03.12.2024, 02:51 ✶
Noc była bezkresna a świt nie nadchodził. Ambroise czuł się tak, jakby czas po prostu przestał istnieć, zatrzymał się, stał się wyłącznie irracjonalnie przytłaczającym konceptem, nie zaś czymś realnym, bo odkąd tu wrócili każdy moment ciągnął się w nieskończoność. Wiedział, że jutro nie przyniesie im ukojenia, ale w tym momencie mogli jedynie trwać w ciszy. Nie dało się walczyć z mrokiem, który ich otaczał. Nie na żaden sposób, który przychodził mu teraz do głowy.
Próbował złapać głębszy oddech, wracając do stabilności i opanowania. Zamknął oczy, próbując odnaleźć w sobie spokój, ale chaotyczne obrazy przesuwające się za zamkniętymi powiekami nie dawały się tak łatwo odsunąć. Mimo to rozchylił usta i wziął głęboki oddech. Jeden po drugim, potem kolejny i jeszcze następny. Oddychał próbując wypełnić płuca powietrzem, które zdawało się być lodowate i nieprzyjazne, ale może mogło go dzięki temu otrzeźwić?
Nie, nie mogło. W pomieszczeniu było ciepło i cicho. Koc na ramionach powinien przynosić przyjazne wrażenie, otulać i kojarzyć się z poczuciem bezpieczeństwa. Tak jak obecność Roselyn tuż obok niego, bo w gruncie rzeczy przecież nie stało się najgorsze. W dalszym ciągu mieli siebie nawzajem, prawda? Tyle tylko, że czuł się tak odlegle. Rozbity, ale nie wiedzący już jak się poskładać.
Ręce miał zaciśnięte w pięści, palce drżały od napięcia, paznokcie wbijały się we wnętrza dłoni. Wszystko, co go otaczało, wydawało się być przesiąknięte tym lodowatym uczuciem. Zimno przenikało do kości, jakby każda cząstka jego ciała była zanurzona w morskiej wodzie w samym środku mroźnej zimy.
Jego serce biło nieregularnie, jakby starało się wyrwać z klatki piersiowej, ale wciąż usiłował utrzymywać maskę opanowania, nawet jeśli chwilę wcześniej doskonale usłyszał łamiący się ton w swoim własnym głosie. Brzmiał dla siebie obco, zupełnie inaczej niż zazwyczaj.
Mimo że na zewnątrz stał się zesztywniały, wewnętrzne wrażenie było zgoła inne. Tam panował chaos, który wywierał na nim niewidzialny nacisk, ściskając go w lodowatym uścisku za gardło.
W jego głowie wciąż brzmiało echo krzyku, które nie miało prawa istnieć, bo już dawno zamilkło, jednak mimo to było tak realne, że czuł jego obecność nie tyle we własnej głowie, co w uszach. Zupełnie tak, jakby wrzask nigdy nie umilkł.
Zimny dreszcz przebiegał mu po plecach, gdy przypominał sobie, co stało się w lesie. Myśli, które kłębiły się w głowie Roisa były jak niepokojące cienie, które nie dawały mu spokoju. A on nie potrafił ich odpędzić. Tamte obrazy tkwiły pod jego powiekami. Każdy z nich był jak gruba, długa igła, która wbijała się coraz głębiej.
Migawki przeszłości wracały uderzając go z siłą, której nie potrafił znieść. Nie w tej chwili. Każda z tych scen wypełniała go jednocześnie przerażeniem i otumanieniem. Próbował je odgonić, zaciskając zęby i skupiając się na rytmie oddechu siostry, bo jego własny wyłącznie go denerwował.
Nienawidził własnej słabości. Nie chciał być kimś takim. Człowiekiem zawieszonym w czasie i przeżywającym coś we własnej głowie zamiast działać, robić cokolwiek. Tyle tylko, że... ...no właśnie. Co? Co można było zrobić? Szczególnie teraz, gdy gdyby się podniósł, nogi najpewniej odmówiłyby mu posłuszeństwa?
Nie chciał, aby Roselyn dostrzegła wszystko to, co działo się w jego wnętrzu. Czuł, że nawet najprostszy ruch mógłby wywołać w nim lawinę reakcji i uczuć, które chciał schować głęboko w sobie. Tak jak to miał w zwyczaju robić. Wiedział, że powinien panować nad sobą, nie pozwolić, aby emocje wzięły górę. Ale im bardziej się starał, tym bardziej czuł, że zimny mrok zacieśnia swój ścisk.
Ciężki oddech. Jeden za drugim. Raz za razem. Tylko tyle i aż tyle. Skupianie się na tym, że nie musiał być jedyną osobą w pomieszczeniu trochę pomagało. Nie napełniało go ciepłem, ale przynosiło mu coś na kształt...
...nie, nie ulgi. Ulga to byłoby zbyt mocne słowo. Chodziło raczej o świadomość, że ta ulga kiedyś nadejdzie. Jakoś uda im się to ogarnąć. Komu miałoby się udać, jeśli nie im? Nawet bez niedźwiedzioptaka, bo ten gdzieś zniknął. Wyparował. Roo o tym przypomniała a Ambroise spojrzał na nią pierwszy raz od dłuższej chwili, mrużąc przy tym czoło i marszcząc brwi.
Westchnął głęboko zupełnie jak nie on, ale przecież tak też się czuł - całkowicie jak ktoś inny, nieznajomy, cień samego siebie. Nie zamierzał jej mówić, że równie dobrze mogłaby szukać wiatru w polu. Cokolwiek łączyło ją z tym człowiekiem pewnie pozwoliłoby jej go znaleźć, natomiast czy teraz?
Właściwie to był niewłaściwy moment na to, by wychodzić z domu z powrotem w noc. Niewłaściwe było natomiast twierdzenie, że właściwie właściwe byłoby zostawienie Samuela samego sobie, bo jego postępowanie w Kniei było niewłaściwe. A tak poza tym to od kiedy on właściwie przejmował się tym, co było niewłaściwe?
Kurwa mać.
- Mhm - to było najgłębsze, co mogło opuścić usta starszego Greengrassa. - Mhm. Nikt się nie dowie. To zostanie tu i teraz - to było raczej jasne, nawet jeśli nic innego nie.
Zamknął usta na chwilę, otwierając je znowu, żeby dodać do tego coś jeszcze, gdy w pomieszczeniu rozległ się dźwięk. Obcy element pośród nocnej ciszy. Coś, co zabrzmiało obco, ale nie do końca niespodziewanie? Mimowolnie spojrzał w kierunku Roselyn, obdarzając ją pytającym spojrzeniem i przenosząc je w kierunku, z którego dochodził dźwięk.
Każdego innego wieczoru znacznie szybciej pukanie w okno. Rzuciłby wzrokiem w tamtym kierunku a potem machnąłby różdżką, bo przecież nie raz reagował na ptaki niosące listy czy skrawki wiadomości napisanej na kartce. Co jakiś czas zdarzało się to nawet tak późno jak teraz.
Mimo to obecnie chwilę mu zajęło, żeby wyłuskać różdżkę z kieszeni, skupiając się na tym, żeby otworzyć to zakichane okno bez konieczności wstawania, jednak w obecnym stanie mogło mu się to nie powieść. Wtedy wstałby jakoś bez słowa z podłogi, podźwignąłby się na miękko-sztywnych nogach (dziwne uczucie ogarnięcia chłodem i wyczerpania) i zrobiłby te trzy czy cztery kroki w kierunku okna, żeby wpuścić stworzenie.
Rzucam z Translokacji (I) z zamiarem uniesienia przesuwnej części okna w górę, wpuszczenia ptaka i zsunięcia okna w dół.
Próbował złapać głębszy oddech, wracając do stabilności i opanowania. Zamknął oczy, próbując odnaleźć w sobie spokój, ale chaotyczne obrazy przesuwające się za zamkniętymi powiekami nie dawały się tak łatwo odsunąć. Mimo to rozchylił usta i wziął głęboki oddech. Jeden po drugim, potem kolejny i jeszcze następny. Oddychał próbując wypełnić płuca powietrzem, które zdawało się być lodowate i nieprzyjazne, ale może mogło go dzięki temu otrzeźwić?
Nie, nie mogło. W pomieszczeniu było ciepło i cicho. Koc na ramionach powinien przynosić przyjazne wrażenie, otulać i kojarzyć się z poczuciem bezpieczeństwa. Tak jak obecność Roselyn tuż obok niego, bo w gruncie rzeczy przecież nie stało się najgorsze. W dalszym ciągu mieli siebie nawzajem, prawda? Tyle tylko, że czuł się tak odlegle. Rozbity, ale nie wiedzący już jak się poskładać.
Ręce miał zaciśnięte w pięści, palce drżały od napięcia, paznokcie wbijały się we wnętrza dłoni. Wszystko, co go otaczało, wydawało się być przesiąknięte tym lodowatym uczuciem. Zimno przenikało do kości, jakby każda cząstka jego ciała była zanurzona w morskiej wodzie w samym środku mroźnej zimy.
Jego serce biło nieregularnie, jakby starało się wyrwać z klatki piersiowej, ale wciąż usiłował utrzymywać maskę opanowania, nawet jeśli chwilę wcześniej doskonale usłyszał łamiący się ton w swoim własnym głosie. Brzmiał dla siebie obco, zupełnie inaczej niż zazwyczaj.
Mimo że na zewnątrz stał się zesztywniały, wewnętrzne wrażenie było zgoła inne. Tam panował chaos, który wywierał na nim niewidzialny nacisk, ściskając go w lodowatym uścisku za gardło.
W jego głowie wciąż brzmiało echo krzyku, które nie miało prawa istnieć, bo już dawno zamilkło, jednak mimo to było tak realne, że czuł jego obecność nie tyle we własnej głowie, co w uszach. Zupełnie tak, jakby wrzask nigdy nie umilkł.
Zimny dreszcz przebiegał mu po plecach, gdy przypominał sobie, co stało się w lesie. Myśli, które kłębiły się w głowie Roisa były jak niepokojące cienie, które nie dawały mu spokoju. A on nie potrafił ich odpędzić. Tamte obrazy tkwiły pod jego powiekami. Każdy z nich był jak gruba, długa igła, która wbijała się coraz głębiej.
Migawki przeszłości wracały uderzając go z siłą, której nie potrafił znieść. Nie w tej chwili. Każda z tych scen wypełniała go jednocześnie przerażeniem i otumanieniem. Próbował je odgonić, zaciskając zęby i skupiając się na rytmie oddechu siostry, bo jego własny wyłącznie go denerwował.
Nienawidził własnej słabości. Nie chciał być kimś takim. Człowiekiem zawieszonym w czasie i przeżywającym coś we własnej głowie zamiast działać, robić cokolwiek. Tyle tylko, że... ...no właśnie. Co? Co można było zrobić? Szczególnie teraz, gdy gdyby się podniósł, nogi najpewniej odmówiłyby mu posłuszeństwa?
Nie chciał, aby Roselyn dostrzegła wszystko to, co działo się w jego wnętrzu. Czuł, że nawet najprostszy ruch mógłby wywołać w nim lawinę reakcji i uczuć, które chciał schować głęboko w sobie. Tak jak to miał w zwyczaju robić. Wiedział, że powinien panować nad sobą, nie pozwolić, aby emocje wzięły górę. Ale im bardziej się starał, tym bardziej czuł, że zimny mrok zacieśnia swój ścisk.
Ciężki oddech. Jeden za drugim. Raz za razem. Tylko tyle i aż tyle. Skupianie się na tym, że nie musiał być jedyną osobą w pomieszczeniu trochę pomagało. Nie napełniało go ciepłem, ale przynosiło mu coś na kształt...
...nie, nie ulgi. Ulga to byłoby zbyt mocne słowo. Chodziło raczej o świadomość, że ta ulga kiedyś nadejdzie. Jakoś uda im się to ogarnąć. Komu miałoby się udać, jeśli nie im? Nawet bez niedźwiedzioptaka, bo ten gdzieś zniknął. Wyparował. Roo o tym przypomniała a Ambroise spojrzał na nią pierwszy raz od dłuższej chwili, mrużąc przy tym czoło i marszcząc brwi.
Westchnął głęboko zupełnie jak nie on, ale przecież tak też się czuł - całkowicie jak ktoś inny, nieznajomy, cień samego siebie. Nie zamierzał jej mówić, że równie dobrze mogłaby szukać wiatru w polu. Cokolwiek łączyło ją z tym człowiekiem pewnie pozwoliłoby jej go znaleźć, natomiast czy teraz?
Właściwie to był niewłaściwy moment na to, by wychodzić z domu z powrotem w noc. Niewłaściwe było natomiast twierdzenie, że właściwie właściwe byłoby zostawienie Samuela samego sobie, bo jego postępowanie w Kniei było niewłaściwe. A tak poza tym to od kiedy on właściwie przejmował się tym, co było niewłaściwe?
Kurwa mać.
- Mhm - to było najgłębsze, co mogło opuścić usta starszego Greengrassa. - Mhm. Nikt się nie dowie. To zostanie tu i teraz - to było raczej jasne, nawet jeśli nic innego nie.
Zamknął usta na chwilę, otwierając je znowu, żeby dodać do tego coś jeszcze, gdy w pomieszczeniu rozległ się dźwięk. Obcy element pośród nocnej ciszy. Coś, co zabrzmiało obco, ale nie do końca niespodziewanie? Mimowolnie spojrzał w kierunku Roselyn, obdarzając ją pytającym spojrzeniem i przenosząc je w kierunku, z którego dochodził dźwięk.
Każdego innego wieczoru znacznie szybciej pukanie w okno. Rzuciłby wzrokiem w tamtym kierunku a potem machnąłby różdżką, bo przecież nie raz reagował na ptaki niosące listy czy skrawki wiadomości napisanej na kartce. Co jakiś czas zdarzało się to nawet tak późno jak teraz.
Mimo to obecnie chwilę mu zajęło, żeby wyłuskać różdżkę z kieszeni, skupiając się na tym, żeby otworzyć to zakichane okno bez konieczności wstawania, jednak w obecnym stanie mogło mu się to nie powieść. Wtedy wstałby jakoś bez słowa z podłogi, podźwignąłby się na miękko-sztywnych nogach (dziwne uczucie ogarnięcia chłodem i wyczerpania) i zrobiłby te trzy czy cztery kroki w kierunku okna, żeby wpuścić stworzenie.
Rzucam z Translokacji (I) z zamiarem uniesienia przesuwnej części okna w górę, wpuszczenia ptaka i zsunięcia okna w dół.
Rzut O 1d100 - 15
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut O 1d100 - 83
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down