02.12.2024, 00:59 ✶
Eden zamarła w połowie kolejnego zbolałego ruchu okraszonego dramatycznym westchnięciem, gdy kątem oka dostrzegła Millie w progu. Trzeźwość uderzyła ją jak wiadro zimnej wody, momentalnie wypłukując resztki kaca i rozmywając ospałość, która jeszcze chwilę temu wydawała się nie do pokonania. Skrzywiła się lekko, nie podnosząc od razu wzroku, jakby to miało sprawić, że Moody rozpłynie się w powietrzu. Niestety, to nie działało.
- Fantastycznie - mruknęła półgłosem, niemal do siebie, i zanim jeszcze zdążyła się w ogóle napić, odstawiła kubek wręczony właśnie przed Brennę na stolik. Zmarszczyła brwi, próbując nadać swojej twarzy neutralny wyraz, choć czuła, jak pod skórą narasta napięcie. - Nie musisz się tłumaczyć, wiem, że mnie nie wyganiasz. Ty nie potrafisz być subtelna - odpowiedziała chyba nieco bardziej oskarżycielsko niż planowała, przez co usłyszawszy brzmienie własnego tonu, jęknęła z bólu i niezadowolenia. Świetnie szło naprawianie spalonych mostów, powinszować.
Słowa były ostre, jak zawsze, ale coś w tonie Eden zdradzało jej wewnętrzną walkę. Nie było w niej typowej lekkości cynizmu, tylko coś bardziej przytłumionego - jakby jej własny sarkazm wywoływał ukłucie żalu. Odchrząknęła, próbując się opanować, i odwróciła wzrok na Brennę, która spokojnie dolewała sobie kawy, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło.
- Kefir? - zapytała, udając zdumienie i wywracając oczami w przerysowanym geście. - Koniecznie. Jeszcze poproszę o kromkę chleba ze smalcem, a potem zatańczymy oberka - zaszydziwszy, skrzywiła się prześmiewczo, ewidentnie nie mając zamiaru skusić się ani na jedno, ani na drugie. Odkąd tutaj Moody weszła, paranoicznie czuła na sobie jej palące spojrzenie i miała ochotę krzyczeć, gryźć tapicerkę kanapy ze złości. Proponowanie zapijania tego kefirem było co najmniej nie na miejscu, ale nie mogła wyjaśnić tego Brennie tak, aby dotrzeć do szczerego sedna.
Sięgnęła po kubek, unikając spojrzenia Millie, jakby skoncentrowanie się na kawie miało ją uratować przed rozmową, której zdecydowanie nie chciała prowadzić. Wiedziała, że Brenna obserwuje ją uważnie, ale starała się to ignorować. W końcu Longbottom zawsze była zbyt ciekawska jak na swój gust.
Pies zamerdał ogonem i podbiegł do Mildred, co Eden wykorzystała jako pretekst, by rzucić okiem na Moody, choć trwało to zaledwie sekundę. W tamtej chwili poczuła, jak coś ściska ją w środku - wyrzuty sumienia, które próbowała zepchnąć na dno, znów dawały o sobie znać. Zacisnęła usta i wróciła spojrzeniem do swojego kubka.
- Basilius może być straumatyzowany po wczoraj - powiedziała z przesadną nonszalancją, bawiąc się łyżeczką. - Spreparowany przez was los chciał, żeby pokarano go tańcem ze mną. Widziałam w jego oczach marzenie o ucieczce - wyjawiła z neutralnym wyrazem twarzy. Nie do końca wiedziała, jak miała nawiązywać nowe, zwyczajne znajomości, kiedy zła fama ją wyprzedzała.
Słowa były pełne ironii, ale w jej głosie zabrzmiała niepewność, której nie potrafiła zamaskować. Ręka lekko jej drgnęła, gdy postawiła kubek z powrotem na stole.
- Nie musisz halucynować kociołka, to raczej ja powinnam się przejść - mruknęła, nie patrząc na nikogo. - Chyba jest tu zbyt duszno. - Jej głos brzmiał twardo, ale coś w jej postawie zdradzało, że tak naprawdę chciała uciec. Od siebie, od Millie, od tego, co leżało niewypowiedziane pomiędzy nimi.
- Fantastycznie - mruknęła półgłosem, niemal do siebie, i zanim jeszcze zdążyła się w ogóle napić, odstawiła kubek wręczony właśnie przed Brennę na stolik. Zmarszczyła brwi, próbując nadać swojej twarzy neutralny wyraz, choć czuła, jak pod skórą narasta napięcie. - Nie musisz się tłumaczyć, wiem, że mnie nie wyganiasz. Ty nie potrafisz być subtelna - odpowiedziała chyba nieco bardziej oskarżycielsko niż planowała, przez co usłyszawszy brzmienie własnego tonu, jęknęła z bólu i niezadowolenia. Świetnie szło naprawianie spalonych mostów, powinszować.
Słowa były ostre, jak zawsze, ale coś w tonie Eden zdradzało jej wewnętrzną walkę. Nie było w niej typowej lekkości cynizmu, tylko coś bardziej przytłumionego - jakby jej własny sarkazm wywoływał ukłucie żalu. Odchrząknęła, próbując się opanować, i odwróciła wzrok na Brennę, która spokojnie dolewała sobie kawy, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło.
- Kefir? - zapytała, udając zdumienie i wywracając oczami w przerysowanym geście. - Koniecznie. Jeszcze poproszę o kromkę chleba ze smalcem, a potem zatańczymy oberka - zaszydziwszy, skrzywiła się prześmiewczo, ewidentnie nie mając zamiaru skusić się ani na jedno, ani na drugie. Odkąd tutaj Moody weszła, paranoicznie czuła na sobie jej palące spojrzenie i miała ochotę krzyczeć, gryźć tapicerkę kanapy ze złości. Proponowanie zapijania tego kefirem było co najmniej nie na miejscu, ale nie mogła wyjaśnić tego Brennie tak, aby dotrzeć do szczerego sedna.
Sięgnęła po kubek, unikając spojrzenia Millie, jakby skoncentrowanie się na kawie miało ją uratować przed rozmową, której zdecydowanie nie chciała prowadzić. Wiedziała, że Brenna obserwuje ją uważnie, ale starała się to ignorować. W końcu Longbottom zawsze była zbyt ciekawska jak na swój gust.
Pies zamerdał ogonem i podbiegł do Mildred, co Eden wykorzystała jako pretekst, by rzucić okiem na Moody, choć trwało to zaledwie sekundę. W tamtej chwili poczuła, jak coś ściska ją w środku - wyrzuty sumienia, które próbowała zepchnąć na dno, znów dawały o sobie znać. Zacisnęła usta i wróciła spojrzeniem do swojego kubka.
- Basilius może być straumatyzowany po wczoraj - powiedziała z przesadną nonszalancją, bawiąc się łyżeczką. - Spreparowany przez was los chciał, żeby pokarano go tańcem ze mną. Widziałam w jego oczach marzenie o ucieczce - wyjawiła z neutralnym wyrazem twarzy. Nie do końca wiedziała, jak miała nawiązywać nowe, zwyczajne znajomości, kiedy zła fama ją wyprzedzała.
Słowa były pełne ironii, ale w jej głosie zabrzmiała niepewność, której nie potrafiła zamaskować. Ręka lekko jej drgnęła, gdy postawiła kubek z powrotem na stole.
- Nie musisz halucynować kociołka, to raczej ja powinnam się przejść - mruknęła, nie patrząc na nikogo. - Chyba jest tu zbyt duszno. - Jej głos brzmiał twardo, ale coś w jej postawie zdradzało, że tak naprawdę chciała uciec. Od siebie, od Millie, od tego, co leżało niewypowiedziane pomiędzy nimi.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~