04.12.2024, 10:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.12.2024, 10:36 przez Baldwin Malfoy.)
Reagowała na każdy jego ruch, każdy dotyk, każde muśnięcie warg na skórze. Zupełnie jakby była stworzona do tego by dzielić z nim małe przyjemności tego szarego, brudnego świata. Nie analizował tego. Nie zastanawiał się nad niczym – a już z pewnością nie nad konwenansami, godnością czy tym żałosnym, sztucznym konstruktem wierności. Chciał jej. Kim byli ludzie, by mu jej odmawiać swoimi fałszywymi przekonaniami?
Uniósł kąciki ust, słysząc słaby głos, który zdołała z siebie wydusić. Jakby oddychanie było zbyt trudne, powietrze wciągane do płuc zbyt gorące.
Wyglądała jak Ona. Smakowała jak Ona. Granica powoli się zacierała, pozostawiając go w kompletnym otępieniu. Podniósł się za nią z podłogi, porzucając szklanki.
Wziął jednak Rozalindę – nie zasługiwała na to by zostać porzuconą w łazience dlatego, że umyślił sobie zabrać Mulciberównę do łóżka. Odniósł śpiącą szczurzycę w jej kokonie na kanapę.
Scarlett zatrzymał jeszcze w progu sypialni, łapiąc ją w pasie stanowczym, niemal władczym ruchem. Jeszcze mogła zrezygnować. Wybrać te drugie drzwi – wrócić do siebie, zapomnieć o tym wszystkim. Ale w jej spojrzeniu nie było nawet cienia zawahania. Jasne oczy tliły się światłem kradzionych gwiazd.
- Co my tu robimy?
Parsknął krótkim śmiechem, ale nie odpowiedział. O wiele bardziej wolał jej pokazać. Zresztą dość szybko jego usta na nowo były znów zajęte całowaniem jej słodkich warg, gdy pociągnął dziewczynę w głąb pokoju.
Przebudził się nad ranem. Chyba. Przez zasunięte zasłony przez które wpadała namiastka światła, ciężko było dokładnie określić porę dnia. Cokolwiek było zresztą dość ciężko rozpoznać. No może poza tym, że Scarlett nadal leżała w jego objęciach. Nie uciekła, nie wymknęła się bez pożegnania. Wsłuchiwał się w jej cichy, równy oddech, błądząc opuszkami palców po nagiej skórze Mulciberówny, ukrytej przed nim i światem tylko cienką warstwą koca, którym ją nakrył, gdy ostatecznie usnęła.
Powstrzymał chęć ucałowania jej ramienia; zsunięcia palców jeszcze nieco niżej; zabrania narzuty; zapalenia lampki oliwnej przy łóżku, żeby w jej bladym świetle przyjrzeć się jasnym, fioletowym wykwitom. Bogowie.
Uznał, że lepiej jednak wstać i zapalić papierosa. Nie będzie przecież kopcił w sypialni.
Narzucił na ramiona szatę, po czym wyszedł z sypialni. W salono-kuchnio-Merlin-sam-jeden-wie-czym panował przyjemny chłód. Było to jedyne miejsce, w którym nigdy do końca nie było ciemno. Przez ogromne okno mógł obserwować budzącą się do życia Horyzontalną i Pokątną.
Ledwo zdążył zamknąć za sobą drzwi od sypialni, kiedy usłyszał rozdzierające serce miauknięcie. Wpatrywała się w niego para wielkich oczu.
- No już, już.- Wziął złaknione atencji kocisko na rękę, kierując się w stronę części kuchennej.
Zaklął sfrustrowany, odkrywając, że ktoś wszystko poprzestawiał. Ale kto? Teatralne skrzaty miały absolutny zakaz bywania tutaj. Przeklął znów trafiając na zły talerz po raz kolejny i ostatecznie wyjmując różdżkę z kieszeni. Był pewien, przecież pamiętał, że ta miska tutaj była! Przyświecił sobie, grzebiąc na wyższych półkach. Nie ma! Zapadła się pod ziemię. Kot znów miauknął oburzony. – Shhh, nie moja wina, że zniknęła.- Spróbował go uciszyć, ale jedyne co otrzymał w zamian to bolesne dziabnięcie w palec. Niewdzięczne kocisko.
W końcu znalazł jakieś dwie zbłąkane filiżanki. Odstawił puchatą, czarną kulkę chaosu i destrukcji na blat, po czym nalał mu mleka do jednej z nich. Do drugiej wlał resztkę whisky. Upił ciepłego alkoholu. Lepszy taki niż żaden. W każdym innym przypadku zabrałby się na Nokturn. Do Eurydyki. Może Sabrina jeszcze tam siedziała? Tam przynajmniej wódka była chłodna.
Przez sekundę nawet to rozważał. Scarlett wiedziała, gdzie są drzwi, sama mogła się wyprowadzić jak wstanie. Nie była małą dziewczynką.
Porzucił tą myśl – o wiele przyjemniejsza wydawała się ta, gdzie wracał do niej do łóżka; przyglądał się blond lokom rozrzuconym niefrasobliwie na poduszce, gładził miękką skórę i scałowywał kropelki potu, które się do niej przykleiły. Układała się w paletę barw tak sprzecznych z jej własnym imieniem – widział ją w błękitach, fioletach, tak zimnych jak wody samej Skandynawii.
Pozorna delikatność, której przeczyły świeże szramy pozostawione na jego ramionach i plecach. Bogowie, od kiedy seks czynił go tak żałośnie ckliwym? Dopił whisky, wreszcie odpalając papierosa. W sumie po to tutaj przyszedł.
- Gratulacje dzieciaku. Przeżyliśmy kolejny dzień.- Mruknął, drapiąc kota za lekko wyliniałym uchem.
Uniósł kąciki ust, słysząc słaby głos, który zdołała z siebie wydusić. Jakby oddychanie było zbyt trudne, powietrze wciągane do płuc zbyt gorące.
Sypialnia. Soverom. Whatever.
Nie myślał o jutrze, bo i po co? Ono nadejdzie tak czy inaczej, Scarlett rozpłynie się w powietrzu, wracając pewnie do swojego nudnego życia panienki z dobrego rodu. Zmrużył delikatnie powieki. Wyglądała jak Ona. Smakowała jak Ona. Granica powoli się zacierała, pozostawiając go w kompletnym otępieniu. Podniósł się za nią z podłogi, porzucając szklanki.
Wziął jednak Rozalindę – nie zasługiwała na to by zostać porzuconą w łazience dlatego, że umyślił sobie zabrać Mulciberównę do łóżka. Odniósł śpiącą szczurzycę w jej kokonie na kanapę.
Scarlett zatrzymał jeszcze w progu sypialni, łapiąc ją w pasie stanowczym, niemal władczym ruchem. Jeszcze mogła zrezygnować. Wybrać te drugie drzwi – wrócić do siebie, zapomnieć o tym wszystkim. Ale w jej spojrzeniu nie było nawet cienia zawahania. Jasne oczy tliły się światłem kradzionych gwiazd.
- Co my tu robimy?
Parsknął krótkim śmiechem, ale nie odpowiedział. O wiele bardziej wolał jej pokazać. Zresztą dość szybko jego usta na nowo były znów zajęte całowaniem jej słodkich warg, gdy pociągnął dziewczynę w głąb pokoju.
Przebudził się nad ranem. Chyba. Przez zasunięte zasłony przez które wpadała namiastka światła, ciężko było dokładnie określić porę dnia. Cokolwiek było zresztą dość ciężko rozpoznać. No może poza tym, że Scarlett nadal leżała w jego objęciach. Nie uciekła, nie wymknęła się bez pożegnania. Wsłuchiwał się w jej cichy, równy oddech, błądząc opuszkami palców po nagiej skórze Mulciberówny, ukrytej przed nim i światem tylko cienką warstwą koca, którym ją nakrył, gdy ostatecznie usnęła.
Powstrzymał chęć ucałowania jej ramienia; zsunięcia palców jeszcze nieco niżej; zabrania narzuty; zapalenia lampki oliwnej przy łóżku, żeby w jej bladym świetle przyjrzeć się jasnym, fioletowym wykwitom. Bogowie.
Uznał, że lepiej jednak wstać i zapalić papierosa. Nie będzie przecież kopcił w sypialni.
Narzucił na ramiona szatę, po czym wyszedł z sypialni. W salono-kuchnio-Merlin-sam-jeden-wie-czym panował przyjemny chłód. Było to jedyne miejsce, w którym nigdy do końca nie było ciemno. Przez ogromne okno mógł obserwować budzącą się do życia Horyzontalną i Pokątną.
Ledwo zdążył zamknąć za sobą drzwi od sypialni, kiedy usłyszał rozdzierające serce miauknięcie. Wpatrywała się w niego para wielkich oczu.
- No już, już.- Wziął złaknione atencji kocisko na rękę, kierując się w stronę części kuchennej.
Zaklął sfrustrowany, odkrywając, że ktoś wszystko poprzestawiał. Ale kto? Teatralne skrzaty miały absolutny zakaz bywania tutaj. Przeklął znów trafiając na zły talerz po raz kolejny i ostatecznie wyjmując różdżkę z kieszeni. Był pewien, przecież pamiętał, że ta miska tutaj była! Przyświecił sobie, grzebiąc na wyższych półkach. Nie ma! Zapadła się pod ziemię. Kot znów miauknął oburzony. – Shhh, nie moja wina, że zniknęła.- Spróbował go uciszyć, ale jedyne co otrzymał w zamian to bolesne dziabnięcie w palec. Niewdzięczne kocisko.
W końcu znalazł jakieś dwie zbłąkane filiżanki. Odstawił puchatą, czarną kulkę chaosu i destrukcji na blat, po czym nalał mu mleka do jednej z nich. Do drugiej wlał resztkę whisky. Upił ciepłego alkoholu. Lepszy taki niż żaden. W każdym innym przypadku zabrałby się na Nokturn. Do Eurydyki. Może Sabrina jeszcze tam siedziała? Tam przynajmniej wódka była chłodna.
Przez sekundę nawet to rozważał. Scarlett wiedziała, gdzie są drzwi, sama mogła się wyprowadzić jak wstanie. Nie była małą dziewczynką.
Porzucił tą myśl – o wiele przyjemniejsza wydawała się ta, gdzie wracał do niej do łóżka; przyglądał się blond lokom rozrzuconym niefrasobliwie na poduszce, gładził miękką skórę i scałowywał kropelki potu, które się do niej przykleiły. Układała się w paletę barw tak sprzecznych z jej własnym imieniem – widział ją w błękitach, fioletach, tak zimnych jak wody samej Skandynawii.
Pozorna delikatność, której przeczyły świeże szramy pozostawione na jego ramionach i plecach. Bogowie, od kiedy seks czynił go tak żałośnie ckliwym? Dopił whisky, wreszcie odpalając papierosa. W sumie po to tutaj przyszedł.
- Gratulacje dzieciaku. Przeżyliśmy kolejny dzień.- Mruknął, drapiąc kota za lekko wyliniałym uchem.
Spoiler![[Obrazek: BqqALLw.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BqqALLw.png)