02.12.2024, 15:55 ✶
W miarę jak słońce przesuwało się po niebie a cień sunął po podłodze malując wzory na starych zakurzonych deskach, które niegdyś niemalże co weekend odzyskiwały swój blask. Wymyte, nie zakurzone jak teraz, pachniały dokładnie tym samym pomarańczowym środkiem do podłóg. Obecnie już praktycznie niewyczuwalnym w powietrzu. W sypialni pachniało morzem, kurzem i tą charakterystyczną nutą wspólnego poranka. Czymś, co wcale nie drażniło w nos tylko wywoływało nieco smutny, zmęczony uśmiech, bo...
...było im dobrze, prawda? Wtedy i teraz, jeszcze przez kilka chwil. Jak długo? Nie wątpił, że w tym bladym świetle świtu czuli się dobrze. Widział to po Geraldine, nie odsunął tego od siebie. Wspólnie podjęli tę decyzję. Razem we dwoje zatopili się we wspomnieniach tego, co kiedyś ich tu łączyło. Ulegli temu pociągowi i nostalgii, oddali się żarowi pożądania i nie spłonęli. Może wcale nie musieli spłonąć? Może mieli zrobić to już za kilka minut?
Czas płynął a słońce wciąż świeciło, wypełniając pokój złotym blaskiem. Było już późno. Z pewnością spali dłużej niż mogliby przewidywać. Nawet nie pamiętał, w którym momencie odpłynęli. Wiedział wyłącznie tyle, że obejmował ją przez cały ten czas, wybudzając się co chwilę i szukając ciepła ciała Yaxleyówny. Dowodu na to, że faktycznie im się udało. Wyszli stamtąd. Wrócili do domu, nawet jeśli wyłącznie na parę godzin.
On w myślach wrócił do wspólnych poranków, kiedy budzili się razem, nie mając pojęcia, co przyniesie nowy dzień, ale wiedząc, że cokolwiek się stanie, mieli coś, co nie zdarzało się często. Bywały chwile, kiedy wydawało mu się, że nie przetrwają burzy, ale mimo wszystko zawsze znajdowali drogę do siebie.
Wychodzili z tego, więc czemu przestali? W ciepłym świetle popołudnia zawieszonego w czasie, gdy kurtyna nostalgii jeszcze nie opadła, naprawdę się nad tym zastanawiał. Mimowolnie wracał pamięcią do tych wszystkich dni przed odsunięciem się z życia Riny. Przed tym jak od niej odszedł, sięgając jeszcze głębiej do tego, co za sobą wtedy zostawił.
Do tych wszystkich chwil, które były dla niego najcenniejsze. W których mogli być sobą, bez masek i udawania. Kiedy choć oboje wiedzieli, że życie nie zawsze miało być łatwe, potrafili ze sobą rozmawiać. Nie musieli milczeć, unikać swojego wzroku. Obawiać się tego, co mogło nadejść między nimi. Wystarczyło, że świat był skomplikowany i trudny, ich wspólne życie nie musiało takie być.
Jacy głupi wtedy byli. Jacy naiwni i młodzi. No, właśnie. Ambroise miał wrażenie, jakby od tamtego czasu wcale nie minęło kilkanaście miesięcy tylko długie dekady. To było zaledwie półtora roku. Zaledwie i aż. Całe wieki, aby uświadomić sobie, co wtedy porzucił, stracił i czego nie miał już odzyskać.
W powietrzu unosił się delikatny kurz, wirujący w promieniach słońca, każdy zakamarek sypialni krył w sobie echa przeszłości, ale w tej chwili nie wzbudzał w nim chęci wycofania się czy ucieczki przed widmami dawnych lat. Jeszcze wszystko było na swoim miejscu. W ich sypialni panowała błoga cisza przerywana jedynie odległym szumem fal i delikatnym szelestem liści, które poruszał łagodny wiatr.
Morze musiało uspokoić się, gdy spali. Fale widoczne na horyzoncie za oknem były znacznie niższe niż o poranku. Gdzieś tam trwał piękny pierwszy dzień września. Chyba, bo przecież zegarek nie działał (zresztą i tak nie pokazałby, ile przespali) a kalendarz na ścianie zatrzymał się na wiośnie siedemdziesiątego pierwszego.
Nie zmieniła go? Nie zerwała kartek? Nie zdjęła ze ściany? To zabolało. Ukłuło. Zupełnie tak, jakby powrócenie do Piaskownicy po dramacie nocy rzeczywiście przywołało ich to z powrotem do tamtej chwili, zanim wszystko rozsypało się w popiół i piach.
Nie mógł pozwolić sobie, aby tak na to patrzeć. W jego sercu nie mogła zatlić się nadzieja, że to popołudnie, pełne słońca i ciszy, stanie się dla nich nowym początkiem. Nie mogło nim być. Nawet w tych chwilach, kiedy wszystko wydawało się być w porządku, jakby mogli po prostu obudzić się w przeszłości i na nowo odnaleźć sens i cel. To była iluzja, która miała zniknąć. Pęknąć i wyparować.
Drgnął czując dotyk na swoim ramieniu, instynktownie odpowiadając mocniejszym uściskiem. Przesunął rękę, delikatnie obejmując Geraldine w talii, bez słowa przyciągając ją bliżej siebie. Nie potrzebował się odzywać, aby wyrazić to, co czuł, prawda? Aby ukraść jej jeszcze moment, zatapiając twarz w jasnych włosach i biorąc płytki oddech, gdy poczuł w nich ślady tamtej nocy.
Nie zmyli ich z siebie do końca. Byli w swoim małym świecie, gdzie wszystko było proste. W nadmorskim domu, gdzie czas płynął wolniej a problemy zdawały się być daleko za horyzontem, jednak pewne sprawy nadal pozostały z nimi. Między nimi.
Łatwo byłoby mu się łudzić, że ich splecione w miękkiej pościeli ciała mówiły więcej niż jakiekolwiek wypowiedziane zdanie. Zdawał sobie sprawę z tego, że już nie spała. Tamtym gestem, świadomym przyciągnięciem dziewczyny do siebie dał do zrozumienia, że on również nie. To była ich kolejna decyzja. Ta, by zachować tę ciszę, spróbować trwać w niej jeszcze tak długo jak to możliwe.
Wiedział. Oboje wiedzieli, że rzeczywistość miała dogonić ich prędzej czy później, więc nie musieli tego psuć. Nie, dopóki czas sam się o nich nie upomni. Szczególnie, że wcale nie chciał tego robić. Nie myślał o tym, by odchodzić, przynajmniej nie teraz. Jeszcze nie. Nie pragnął się stąd wymknąć, nie planował tego nawet przez moment, nawet jeśli miał możliwość, aby to zrobić.
Po prostu obejmował Geraldine, w dalszym ciągu nie otwierając oczu, ale pozwalając sobie na to, aby mieć ją dla siebie jeszcze przez chwilę. Powolnym ruchem przesuwając ustami po jej miękkiej szyi, składając na skórze pierwszy pocałunek. Później kolejny, równie delikatny i miękki. Kaskadę drobnych pocałunków bez jakichkolwiek słów.
...było im dobrze, prawda? Wtedy i teraz, jeszcze przez kilka chwil. Jak długo? Nie wątpił, że w tym bladym świetle świtu czuli się dobrze. Widział to po Geraldine, nie odsunął tego od siebie. Wspólnie podjęli tę decyzję. Razem we dwoje zatopili się we wspomnieniach tego, co kiedyś ich tu łączyło. Ulegli temu pociągowi i nostalgii, oddali się żarowi pożądania i nie spłonęli. Może wcale nie musieli spłonąć? Może mieli zrobić to już za kilka minut?
Czas płynął a słońce wciąż świeciło, wypełniając pokój złotym blaskiem. Było już późno. Z pewnością spali dłużej niż mogliby przewidywać. Nawet nie pamiętał, w którym momencie odpłynęli. Wiedział wyłącznie tyle, że obejmował ją przez cały ten czas, wybudzając się co chwilę i szukając ciepła ciała Yaxleyówny. Dowodu na to, że faktycznie im się udało. Wyszli stamtąd. Wrócili do domu, nawet jeśli wyłącznie na parę godzin.
On w myślach wrócił do wspólnych poranków, kiedy budzili się razem, nie mając pojęcia, co przyniesie nowy dzień, ale wiedząc, że cokolwiek się stanie, mieli coś, co nie zdarzało się często. Bywały chwile, kiedy wydawało mu się, że nie przetrwają burzy, ale mimo wszystko zawsze znajdowali drogę do siebie.
Wychodzili z tego, więc czemu przestali? W ciepłym świetle popołudnia zawieszonego w czasie, gdy kurtyna nostalgii jeszcze nie opadła, naprawdę się nad tym zastanawiał. Mimowolnie wracał pamięcią do tych wszystkich dni przed odsunięciem się z życia Riny. Przed tym jak od niej odszedł, sięgając jeszcze głębiej do tego, co za sobą wtedy zostawił.
Do tych wszystkich chwil, które były dla niego najcenniejsze. W których mogli być sobą, bez masek i udawania. Kiedy choć oboje wiedzieli, że życie nie zawsze miało być łatwe, potrafili ze sobą rozmawiać. Nie musieli milczeć, unikać swojego wzroku. Obawiać się tego, co mogło nadejść między nimi. Wystarczyło, że świat był skomplikowany i trudny, ich wspólne życie nie musiało takie być.
Jacy głupi wtedy byli. Jacy naiwni i młodzi. No, właśnie. Ambroise miał wrażenie, jakby od tamtego czasu wcale nie minęło kilkanaście miesięcy tylko długie dekady. To było zaledwie półtora roku. Zaledwie i aż. Całe wieki, aby uświadomić sobie, co wtedy porzucił, stracił i czego nie miał już odzyskać.
W powietrzu unosił się delikatny kurz, wirujący w promieniach słońca, każdy zakamarek sypialni krył w sobie echa przeszłości, ale w tej chwili nie wzbudzał w nim chęci wycofania się czy ucieczki przed widmami dawnych lat. Jeszcze wszystko było na swoim miejscu. W ich sypialni panowała błoga cisza przerywana jedynie odległym szumem fal i delikatnym szelestem liści, które poruszał łagodny wiatr.
Morze musiało uspokoić się, gdy spali. Fale widoczne na horyzoncie za oknem były znacznie niższe niż o poranku. Gdzieś tam trwał piękny pierwszy dzień września. Chyba, bo przecież zegarek nie działał (zresztą i tak nie pokazałby, ile przespali) a kalendarz na ścianie zatrzymał się na wiośnie siedemdziesiątego pierwszego.
Nie zmieniła go? Nie zerwała kartek? Nie zdjęła ze ściany? To zabolało. Ukłuło. Zupełnie tak, jakby powrócenie do Piaskownicy po dramacie nocy rzeczywiście przywołało ich to z powrotem do tamtej chwili, zanim wszystko rozsypało się w popiół i piach.
Nie mógł pozwolić sobie, aby tak na to patrzeć. W jego sercu nie mogła zatlić się nadzieja, że to popołudnie, pełne słońca i ciszy, stanie się dla nich nowym początkiem. Nie mogło nim być. Nawet w tych chwilach, kiedy wszystko wydawało się być w porządku, jakby mogli po prostu obudzić się w przeszłości i na nowo odnaleźć sens i cel. To była iluzja, która miała zniknąć. Pęknąć i wyparować.
Drgnął czując dotyk na swoim ramieniu, instynktownie odpowiadając mocniejszym uściskiem. Przesunął rękę, delikatnie obejmując Geraldine w talii, bez słowa przyciągając ją bliżej siebie. Nie potrzebował się odzywać, aby wyrazić to, co czuł, prawda? Aby ukraść jej jeszcze moment, zatapiając twarz w jasnych włosach i biorąc płytki oddech, gdy poczuł w nich ślady tamtej nocy.
Nie zmyli ich z siebie do końca. Byli w swoim małym świecie, gdzie wszystko było proste. W nadmorskim domu, gdzie czas płynął wolniej a problemy zdawały się być daleko za horyzontem, jednak pewne sprawy nadal pozostały z nimi. Między nimi.
Łatwo byłoby mu się łudzić, że ich splecione w miękkiej pościeli ciała mówiły więcej niż jakiekolwiek wypowiedziane zdanie. Zdawał sobie sprawę z tego, że już nie spała. Tamtym gestem, świadomym przyciągnięciem dziewczyny do siebie dał do zrozumienia, że on również nie. To była ich kolejna decyzja. Ta, by zachować tę ciszę, spróbować trwać w niej jeszcze tak długo jak to możliwe.
Wiedział. Oboje wiedzieli, że rzeczywistość miała dogonić ich prędzej czy później, więc nie musieli tego psuć. Nie, dopóki czas sam się o nich nie upomni. Szczególnie, że wcale nie chciał tego robić. Nie myślał o tym, by odchodzić, przynajmniej nie teraz. Jeszcze nie. Nie pragnął się stąd wymknąć, nie planował tego nawet przez moment, nawet jeśli miał możliwość, aby to zrobić.
Po prostu obejmował Geraldine, w dalszym ciągu nie otwierając oczu, ale pozwalając sobie na to, aby mieć ją dla siebie jeszcze przez chwilę. Powolnym ruchem przesuwając ustami po jej miękkiej szyi, składając na skórze pierwszy pocałunek. Później kolejny, równie delikatny i miękki. Kaskadę drobnych pocałunków bez jakichkolwiek słów.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down