01.12.2024, 15:00 ✶
Leżeli w łóżku otoczeni ciszą, w której słychać było jedynie delikatny szum fal rozbijających się o brzeg i brzmienie przyspieszonych oddechów. Ciało przy ciele, splątani w kradzionych pocałunkach, które nigdy nie powinny mieć tego gorzkawego smaku, bo przecież kiedyś brali je za pewnik. Miały być ich i tylko ich.
Zawsze, na zawsze, czemu to stało się wyłącznie pustymi słowami rzuconymi na wiatr, który szarpał nimi wokół nadmorskich głazów, zamieniając je w demoniczne, zawodzące echa przeszłości?
Niegdyś nie musieli zachowywać się jak intruzi w swoim własnym świecie. Tak, jakby każdy zbyt pochopny ruch i słowo wypowiedziane bez baczenia miały zniszczyć wszystko, co wydawało im się, że znowu odzyskali, nawet jeśli tylko po to, żeby zaraz ponownie to utracić.
Właśnie w tej chwili pragnął, aby czas się zatrzymał, żeby mogli trwać w tej chwili wiecznie. Choć wiedział, że za chwilę wszystko się skończy, podświadomie chciał, by ten moment trwał jak najdłużej. By mogli tak po prostu jeszcze przez jakiś czas trwać ze sobą w już dawno nieistniejącym świecie. Na zgliszczach przeszłości, które teraz przez moment była znowu teraźniejszością.
W obrazie zawieszonym w chwili, w której wszystko było jeszcze dobrze. W domu, którym zawsze istnieli tylko oni dwoje, gdzie czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Tu, gdzie to, co działo się w tej sypialni nad morzem, było po prostu rzeczywistością, którą odbudowywali cegiełka po cegiełce, dotyk po dotyku. Nie tym, co miało pozostać ich tajemnicą, ich chwilą bez powrotu.
A jednak to wszystko było ułudą. Słońce wspinające się po horyzoncie było tego dowodem. Czas wcale nie stanął. Teraźniejszość nie była przeszłością. Ich ciała znajdowały się blisko siebie a mimo to dzieliła ich przeszłość, której nie dało się cofnąć. Nie, skoro było już za późno, żeby cokolwiek zmieniać.
Może, gdyby chodziło o kogoś innego, kto pojawiłby się gdzieś tam wyłącznie w plotkach i pogłoskach, Ambroise poczułby się usprawiedliwiony, żeby zrobić cokolwiek, by zweryfikować rzeczywistość. Gdyby chodziło o człowieka, którego mógłby szczerze nienawidzić. Mendę społeczną, degenerata, brutala czy ćpuna bez odrobiny samokontroli, wtedy coś by w nim wezbrało i wylało się falą niepokoju i wściekłości.
Jednakże nie chodziło. Jego obiekt szczerej antypatii był ze wszech miar idealny. Perfekcyjny do porzygu. Bogaty jak mało kto, dobrze urodzony, doskonale wychowany, przyciągający wszelkie panny i przyprawiający ich matki o palpitacje serca na myśl, że mógłby być ich zięciuniem. Najprawdziwsza idealna partia, więc trafiła w dobre ręce, prawda?
W najlepsze, w jakie mogła trafić. Zwłaszcza słysząc te wszystkie pogłoski i plotki, wszelkie opinie i komentarze dotyczące tego, jak przeurocza historia się tam wydarzyła. Przyjaciele z dzieciństwa zostali towarzyskim tematem półrocza.
Rzygał tym, ale nie rościł sobie praw do interwencji, bo jakże mógłby interweniować w przypadku kogoś kto był wręcz lukrowanie idealny? Nie było lepszego kandydata. To sprawiało, że jeszcze bardziej zaciskał zęby i brnął do przodu w swoje sprawy, bo przecież Geraldine momentalnie zaczęła robić to jako pierwsza. Nie miała problemu, żeby zmienić swoją narrację, żyć pełnią nowego życia. Życia bez niego.
Błyskawicznie stało się to, czego zawsze gdzieś tam podświadomie się obawiał. Oficjalność, uczestnictwo we wszystkich wydarzeniach socjety. Ambroise doskonale pamiętał jak to było wcześniej, przed nimi, że wtedy w głównej mierze towarzyszyła ojcu. Teraz już nie. Później pojawiły się kolejne informacje, jeszcze więcej policzków prosto w ryj.
Przypomniał sobie, jak bardzo ją kochał, jak bardzo pragnął, by wszystko potoczyło się inaczej. Choć czy tak naprawdę w którymkolwiek momencie o tym zapomniał? Nie. Dusił się tym, macerował się w całym swoim rozgoryczeniu. Z czasem zaczynając umieć z tym żyć.
Rozstanie, które przecież było konieczne, z początku było dla niego jedynie źródłem bólu, później stało się czymś więcej. Pretekstem do tego, żeby nigdy więcej nie powtórzyć błędu wpuszczenia kogoś do swojego życia.
Miał rację, gdy przez wiele lat twierdził, że nie nadawał się do tego, żeby budować z kimś życie. To nie były stracone lata, nie chciał ich zapomnieć. Czasami ciemnymi nocami zdarzało mu się myśleć o tym, że chciałby cofnąć czas, zmienić bieg zdarzeń, ale wiedział, że to niemożliwe.
Nie chodziło wyłącznie o tamten wiosenny poranek. Jak na ironię całkiem podobny do tego teraz, tyle tylko, że bez ostatnich śladów zalegającego śniegu, lecz o coś sięgającego głębiej i dalej. Znacznie ponad wszystko, co mógłby powiedzieć. Nie potrafił tego wyjaśnić, nawet nie próbował. Ani wtedy w liście, ani przez te długie miesiące, kiedy wielokrotnie był bliski złamania się, przynajmniej zanim dotarły do niego wieści o zaręczynach Yaxleyówny, ani nawet teraz.
I mimo to, nie potrafił odwrócić się od niej, od tej chwili, która wydawała się być jedyną prawdziwą rzeczywistością. Każde spojrzenie, każdy dotyk, były jak ponowne zanurzenie się w utraconym życiu a nie przypomnienie o chwilach, które spędzili razem, a które były jedynie echem w ich umysłach. Nie wiedział, kiedy to się rozmyło, ale tego nie kwestionował.
Każdy moment spędzony obok niej był dla niego bezcenny, a ich bliskość sprawiała, że faktyczna, ta prawdziwa rzeczywistość traciła na znaczeniu. W tej chwili liczyli się tylko oni. Dwie dusze, które wciąż pragnęły siebie nawzajem.
Każdy ich dotyk był jak słowo, które nie zostało nigdy wypowiedziane, a jednak mimo to zostało zrozumiane. W tym poranku ich serca biły w jednym rytmie a świat zewnętrzny przestał istnieć. Uczucie jej ciała pod dotykiem jego palców było jak powrót do domu.
Z każdym przyciągnięciem ciała Geraldine, odpychał od siebie przypomnienie, że ten dom mógł być, miał być tylko chwilowy. Wiedział, że ta chwila będzie miała swoje konsekwencje, że będą musieli się rozstać, pożałuje tego, koszt będzie ogromny, ale to się nie liczyło. Już nie. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Te kilka chwil, które mieli, lgnąc do siebie nawzajem, jakby nie liczyło się nic innego.
Jego dłoń delikatnie zjechała po jej ramieniu, badając gładką skórę, jakby chciał zapamiętać każdy centymetr jej ciała. Bo przecież tak było. Chciał ją ponownie odkryć, wybadać wszystkie te zmiany, zapisać je w swojej pamięci. Dotyk był powolny, czubki palców ledwo dotykały ciała Geraldine.
Kiedy odpowiedziała na jego dotyk, przesuwając palcami po jego szyi a potem wplatając je w jego włosy, zatopił wzrok w jej oczach, które błyszczały jak niebo w słoneczny dzień. Przez ulotny moment czuł, że to, co ich ponownie połączyło było silniejsze niż wszystko, co ich kiedykolwiek dzieliło.
Odwzajemniał jej spojrzenie, czując jak jej dłoń delikatnie wędruje po jego ciele. Łapiąc ją na kilka sekund i przyciskając sobie do warg. Skóra była gładka i ciepła, pachniała znajomo, jakby nic się nie zmieniło. Ucałował wierzch ręki Riny nim ponownie ją opuścił, pozwalając jej i sobie na to, aby ruchy stały się bardziej chaotyczne, pełne żaru.
Jego palce przesuwały się wzdłuż jej pleców, delikatnie badając krągłości, które kiedyś były mu tak dobrze znane. Z każdą chwilą, z każdym pocałunkiem ich pragnienie rosło. Kiedy ich ciała zbliżały się do siebie, czuł się jak w transie.
Każdy dotyk był jak płomień, który rozprzestrzeniał się po jego ciele wywołując pragnienie i tęsknotę za czymś więcej.
Wiedział, że nie może jej zatrzymać, ale w tej chwili miał ją na wyłączność. Była jego, a on był jej. Te kilka chwil było wszystkim, co mieli. To nie był czas na myślenie o później.
Zostań. Zostanę. Zostańmy.
Teraz, minutę, pięć minut, godzinę, dzień. Tyle ile to będzie możliwe. Tak długo jak złudzenie będzie trwać.
Zatapiali się w sobie, pozwalając, żeby to, co się między nimi działo stawało się coraz bardziej żarliwe. Był świadomy, że ta chwila nie potrwa długo, że czas i podjęte decyzje ich rozdzielą, ale nie potrafił się powstrzymać przed oddaniem się temu uczuciu.
Czuł, jak jej ciało reaguje na jego dotyk, jak delikatnie się w nim zapada, jakby pragnęła zniknąć w jego ramionach. Jak jej nogi oplatają go ciaśniej, bez słów dając mu do zrozumienia, że jakiekolwiek zwlekanie nie było już czymś, czego potrzebowała. On też nie. Chciał jej tu i teraz, ona chciała jego. A przecież oboje zawsze wyciągali ręce po to, co należało do nich.
W tej sypialni, nad morzem, w blasku porannego słońca, mieli siebie nawzajem. Swoje rozdrgane ciała, przyspieszone oddechy. Ten moment, w którym pierwszy raz od tak dawna wreszcie zrobił to, czego tak naprawdę pragnął. Wyciągnął ku niej ręce, wziął ją, zagarnął dla siebie i tylko dla siebie, mrucząc w wargi Geraldine, gdy stopili się ze sobą w uścisku. I to wystarczało.
Zawsze, na zawsze, czemu to stało się wyłącznie pustymi słowami rzuconymi na wiatr, który szarpał nimi wokół nadmorskich głazów, zamieniając je w demoniczne, zawodzące echa przeszłości?
Niegdyś nie musieli zachowywać się jak intruzi w swoim własnym świecie. Tak, jakby każdy zbyt pochopny ruch i słowo wypowiedziane bez baczenia miały zniszczyć wszystko, co wydawało im się, że znowu odzyskali, nawet jeśli tylko po to, żeby zaraz ponownie to utracić.
Właśnie w tej chwili pragnął, aby czas się zatrzymał, żeby mogli trwać w tej chwili wiecznie. Choć wiedział, że za chwilę wszystko się skończy, podświadomie chciał, by ten moment trwał jak najdłużej. By mogli tak po prostu jeszcze przez jakiś czas trwać ze sobą w już dawno nieistniejącym świecie. Na zgliszczach przeszłości, które teraz przez moment była znowu teraźniejszością.
W obrazie zawieszonym w chwili, w której wszystko było jeszcze dobrze. W domu, którym zawsze istnieli tylko oni dwoje, gdzie czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Tu, gdzie to, co działo się w tej sypialni nad morzem, było po prostu rzeczywistością, którą odbudowywali cegiełka po cegiełce, dotyk po dotyku. Nie tym, co miało pozostać ich tajemnicą, ich chwilą bez powrotu.
A jednak to wszystko było ułudą. Słońce wspinające się po horyzoncie było tego dowodem. Czas wcale nie stanął. Teraźniejszość nie była przeszłością. Ich ciała znajdowały się blisko siebie a mimo to dzieliła ich przeszłość, której nie dało się cofnąć. Nie, skoro było już za późno, żeby cokolwiek zmieniać.
Może, gdyby chodziło o kogoś innego, kto pojawiłby się gdzieś tam wyłącznie w plotkach i pogłoskach, Ambroise poczułby się usprawiedliwiony, żeby zrobić cokolwiek, by zweryfikować rzeczywistość. Gdyby chodziło o człowieka, którego mógłby szczerze nienawidzić. Mendę społeczną, degenerata, brutala czy ćpuna bez odrobiny samokontroli, wtedy coś by w nim wezbrało i wylało się falą niepokoju i wściekłości.
Jednakże nie chodziło. Jego obiekt szczerej antypatii był ze wszech miar idealny. Perfekcyjny do porzygu. Bogaty jak mało kto, dobrze urodzony, doskonale wychowany, przyciągający wszelkie panny i przyprawiający ich matki o palpitacje serca na myśl, że mógłby być ich zięciuniem. Najprawdziwsza idealna partia, więc trafiła w dobre ręce, prawda?
W najlepsze, w jakie mogła trafić. Zwłaszcza słysząc te wszystkie pogłoski i plotki, wszelkie opinie i komentarze dotyczące tego, jak przeurocza historia się tam wydarzyła. Przyjaciele z dzieciństwa zostali towarzyskim tematem półrocza.
Rzygał tym, ale nie rościł sobie praw do interwencji, bo jakże mógłby interweniować w przypadku kogoś kto był wręcz lukrowanie idealny? Nie było lepszego kandydata. To sprawiało, że jeszcze bardziej zaciskał zęby i brnął do przodu w swoje sprawy, bo przecież Geraldine momentalnie zaczęła robić to jako pierwsza. Nie miała problemu, żeby zmienić swoją narrację, żyć pełnią nowego życia. Życia bez niego.
Błyskawicznie stało się to, czego zawsze gdzieś tam podświadomie się obawiał. Oficjalność, uczestnictwo we wszystkich wydarzeniach socjety. Ambroise doskonale pamiętał jak to było wcześniej, przed nimi, że wtedy w głównej mierze towarzyszyła ojcu. Teraz już nie. Później pojawiły się kolejne informacje, jeszcze więcej policzków prosto w ryj.
Przypomniał sobie, jak bardzo ją kochał, jak bardzo pragnął, by wszystko potoczyło się inaczej. Choć czy tak naprawdę w którymkolwiek momencie o tym zapomniał? Nie. Dusił się tym, macerował się w całym swoim rozgoryczeniu. Z czasem zaczynając umieć z tym żyć.
Rozstanie, które przecież było konieczne, z początku było dla niego jedynie źródłem bólu, później stało się czymś więcej. Pretekstem do tego, żeby nigdy więcej nie powtórzyć błędu wpuszczenia kogoś do swojego życia.
Miał rację, gdy przez wiele lat twierdził, że nie nadawał się do tego, żeby budować z kimś życie. To nie były stracone lata, nie chciał ich zapomnieć. Czasami ciemnymi nocami zdarzało mu się myśleć o tym, że chciałby cofnąć czas, zmienić bieg zdarzeń, ale wiedział, że to niemożliwe.
Nie chodziło wyłącznie o tamten wiosenny poranek. Jak na ironię całkiem podobny do tego teraz, tyle tylko, że bez ostatnich śladów zalegającego śniegu, lecz o coś sięgającego głębiej i dalej. Znacznie ponad wszystko, co mógłby powiedzieć. Nie potrafił tego wyjaśnić, nawet nie próbował. Ani wtedy w liście, ani przez te długie miesiące, kiedy wielokrotnie był bliski złamania się, przynajmniej zanim dotarły do niego wieści o zaręczynach Yaxleyówny, ani nawet teraz.
I mimo to, nie potrafił odwrócić się od niej, od tej chwili, która wydawała się być jedyną prawdziwą rzeczywistością. Każde spojrzenie, każdy dotyk, były jak ponowne zanurzenie się w utraconym życiu a nie przypomnienie o chwilach, które spędzili razem, a które były jedynie echem w ich umysłach. Nie wiedział, kiedy to się rozmyło, ale tego nie kwestionował.
Każdy moment spędzony obok niej był dla niego bezcenny, a ich bliskość sprawiała, że faktyczna, ta prawdziwa rzeczywistość traciła na znaczeniu. W tej chwili liczyli się tylko oni. Dwie dusze, które wciąż pragnęły siebie nawzajem.
Każdy ich dotyk był jak słowo, które nie zostało nigdy wypowiedziane, a jednak mimo to zostało zrozumiane. W tym poranku ich serca biły w jednym rytmie a świat zewnętrzny przestał istnieć. Uczucie jej ciała pod dotykiem jego palców było jak powrót do domu.
Z każdym przyciągnięciem ciała Geraldine, odpychał od siebie przypomnienie, że ten dom mógł być, miał być tylko chwilowy. Wiedział, że ta chwila będzie miała swoje konsekwencje, że będą musieli się rozstać, pożałuje tego, koszt będzie ogromny, ale to się nie liczyło. Już nie. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Te kilka chwil, które mieli, lgnąc do siebie nawzajem, jakby nie liczyło się nic innego.
Jego dłoń delikatnie zjechała po jej ramieniu, badając gładką skórę, jakby chciał zapamiętać każdy centymetr jej ciała. Bo przecież tak było. Chciał ją ponownie odkryć, wybadać wszystkie te zmiany, zapisać je w swojej pamięci. Dotyk był powolny, czubki palców ledwo dotykały ciała Geraldine.
Kiedy odpowiedziała na jego dotyk, przesuwając palcami po jego szyi a potem wplatając je w jego włosy, zatopił wzrok w jej oczach, które błyszczały jak niebo w słoneczny dzień. Przez ulotny moment czuł, że to, co ich ponownie połączyło było silniejsze niż wszystko, co ich kiedykolwiek dzieliło.
Odwzajemniał jej spojrzenie, czując jak jej dłoń delikatnie wędruje po jego ciele. Łapiąc ją na kilka sekund i przyciskając sobie do warg. Skóra była gładka i ciepła, pachniała znajomo, jakby nic się nie zmieniło. Ucałował wierzch ręki Riny nim ponownie ją opuścił, pozwalając jej i sobie na to, aby ruchy stały się bardziej chaotyczne, pełne żaru.
Jego palce przesuwały się wzdłuż jej pleców, delikatnie badając krągłości, które kiedyś były mu tak dobrze znane. Z każdą chwilą, z każdym pocałunkiem ich pragnienie rosło. Kiedy ich ciała zbliżały się do siebie, czuł się jak w transie.
Każdy dotyk był jak płomień, który rozprzestrzeniał się po jego ciele wywołując pragnienie i tęsknotę za czymś więcej.
Wiedział, że nie może jej zatrzymać, ale w tej chwili miał ją na wyłączność. Była jego, a on był jej. Te kilka chwil było wszystkim, co mieli. To nie był czas na myślenie o później.
Zostań. Zostanę. Zostańmy.
Teraz, minutę, pięć minut, godzinę, dzień. Tyle ile to będzie możliwe. Tak długo jak złudzenie będzie trwać.
Zatapiali się w sobie, pozwalając, żeby to, co się między nimi działo stawało się coraz bardziej żarliwe. Był świadomy, że ta chwila nie potrwa długo, że czas i podjęte decyzje ich rozdzielą, ale nie potrafił się powstrzymać przed oddaniem się temu uczuciu.
Czuł, jak jej ciało reaguje na jego dotyk, jak delikatnie się w nim zapada, jakby pragnęła zniknąć w jego ramionach. Jak jej nogi oplatają go ciaśniej, bez słów dając mu do zrozumienia, że jakiekolwiek zwlekanie nie było już czymś, czego potrzebowała. On też nie. Chciał jej tu i teraz, ona chciała jego. A przecież oboje zawsze wyciągali ręce po to, co należało do nich.
W tej sypialni, nad morzem, w blasku porannego słońca, mieli siebie nawzajem. Swoje rozdrgane ciała, przyspieszone oddechy. Ten moment, w którym pierwszy raz od tak dawna wreszcie zrobił to, czego tak naprawdę pragnął. Wyciągnął ku niej ręce, wziął ją, zagarnął dla siebie i tylko dla siebie, mrucząc w wargi Geraldine, gdy stopili się ze sobą w uścisku. I to wystarczało.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down