To nie ulegało wątpliwościom – że świat był spierdolony. Jak nie mógł być, skoro rodzice poświęcali własne dzieci w imię… zasad? Tradycji? Gdzie ich odrębność, pragnienia i własne preferencje znaczyły mniej niż pyłek na wietrze. Gdzie ojciec oddawał swojego jedynego syna, wiedząc, że w praktyce ten zginie i choć odrodzi się na nowo, to nie będzie już taki sam? Ich obojga spotkało tak dużo złych rzeczy, że nie trzeba było nikogo przekonywać, jak bardzo zły jest to świat. Tym bardziej znalezienie takiego dobrego miejsca, to było coś ważnego, cennego. Budowanie kawałka świata czystego, dobrego, łagodnego – czyż nie było to ważne? Potrzebne? Zwykle, by dojść do takich wniosków, należy przeżyć na własnej skórze coś bardzo złego i to wszystko zrozumieć: jak bardzo jest to potrzebne. Więc Victoria starała się tworzyć takie miejsce tutaj, w tym mieszkaniu, a swoje połamane serce próbowała jakoś pozbierać i poskładać, skleić, tak. Zarysowany człowiek był tym piękniejszy, bo został ukształtowany przez doświadczenia, nie był idealny. Sauriel za to był bardzo zarysowany, połamany, sklejony i połamany znowu. Spod tych kawałków prześwitywało jednak światło i było tym lepiej widoczne, że wokół czaiła się ciemność.
Pojaśniała trochę, kiedy on tak prychnął, a potem zaczął śmiać. Jej uśmiech nie był już teraz jakimś widmem czającym się w kącikach ust, a był całkiem mocno widoczny – bo aż tak rozbawić Sauriela wcale nie było tak łatwo. Zwykle uśmiechał się krzywo, arogancko, albo miał wykrzywioną w niezadowoleniu facjatę – z tych jego minek to można było czytać, oj czytać. Byłby dobrym aktorem: bo miał bogatą mimikę. Był to bardzo chimeryczny kot, bo przeszli dzisiaj przez różne stadia jego humoru, Victoria za to doceniała, że nie uciekł, kiedy mógł i chciał, że przeczekał to, a teraz śmiał się w głos z jej totalnie idiotycznego żartu z majtkami.
– Nie wiedziałam, że masz taki fetysz – to oczywiście też był żart wypowiedziany z sarkazmem. – Przebieranki w jakieś tandetne ciuszki. Trzeba było powiedzieć. Możesz założyć taką chujową kominiarkę, a ja tamten jakże gustowny mundur brygadzistki, gdzieś chyba został – parsknęła, bo w sumie to nie mówiła do końca poważnie, ale prawda była taka, że jedno i drugie było chyba podobnej jakości.
– A nie macie połączenia kominkiem? Żeby przez kominek pownosić rzeczy? – czemu miał to wszystko nosić…? – Albo hmm teleportacją? – ona przynajmniej tak właśnie robiła, no przecież nie zamierzała paradować z pakunkami po ulicy, żeby ludzie bardziej o niej plotkowali niż już ma to miejsce. – Nie dostałeś jeszcze kluczy? – zachichotała na to, jak nazwał Josepha starym, bo miało to w gruncie rzeczy dwa znaczenia… I było to nawet urocze. Jak z nienawiści przeszło to do, hmm… jakiejś akceptacji? Nawet może cienia sympatii?
To chyba był rumieniec, leciutki, bo poczuła ciepło na twarzy – ale nie takie… żeby rzeczywiście było jej ciepło. Faktem było jednak, że róż lekko wpełzł na policzki, gdy została nazwana z taką czułością.
– Okej, to dobrze.