03.12.2024, 00:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2024, 03:05 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Delikatnie przyciągnął ją do siebie, czując ciepło jej ciała. Owinął ją ramionami, tworząc wokół niej ochronny kokon z kołdry pachnącej kurzem i wspomnieniami. Tym, co jednocześnie było tak bezpiecznie otulające i powoli znowu stawało się tak cholernie trudne.
Dopóki nic nie mówili, mogli w dalszym ciągu udawać, prawda? Tylko dlaczego nie był o tym już taki przekonany? Czemu momentalnie otworzył oczy, wpatrując się w dziewczynę, gdy wykonała gwałtowny ruch? Chciała wysunąć się z jego ramion? Planowała odejść?
Nie wiedzieć czemu wywołało to u niego podświadomie niespokojny grymas. Ot, niby tylko lekkie wygięcie warg i przełknięcie śliny, ale zdecydowanie rozluźnił się dopiero wtedy, kiedy znowu wróciła na swoje miejsce. Jeszcze teraz była jego, nadal znajdowała je w jego ramionach, do których kształtu tak bardzo pasowała.
Kiedy to stracili?
Przecież wiedział. Doskonale pamiętał pierwszy moment niepokoju, który zaczął kruszyć gładką taflę ich obrazu. Cień, który podstępem wkradł się w jego życie i sprawił, że Roise nie mógł już dłużej udawać.
Zawsze jakoś sobie radzili. Ich życie nie było usłane różami, ale przecież wiele lat upierał się, że skoro wybrała sobie botanika to w sumie oboje wiedzieli, że czasami trzeba będzie użyć sekatora a czasami po prostu oparzyć się pokrzywami i pokłuć kolcami. Ostatecznie byli w stanie odnajdywać się na różnych płaszczyznach. Trwali obok siebie dopóki już nie mogli.
To była słuszna decyzja. Nie musiała ani nie mogła być dobra, ale była słuszna. Geraldine chyba podświadomie to wiedziała, bo nie próbowała zmienić tamtej decyzji. Chyba pierwszy raz w życiu tak naprawdę go posłuchała. O ironio, właśnie w tej sprawie.
Nie wiedział czemu (bujda, doskonale wiedział) tak bardzo go to zabolało. Zrezygnowała z niego bez słowa, bez reakcji, bez jakiejkolwiek próby odzyskania kontaktu. A potem się zaręczyła. Szybko, wręcz błyskawicznie. To było jak kolejny policzek, więc on również nie chciał poszukiwać już niczego, co miałoby z nią związek.
Jeśli zawsze tęsknił, parokrotnie będąc bliskim zrobienia czegoś głupiego to przestał, usiłując uszanować zerwanie z nim tej ostatniej nici. Tej, która najwyraźniej w dalszym ciągu była między nimi, stając się dostrzegalną tak w bladym świetle świtu jak i w ciepłych smugach popołudniowego słońca.
Oparł czoło o jej czoło, czując ciepło znajomego spokojnego oddechu. Przyjemne, ogarniające jego skórę, napełniające go spokojem pozwalającym odegnać resztki tamtych wszystkich nocnych mar i zatracić się jeszcze przez chwilę w delikatności tego subtelnego dotyku. W miękkości ciała pod jego palcami i drobnych, kosmykach gilgoczących go w twarz. Pofalowanych od zamoczenia ich w słonej wodzie a następnie niedokończonym prysznicu, pod który zapewne warto byłoby, by wróciła... ...on też... ...więc wrócili? To brzmiało najbardziej właściwie.
Jednakże Ambroisa w tej chwili nie interesowały takie rzeczy. Nie miał zamiaru robić czegokolwiek pochopnie. Nie chciał wychodzić z łóżka, gdy było im tu tak dobrze, błogo i przyjemnie. Zupełnie tak, jakby po prostu obudzili się w jakiś przypadkowy weekend spędzany w nadmorskim domu, zaraz zamierzając zacząć snuć pierwsze plany na przebieg dnia albo decydując się wcale ich nie robić.
Swego czasu to było właśnie najpiękniejsze. Nie zawsze musieli spędzać czas w jakiś bardzo aktywny, energiczny sposób. Rzecz jasna, bliskość morza i otoczenie natury sprzyjały sięganiu po zajęcia sprzyjające krzepie, natomiast nie zawsze od samego rana. Czasami nawet wcale, bo postanawiali oddawać się lenistwu w łóżku albo na kanapie czy na kocu rozłożonym gdzieś niedaleko domku.
Ten poranek wyglądał tak, jakby mogli wyjąć go spośród kart księgi wspomnień. Zupełnie tak, jakby jakimś cudem udało im się na nowo zanurzyć w przeszłości, jakby cofnęli wskazówki zegara i dlatego on stanął. Znaleźli się tu, lecz nie teraz, tylko kiedyś albo na chwilę w jakiejś alternatywnej linii czasowej, gdzie wszystko było dobrze.
Mógł całować Rinę po szyi, rozkoszując się gęsią skórką, którą wywoływały u niej jego pocałunki, więc nic dziwnego, że ani myślał je przerywać jeszcze przed kilkoma chwilami i nie zrobiłby tego, gdyby to ona nie obróciła się do niego, tonąc bardziej w jego ramionach.
W dalszym ciągu leżeli razem w pościeli, ale teraz niemal instynktownie otworzył oczy, wpatrując się w znajomy błękit. Tonął w nim, pozwalał sobie na to bez zastanowienia, bo dopóki milczeli, ich chwila trwała. Nie przerywali ciszy, ale trudno byłoby udawać, że robili to nieświadomie. To było coś całkowicie w zasięgu ich rąk, kolejny moment zatracenia, na który sobie zezwalali.
Mógł napawać się tym widokiem z bliska, wodząc spojrzeniem po niewielkich ciemnych plamkach na tęczówkach Yaxleyówny, ciemniejszych obwódkach wokół zewnętrznych krawędzi, błyszczących punkcikach. Pozwalał sobie na to, by przyciskać czoło do jej czoła, stykając się z nią czubkami nosa i splatając ich oddechy.
W pierwszej chwili uśmiechnął się do niej na ten widok. Na jej oczy, którymi go teraz świdrowała, dając mu do zrozumienia, że starała się go przejrzeć. Nie wycofał się pod jej spojrzeniem. Po prostu się uśmiechnął. Miękko i czule, może nawet trochę chłopięco jak to miał w zwyczaju, gdy jeszcze ich życiem nie zawładnęło to, co ostatecznie doprowadziło do rozpadu wszystkiego, co tak skrzętnie gromadzili, rozwijali, budowali przez lata.
Przez chwilę ponownie zadziałały stare przyzwyczajenia. Nawyki, które powinny odejść w zapomnienie, ale jakimś cudem zostały między nimi mimo upływu czasu. To, że zamiast odsunąć się od niej, bo przecież już nic ich nie łączyło lub pocałować dziewczynę na dzień dobry jak to mógłby zrobić, bo to byłoby całkiem odpowiednie w stosunku do kogoś, z kim spędziło się noc (tak właściwie to pół dnia) bez namysłu wystawił czubek języka, muskając nim jej górną wargę i świadomie zezując po to, żeby się do niego uśmiechnęła.
Nawet nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. To był odruch. Podświadoma reakcja na czoło przyciśnięte do czoła, co niektórym mogło się wydawać romantyczne, zaś w rzeczywistości zazwyczaj wychodziło całkiem pokracznie. Perspektywa, z której na siebie patrzyli raczej nie była zbyt atrakcyjna, więc przynajmniej mogła być choć trochę zabawna.
Przelotnie przeniósł wzrok na dłoń Geraldine, której smukłe palce wsunęły się w jego trochę przydługie, zdecydowanie okrutnie rozczochrane włosy. Powracając oczami do błękitnych tęczówek kobiety, mimowolnie uniósł kąciki ust w cierpkim półuśmiechu.
No cóż to było długie półtora roku, wiele miesięcy, odkąd dał komukolwiek dotknąć swojej głowy i tego, co na niej miał. Tak właściwie to poza tym nielicznym gronem ludzi, których darzył specjalnymi względami, nie cierpiał, gdy ktokolwiek usiłował dotykać jego włosów. Nie czuł przytłaczającej potrzeby, by coś z tym robić, bo nie, po prostu nie.
Mógłby sam to zrobić. Poprosić Roselyn, ewentualnie może Norę albo którąś z kuzynek, które już za dzieciaka maltretowały go szczotkami do włosów i kucykami, ale podświadomie tego nie zrobił. Dbał o to, żeby wyglądać właściwie i wzruszał ramionami, raczej uznając to za moment przejściowy w zmianie stylówki.
Nie to, że chyba podświadomie nie zmienił tego w sobie od tamtego poranka. Bo włosy magazynowały wspomnienia, prawda? A on wcale nie chciał zapominać o tym, co było. Jedynie starał się żyć dalej, wypierając je gdzieś głęboko w próżnię, ale wracając do nich jak do posępnych starych przyjaciół w ciemnościach bezsennych nocy.
Znowu wykrzywił jeden kącik ust, gdy zaczęła zeskrobywać mu coś z czoła. Mógł się tylko domyślać, że w dalszym ciągu chodziło o tę jego pokraczną runę. Gdyby nie tamten lęk i obawa, przerażenie, do którego nie chciał powracać (nawet jeśli robił to w koszmarach) zacząłby się zastanawiać, jakim cudem jego runa tak mocno trzymała się na skórze, gdy ona bezwiednie zmazała swoją.
Lecz przecież miała naturalny talent do ładowania się w kłopoty, prawda? To w niej...
...no właśnie.
Dopóki nic nie mówili, mogli w dalszym ciągu udawać, prawda? Tylko dlaczego nie był o tym już taki przekonany? Czemu momentalnie otworzył oczy, wpatrując się w dziewczynę, gdy wykonała gwałtowny ruch? Chciała wysunąć się z jego ramion? Planowała odejść?
Nie wiedzieć czemu wywołało to u niego podświadomie niespokojny grymas. Ot, niby tylko lekkie wygięcie warg i przełknięcie śliny, ale zdecydowanie rozluźnił się dopiero wtedy, kiedy znowu wróciła na swoje miejsce. Jeszcze teraz była jego, nadal znajdowała je w jego ramionach, do których kształtu tak bardzo pasowała.
Kiedy to stracili?
Przecież wiedział. Doskonale pamiętał pierwszy moment niepokoju, który zaczął kruszyć gładką taflę ich obrazu. Cień, który podstępem wkradł się w jego życie i sprawił, że Roise nie mógł już dłużej udawać.
Zawsze jakoś sobie radzili. Ich życie nie było usłane różami, ale przecież wiele lat upierał się, że skoro wybrała sobie botanika to w sumie oboje wiedzieli, że czasami trzeba będzie użyć sekatora a czasami po prostu oparzyć się pokrzywami i pokłuć kolcami. Ostatecznie byli w stanie odnajdywać się na różnych płaszczyznach. Trwali obok siebie dopóki już nie mogli.
To była słuszna decyzja. Nie musiała ani nie mogła być dobra, ale była słuszna. Geraldine chyba podświadomie to wiedziała, bo nie próbowała zmienić tamtej decyzji. Chyba pierwszy raz w życiu tak naprawdę go posłuchała. O ironio, właśnie w tej sprawie.
Nie wiedział czemu (bujda, doskonale wiedział) tak bardzo go to zabolało. Zrezygnowała z niego bez słowa, bez reakcji, bez jakiejkolwiek próby odzyskania kontaktu. A potem się zaręczyła. Szybko, wręcz błyskawicznie. To było jak kolejny policzek, więc on również nie chciał poszukiwać już niczego, co miałoby z nią związek.
Jeśli zawsze tęsknił, parokrotnie będąc bliskim zrobienia czegoś głupiego to przestał, usiłując uszanować zerwanie z nim tej ostatniej nici. Tej, która najwyraźniej w dalszym ciągu była między nimi, stając się dostrzegalną tak w bladym świetle świtu jak i w ciepłych smugach popołudniowego słońca.
Oparł czoło o jej czoło, czując ciepło znajomego spokojnego oddechu. Przyjemne, ogarniające jego skórę, napełniające go spokojem pozwalającym odegnać resztki tamtych wszystkich nocnych mar i zatracić się jeszcze przez chwilę w delikatności tego subtelnego dotyku. W miękkości ciała pod jego palcami i drobnych, kosmykach gilgoczących go w twarz. Pofalowanych od zamoczenia ich w słonej wodzie a następnie niedokończonym prysznicu, pod który zapewne warto byłoby, by wróciła... ...on też... ...więc wrócili? To brzmiało najbardziej właściwie.
Jednakże Ambroisa w tej chwili nie interesowały takie rzeczy. Nie miał zamiaru robić czegokolwiek pochopnie. Nie chciał wychodzić z łóżka, gdy było im tu tak dobrze, błogo i przyjemnie. Zupełnie tak, jakby po prostu obudzili się w jakiś przypadkowy weekend spędzany w nadmorskim domu, zaraz zamierzając zacząć snuć pierwsze plany na przebieg dnia albo decydując się wcale ich nie robić.
Swego czasu to było właśnie najpiękniejsze. Nie zawsze musieli spędzać czas w jakiś bardzo aktywny, energiczny sposób. Rzecz jasna, bliskość morza i otoczenie natury sprzyjały sięganiu po zajęcia sprzyjające krzepie, natomiast nie zawsze od samego rana. Czasami nawet wcale, bo postanawiali oddawać się lenistwu w łóżku albo na kanapie czy na kocu rozłożonym gdzieś niedaleko domku.
Ten poranek wyglądał tak, jakby mogli wyjąć go spośród kart księgi wspomnień. Zupełnie tak, jakby jakimś cudem udało im się na nowo zanurzyć w przeszłości, jakby cofnęli wskazówki zegara i dlatego on stanął. Znaleźli się tu, lecz nie teraz, tylko kiedyś albo na chwilę w jakiejś alternatywnej linii czasowej, gdzie wszystko było dobrze.
Mógł całować Rinę po szyi, rozkoszując się gęsią skórką, którą wywoływały u niej jego pocałunki, więc nic dziwnego, że ani myślał je przerywać jeszcze przed kilkoma chwilami i nie zrobiłby tego, gdyby to ona nie obróciła się do niego, tonąc bardziej w jego ramionach.
W dalszym ciągu leżeli razem w pościeli, ale teraz niemal instynktownie otworzył oczy, wpatrując się w znajomy błękit. Tonął w nim, pozwalał sobie na to bez zastanowienia, bo dopóki milczeli, ich chwila trwała. Nie przerywali ciszy, ale trudno byłoby udawać, że robili to nieświadomie. To było coś całkowicie w zasięgu ich rąk, kolejny moment zatracenia, na który sobie zezwalali.
Mógł napawać się tym widokiem z bliska, wodząc spojrzeniem po niewielkich ciemnych plamkach na tęczówkach Yaxleyówny, ciemniejszych obwódkach wokół zewnętrznych krawędzi, błyszczących punkcikach. Pozwalał sobie na to, by przyciskać czoło do jej czoła, stykając się z nią czubkami nosa i splatając ich oddechy.
W pierwszej chwili uśmiechnął się do niej na ten widok. Na jej oczy, którymi go teraz świdrowała, dając mu do zrozumienia, że starała się go przejrzeć. Nie wycofał się pod jej spojrzeniem. Po prostu się uśmiechnął. Miękko i czule, może nawet trochę chłopięco jak to miał w zwyczaju, gdy jeszcze ich życiem nie zawładnęło to, co ostatecznie doprowadziło do rozpadu wszystkiego, co tak skrzętnie gromadzili, rozwijali, budowali przez lata.
Przez chwilę ponownie zadziałały stare przyzwyczajenia. Nawyki, które powinny odejść w zapomnienie, ale jakimś cudem zostały między nimi mimo upływu czasu. To, że zamiast odsunąć się od niej, bo przecież już nic ich nie łączyło lub pocałować dziewczynę na dzień dobry jak to mógłby zrobić, bo to byłoby całkiem odpowiednie w stosunku do kogoś, z kim spędziło się noc (tak właściwie to pół dnia) bez namysłu wystawił czubek języka, muskając nim jej górną wargę i świadomie zezując po to, żeby się do niego uśmiechnęła.
Nawet nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. To był odruch. Podświadoma reakcja na czoło przyciśnięte do czoła, co niektórym mogło się wydawać romantyczne, zaś w rzeczywistości zazwyczaj wychodziło całkiem pokracznie. Perspektywa, z której na siebie patrzyli raczej nie była zbyt atrakcyjna, więc przynajmniej mogła być choć trochę zabawna.
Przelotnie przeniósł wzrok na dłoń Geraldine, której smukłe palce wsunęły się w jego trochę przydługie, zdecydowanie okrutnie rozczochrane włosy. Powracając oczami do błękitnych tęczówek kobiety, mimowolnie uniósł kąciki ust w cierpkim półuśmiechu.
No cóż to było długie półtora roku, wiele miesięcy, odkąd dał komukolwiek dotknąć swojej głowy i tego, co na niej miał. Tak właściwie to poza tym nielicznym gronem ludzi, których darzył specjalnymi względami, nie cierpiał, gdy ktokolwiek usiłował dotykać jego włosów. Nie czuł przytłaczającej potrzeby, by coś z tym robić, bo nie, po prostu nie.
Mógłby sam to zrobić. Poprosić Roselyn, ewentualnie może Norę albo którąś z kuzynek, które już za dzieciaka maltretowały go szczotkami do włosów i kucykami, ale podświadomie tego nie zrobił. Dbał o to, żeby wyglądać właściwie i wzruszał ramionami, raczej uznając to za moment przejściowy w zmianie stylówki.
Nie to, że chyba podświadomie nie zmienił tego w sobie od tamtego poranka. Bo włosy magazynowały wspomnienia, prawda? A on wcale nie chciał zapominać o tym, co było. Jedynie starał się żyć dalej, wypierając je gdzieś głęboko w próżnię, ale wracając do nich jak do posępnych starych przyjaciół w ciemnościach bezsennych nocy.
Znowu wykrzywił jeden kącik ust, gdy zaczęła zeskrobywać mu coś z czoła. Mógł się tylko domyślać, że w dalszym ciągu chodziło o tę jego pokraczną runę. Gdyby nie tamten lęk i obawa, przerażenie, do którego nie chciał powracać (nawet jeśli robił to w koszmarach) zacząłby się zastanawiać, jakim cudem jego runa tak mocno trzymała się na skórze, gdy ona bezwiednie zmazała swoją.
Lecz przecież miała naturalny talent do ładowania się w kłopoty, prawda? To w niej...
...no właśnie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down