strumyka - Za każdym razem jak tu przychodzę woda pochłania trochę więcej terenu, ostatnio nie było tego małego wodospadu. - przyznał, zawiadamiając również, że to właśnie tutaj zmierzali.
Ciężar słów spowodował, że zaschło mu w gardle. Młody Malfoy zamiótł każdą z młodzieńczych traum pod dywan, potem na niego wszedł i upewnił się, że zmieniły się w drobny pył, aby już nigdy nie musiał się nimi zajmować. Niestety, wciąż wciągał drobinki z powietrzem, którym dzień w dzień oddychał, a one opadały mu ciężko na płucach, gromadząc się na nich i innych, ważnych organach, aby pewnego dnia przygnieść całość osoby Elliotta, aby przypomnieć mu o strachu przed ojcem, o łaknięciu chociaż odrobiny uwagi od matki i szczerej nienawiści do siostry bliźniaczki. Świnie, w tym wszystkim, były czubkiem góry lodowej, której znaczna większość znajdowała się w głębi ciemnego oceanu. Przykrył wszystkie swoje lęki, obawy, chęci, ambicje, szczere emocje pod warstwą śniegu, a nie mając w życiu nikogo, kto ciepłym słowem byłby w stanie chociaż skruszyć warstwę, pod którą sczezły młodociane aspiracje, pozwalał im zalegać na dnie, jak zawilgotniałej kupce liści późną jesienią na ganku. Każdy promień słoneczny, który mógłby chociaż odrobinę roztopić nagromadzoną warstwę lodu, traktował jak niebezpieczeństwo, odchodził na parę kroków, dystansował się, a jeżeli już pozwalał sobie, aby ogrzać się ogniem, był to najczęściej płomień palonego mostu, zwłaszcza po tym, gdy jeden z nich zawalił się nie z jego inicjatywy. Odejście Perseusa wciąż odbijało się w jego głowie nieprzyjemnym echem, jakby ktoś uderzał metalową pałką o żelazne pręty bramy do Malfoy Manor i czekał, aż któryś z domowników usłyszy. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego z Erikiem jest inaczej. Dlaczego każde płynące od niego, przyjemne słowo sprawiało, że serce biło Elliottowi szybciej, wyrywało się z klatki piersiowej, spragnione uwagi i opieki, która mu się należała. Nie miał wystarczająco woli, aby je powstrzymywać, chociaż bronił się ostatkami sił przed konsekwencjami tego, że nie wykonał kroku w tył, ze zamiast niego stał nad krawędzią i z chęcią wkładał ręce do nurtu rzeki, która miała porwać go całego, sprawić, że samotne wieczory, twarda obojętność będą tylko niemiłym wspomnieniem. Ale czy na pewno należało mu się szczęście? Po tym co zrobił, jakim człowiekiem się stał i wciąż, powoli stawał? Patrząc w lustro nie widział już rozhisteryzowanego, zawiedzionego koleją rzeczy czternastolatka, a dorosłego mężczyznę ze zobojętniałym spojrzeniem i twarzą wyciosaną w kamieniu. Nigdy nie spodziewał się, że pójście w ślady ojca przyjdzie mu z taką ulgą, że zatraci się w kłamstwie, które stworzył tylko po to, aby bronić się przed otaczająca rzeczywistością.
- Fatamorgana to dobra opcja. Już wiemy o jednej anomalii w postaci krów alfa pasących się na tutejszych pastwiskach, czym jeszcze zaskoczy nas niepozorna, zabita deskami dziura pod Londynem? - modulacja głosem doprowadziła do oczekiwanego skutku, w którym Malfoy brzmiał jakby właśnie czytał nagłówek jakiejś naprawdę infantylnej gazety plotkarskiej żerującej na wierzących w teorię spiskowe ludziach.
Nieobecnym spojrzeniem wrócił do rozmówcy, odrobinę przepraszająco marszcząc brwi, bo nie był pewien na jak długo zamilkł. Każda podróż do miejsc, w których przetrzymywał wspomnienia z młodości była długa i krępa, kosztowała go dużo energii emocjonalnej, więc starał się je ograniczać, jak tylko mógł. W momencie, jednak, gdy rozmawiał z kimś, kto z własnej, nieprzymuszonej woli go chwalił, siłą rzeczy wrzucało go to w wir przemyśleń, czy aby na pewno nie stawia kroku na grząskim gruncie. Każde spojrzenie na Erika fundowało mu jednak bardzo szybkie sprostowanie wątpliwości, podsumowując je jednym zdaniem 'Może warto w końcu przestać uciekać?'
Nie uciekła za to jego uwadze reakcja Longbottoma na rozłączenie ich dłoni, przynajmniej odwrócenie spojrzenia. Nie mógł zaprzeczyć, że czuli się tak samo skrępowani, ale w sercu kiełkowała mu nadzieja, że dzieje się tak z powodu wspólnej chęci wylądowania we własnych ramionach. Była to przyjemna myśl, która wystarczajaco popychała go, aby powoli drążyć tę sprawę, spychawszy na bok wszystkie inne wątpliwości i przestrogi własnego umysłu. Co by było jakby nie zabrał ręki, czy obydwaj zdecydowaliby się na nie wspomnienie o tym fakcie, zupełnie jak o momencie słabości związanego ze świniami? Trochę pożałował, że to zrobił, może teraz tez miałby dłoń w kieszeni płaszcza Erika? Złapał się na tym, że zapatrzył się na jego usta, myśląc o tym jak przyjemnie rozbudzającym byłoby dotknąć parodniowego zarostu na policzkach.
- Ja Ciebie też czasami potrzebuje więcej - słowa zdawały się dzisiaj jego wrogami, wypływały spomiędzy warg wbrew myślom. Obydwoje byli w tej rozmowie jak zagubione dzieci, którym należało wskazać kierunek, aby złapały się za rączkę i spokojnie wróciły do domu, ale niestety, nie było żadnej osoby trzeciej, aby wydawała instrukcje. Przełknął ślinę - Twojego wkładu, mam na myśli. Widziałeś w jaki sposób pracuje, rozmawialiśmy o tym jak dwie osoby mogą funkcjonować razem, jak naoliwiona maszyna, doceniając swoje różnice - szybko przytoczył rozmowę ze swojego gabinetu w Ministerstwie Magii, wypowiadając ją praktycznie na jednym wydechu, zupełnie jakby się bał, że na kolejne słowa zabraknie czasu. Uśmiechnął się blado, aby samego siebie zapewnić o tym, że brzmiał przekonująco. Nie często się zdarzało, że tracił rezon, a dzisiejsze wyjście było passą wrzucania się pod autobus, tylko po to, aby poczuć cokolwiek więcej poza codziennym, szarym zobojętnieniem.
- Nie, nie. W porządku - machnął ręką w bardzo teatralnym geście, jakby stwierdził, że takie wyznanie o pojedynkach to dla niego błahostka - Nie musisz się przecież tłumaczyć, rozumiem, że tak wprawiona w pojedynkach i zaklęciach osoba jak ty chcę bronić kogoś takiego, jak ja. Sam przecież powiedziałeś, że potrzebujesz mojej logiki, czyż nie? Jak miałbyś ją dostać jakby ktoś nagle mnie spetryfikował? - przemienił to wyznanie w żart, uśmiechając się chochliczo pod nosem, zupełnie jakby przed sekundą sam nie palnął podobnej gafy, którą Erik mógł teraz wykorzystać na swoją korzyść.
Dzień zaczynał się powoli rozjaśniać, a przez gałęzie drzew wpadały do zagajnika promienie słoneczne, ironicznie układając się w świetlistą aureolę przy jasnych włosach Elliotta. Zaraz jednak cały blask zabrał niewielki zbiornik wodny, który teraz był poszerzony nawet o mały wodospadzik. Szum wody wypełniał niewielkie półkole, na którym stali, nie wychodził zbytnio poza obszar lasku. Można by poczuć, ze to miejsce miało swój własny, przyjemny ekosystem, przebiśniegi wykwitały tu tłumnie, powodując, że zielenie i brąze lasu były rozjaśnione nie tylko promieniami słońca, ale też białymi płatkami kwiatów.
- Jeżeli chcesz zobaczyć jak całą swoją determinacją dążę do jednego celu wystarczy przyjść na obiad rodzinny, na ktorym staram się nie zadusić siostry i jednocześnie nie zakneblować ojca, to wymaga ode mnie chyba najwięcej skupienia w całym życiu. Rozprawy w Wizengamocie to przy tym pestka, uwierz mi - parsknął, chcąc rozluźnić nieco atmosferę, bo czuł jej ciężar na swoich barkach. Jednocześnie pozwolił sobie na trochę więcej uśmiechu, bo w niebieskich oczach zatańczyły mu iskierki zadowolenia, gdy spostrzegł wyraz twarzy Longbottoma. Fakt, drugi z mężczyzn uśmiechał się częściej, ale nie znaczyło to, ze Elliott nie mógł doceniać każdego z tych pozytywnych grymasów. Sam chciał być powodem, przez którym Erik czuje się dobrze, to też wpływało na ogólny nastrój sytuacji, poniekąd odrobinę poddawało go kontemplacji na temat relacji, bo zazwyczaj to on chciał być osobą w centrum, a teraz zapragnął oddać trochę uwagi drugiej stronie, czy tak właśnie, od zawsze powinny działać tego typu sprawy? Nie wiedział.
- Znam Castiela, jest dobry w tym, co robi. Jeżeli nie najlepszy, z tych wszystkich osób, które mamy do wyboru w Londynie - przyznał bez zawahania, chcąc też swoją opinią dodać rozmówcy otuchy, pokazać, że w jego opinii Flint również jest zaufanym specjalistą. Erik wydawał się zmartwiony przeprowadzeniem eksperymentu, nie dziwił mu się. Likantropia była trudnym tematem, zmiana w dzikie zwierzę, nad którego czynami się nie panowało... Elliott nie mógł sobie tego wyobrazić. Ugryzł się w język, gdy chciał zapytać, już pare razy, jak Erik się czuje po przemianach, przed, w trakcie. Uważał to za niesamowicie nietaktowne pytanie, na które, być może, jeszcze przyjdzie czas.
- To w sumie tutaj - wskazał głową na niewielki zbiornik wody, stworzony ze strumyka - Za każdym razem jak tu przychodzę woda pochłania trochę więcej terenu, ostatnio nie było tego małego wodospadu. - przyznał, zawiadamiając również, że to właśnie tutaj zmierzali.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦