03.12.2024, 11:20 ✶
– To dobrze – odparła Mackenzie krótko. Rzadko rozwijała swoje myśli jakoś dokładniej, przynajmniej jeżeli nie chodziło o quidditcha, ewentualnie o rośliny, trudno więc było orzec, czy chodziło o to, że „dobrze”, bo chciała dostać ten eliksir, czy „dobrze”, bo uważała, że ogólnie nie należało się poddawać.
Sama umiała być uparta, nawet jeżeli na pierwszy rzut oka nie było tego po niej widać. Jak sto diabłów, aż do przesady: gdy coś sobie postanowiła, nic ani nikt nie mógł odciągnąć ją od obranego kursu. Gdyby było inaczej, nigdy nie zostałaby profesjonalnym graczem – nie ze swoimi warunkami startowymi czyli absolutnym brakiem pieniędzy oraz oporem matki, która uważała, że córka powinna kształcić się na uzdrowicielkę lub, w najgorszym razie, zielarkę.
– W takim razie powinnaś popracować u niego. Rośliny w ogrodzie to coś zupełnie innego niż w doniczkach – powiedziała, palcem stukając lekko w doniczkę.
Ogródek był jedną z tych rzeczy, za którymi po wyprowadzce z Hogsmeade tęskniła. Innymi były przestrzeń i cisza, ale nie mogła tam zostać: dusiła się pod okiem matki, a poza tym mieszkanie w Szkocji stało się niepraktyczne, gdy treningi najczęściej mieli zupełnie gdzieś indziej.
Mogłaby pozwolić sobie na zakup domu w pobliżu Londynu. Mogłaby, ale wciąż miała opory przed wyrzucaniem pieniędzy na prawo i lewo – a poza tym wiedziała, że nie zdołałaby sama o ogród dbać. Zatrudnienie kogoś, aby robił to za nią, nawet nie przyszło Mackenzie do głowy. Miała znów dość funduszy, aby zrobić to bez problemu, ale jakakolwiek idea jej zatrudniającej na stałe innych ludzi była czymś nazbyt abstrakcyjnym dla Greengrassówny.
– Nie ma za co – skwitowała lekko, wycofując się od parapetu, by najpierw umyć ręce, a potem zabrać się za sprzątanie bałaganu. – Lubię rośliny.
Były mniej skomplikowane niż ludzie, dzięki nim łatwiej było się skupić, ładnie wyglądały w mieszkaniu. Powody można by mnożyć.
– Nie bardziej niż ty nad eliksirami. Lubię latać.
Sama umiała być uparta, nawet jeżeli na pierwszy rzut oka nie było tego po niej widać. Jak sto diabłów, aż do przesady: gdy coś sobie postanowiła, nic ani nikt nie mógł odciągnąć ją od obranego kursu. Gdyby było inaczej, nigdy nie zostałaby profesjonalnym graczem – nie ze swoimi warunkami startowymi czyli absolutnym brakiem pieniędzy oraz oporem matki, która uważała, że córka powinna kształcić się na uzdrowicielkę lub, w najgorszym razie, zielarkę.
– W takim razie powinnaś popracować u niego. Rośliny w ogrodzie to coś zupełnie innego niż w doniczkach – powiedziała, palcem stukając lekko w doniczkę.
Ogródek był jedną z tych rzeczy, za którymi po wyprowadzce z Hogsmeade tęskniła. Innymi były przestrzeń i cisza, ale nie mogła tam zostać: dusiła się pod okiem matki, a poza tym mieszkanie w Szkocji stało się niepraktyczne, gdy treningi najczęściej mieli zupełnie gdzieś indziej.
Mogłaby pozwolić sobie na zakup domu w pobliżu Londynu. Mogłaby, ale wciąż miała opory przed wyrzucaniem pieniędzy na prawo i lewo – a poza tym wiedziała, że nie zdołałaby sama o ogród dbać. Zatrudnienie kogoś, aby robił to za nią, nawet nie przyszło Mackenzie do głowy. Miała znów dość funduszy, aby zrobić to bez problemu, ale jakakolwiek idea jej zatrudniającej na stałe innych ludzi była czymś nazbyt abstrakcyjnym dla Greengrassówny.
– Nie ma za co – skwitowała lekko, wycofując się od parapetu, by najpierw umyć ręce, a potem zabrać się za sprzątanie bałaganu. – Lubię rośliny.
Były mniej skomplikowane niż ludzie, dzięki nim łatwiej było się skupić, ładnie wyglądały w mieszkaniu. Powody można by mnożyć.
– Nie bardziej niż ty nad eliksirami. Lubię latać.