Nekromancja była zakazana, to się zgadzało. A jednak nie wierzyła, że jej w Ministerstwie nie badają. Była wręcz pewna, że to robili, ale nie mogli o tym mówić oficjalnie.
– Być może sama nekromancja jest zakazana, ale jej efekty już nie – odparła być może równie nieprecyzyjnie i wzruszyła ramionami. Co miała na myśli było przynajmniej dla niej oczywiste: z pewnością badali sprawy związane z Limbo, być może z nieumarłymi, którzy zmarli, a następnie wstali… ich egzystencja nie była przecież zakazana, a jednak nieodłącznie wiązała się z nekromancją. Być może zajmowali się tym, jak przedłużyć sobie życie? Mogła tylko zgadywać.
– Dzięki, ale takich aspiracji nie mam. Już wystarczy jedna artystka Lestrange, dwie to byłby już ścisk – rzecz jasna mówiła o Lorettcie, bliźniaczce Louvaina, która pojawiała się i znikała, a jej udziałem był chaos. Nie oponowała, gdy Rodolphus wziął to jej dzieło sztuki by przestudiować je z bliska. Victoria miała ładny charakter pisma, ale w rysowaniu była… cóż. Kiepska i miała tego świadomość. Narysowała to jednak na tyle jasno i schematycznie, na ile umiała, chcąc zobrazować to wszystko kuzynowi.
– Nie mam pojęcia. No i reszta też mogła wpaść na to, żeby rozproszyć magię, nie mam pojęcia co się działo. Byłam trochę zajęta tym, żeby nie zostać zgnieciona na papkę i jakąś dwójka śmierciożerców, którzy wybiegli z tego kręgu ognia w popłochu – wzruszyła ramionami, bo doskonale pamiętała jak jednemu związała nogi aż wywalił się na ten głupi ryj, bo złapała go w biegu, ale wtedy żywiołak i w nich zaczął ciskać kamieniami, nie miała więc czasu zająć się uciekinierami.
– Wiesz czego jest też pięć? Masz pięć palców na każdej kończynie – mniej-więcej taką wagę przykładała do tego mistycznego gadania o znaczeniu cyfr, liczb i innych symboli. – Nie wiedziałam, że interesujesz się mugolskimi wierzeniami – zauważyła, lekko przekrzywiwszy głowę, którą i tak miała obróconą, jak i całe ciało, by mieć Rodolphusa na widoku, gdy tak krążył w zamyśleniu. Dotarło do niej, jakie to idiotyczne, kiedy sama tak robiła – a robiła często. Myślała, rozmawiała i chodziła tam i z powrotem po pomieszczeniu. Rzecz jasna nie teraz – teraz grzecznie siedziała. – Trochę daleko nam do Chin. Żywiołak był… raczej ziemny, no ciskał kamieniami. Brakowało tylko tego, żeby gniewnie tuptał i grzmiał „nnniiiiiisszzzzccczzzyyyyyyććććć” – zaintonowała w spowolnionym tempie, modulując glos tak, żeby brzmiał nisko. – Atakował nas i tych typów w szlafrokach też, więc to raczej nie był ich kolega, albo jakiś idiota nie wiedział jak zapanować nad taką magią – to już mówiła normalnie, tylko po drodze chrząknęła i sięgnęła po szklankę z wodą, która do tej pory stała sobie z boku i czekała na odpowiedni moment. Tak, mówiła o szlafrokach, bo sama idea wydawała się dla niej absurdalna i niepoważna. To, że stanowili zagrożenie, to inna sprawa. Również to, że znała imiona przynajmniej dwóch osób, które te paskudne wdzianka nosiły, a domyślała się trzeciej… Cóż. Nic z tym nie robiła i nie zamierzała – wręcz przeciwnie. Niezależnie od tego, co działo się właśnie w jej życiu prywatnym i jak bardzo jej serce zostało złamane i podeptane.
– Znam. Mąż Annaleigh, Vasilij Dolohov. Jeśli kogoś miałabym pytać, to pewnie jego. Jakiś czas temu wysłał mi wróżbę sam z siebie, cóż… Spełniła się – choć to jeszcze nic nie znaczyło… Fakt był jednak taki, że był to specjalista o światowej sławie i już jakiś czas myślała nad tym, by z nim porozmawiać. – Znam też jednego archeologa, Shafiqa właśnie. No i oczywiście mój drogi Anthony – uśmiechnęła się leciutko na myśl o wuju od strony rodziny Parkinson. Połączenie rodzinne być może nieoczekiwane, ale jednak – istniało. I był to jej ulubiony wuj, bliska jej sercu osoba, na której zawsze mogła polegać – a teraz miał się zająć załatwieniem dla nich przewodnika i świstoklików na miejscu. Bagshota żadnego nie znała.
– Cóż… po co pewnie trzeba pytać samego zainteresowanego. Ale możemy zgadywać. By zabrać stamtąd jakąś moc? By rozerwać zasłonę między jednym światem i drugim, i doprowadzić do chaosu? A może, żeby pokazać, że po prostu może? Każda opcja może być równie poprawna, co błędna – to, że jest geniuszem – już udowodnił, bo zrobił coś, czego nikt do tej pory nie dokonał. A ona… była przykrym efektem, raczej niespodziewanym niż wykalkulowanym. – Ale jak? Nie mam pojęcia, próbuję się dowiedzieć od maja. Wiem wielkie nic – wzruszyła ramionami, ale… cóż. Nie wiedziała nic o żadnych kamieniach i nie przyszło jej do głowy, że mógł to być element rytuału. A skoro miała dostęp do biblioteki kowenu po rozmowie z jedną z kapłanek… może znając coś konkretnego, łatwiej byłoby coś znaleźć?