04.12.2024, 12:55 ✶
Dziwny uśmiech wymalował się na twarzy Rodolphusa, gdy Charles zadał całkiem konkretne, proste pytanie. Potrząsnął głową.
- Och, on jest przekonany. My musimy go tylko upewnić, że podążył właściwą ścieżką - odpowiedział niewinnym tonem, tak jakby mówił mu, że właśnie muszą zboczyć z drogi i zajść do piekarni, bo skończyły się bułki na obiad. - Co się stanie, gdy nie będzie w stanie nam pomóc... Wtedy, mój drogi, to nie będzie nasz problem, tylko jego.
Wątpił, by tak się stało, lecz istniał cień szansy, że faktycznie: mężczyzna nie podoła zadaniu, do którego sam się zadeklarował. Lecz wtedy to nie będzie ich problem, tylko osób wyżej. Być może będą musieli ubrudzić sobie ręce, a być może po prostu poślą potrzebne informacje tam, dokąd trzeba. I będą czekać.
Gdy upewnił się, że Mulciber jest gotowy, ruszył z miejsca. Niewysoki domek, mocno zaniedbany z zewnątrz, jawił im się być może nie jako ruina, lecz zdecydowanie jako budynek, o który nikt od wielu lat nie dbał. Ściany były brudne, płotek - spróchniały. Trawnik pokryty był rosą i brązowymi liśćmi, które zdecydowanie powinny zostać uprzątnięte. Okna nie były zabite dechami, lecz przez grubą warstwę odcisków palców, błota i kurzu ciężko było zajrzeć do środka. Wyglądało na to, że mieszkał tu ktoś, komu obcy był porządek lub chociażby pozory.
A może to właśnie były pozory? Gdy Lestrange uniósł dłoń, by zwinąć ją w pięść i zapukać kilka razy, przez myśl mogło przemknąć, że klamka była zdecydowanie zbyt czysta. Że była tu nawet wycieraczka, i chociaż ona również była brudna, to nie była zgniła, jakby ktoś zostawił ją na balkonie na pastwę losu, by dokonała żywota. Nie było jednak czasu, by się bliżej temu przyjrzeć: drzwi otworzyły się po upływie niespełna minuty. Minuty przepełnionej ciszą i napięciem, chociaż postawa Rodolphusa była dość neutralna, rozluźniona. Zupełnie tak, jakby robił to od zawsze, codziennie. W przeciwieństwie do Charlesa.
- Nikt mi nie mówił, że to wiąże się z tak wczesnym wstawaniem. Gdybym wiedział, nigdy bym się nie zgodził - mężczyzna, o którym wiedzieli tyle, że nazywa się Leon Harris, był okropnie chudy i zgarbiony, co odejmowało mu dobrych kilka centymetrów. Odziany był w rozciągnięte, dresowe spodnie i takąż samą bezbarwną, poplamioną czymś koszulkę. Na ramiona zarzucił flanelową koszulę, na stopach miał puchate kapcie. Jasnobrązowe włosy wyglądały, jakby piorun w nie strzelił - zdecydowanie nie widziały dzisiejszego ranka szczotki ani nawet grzebienia. Leon był bardzo blady, trochę opuchnięty na twarzy, jakby przed chwilą wstał, z pięć minut przed ich przyjściem. Stłumił ziewnięcie, przesuwając się, by wpuścić mężczyzn do środka. - Rośliny może i nie śpią, ale ja: owszem. Czy zawsze będziecie mnie nachodzić nad ranem? Nie możecie, jak normalni ludzie, wieczorem?
W jego głosie słychać było leniwy zarzut, być może nawet wyrzuty. Obrzucił Charlesa i Rodolphusa zaciekawionym spojrzeniem, chociaż widać po nim było, że dopiero zaczyna jasno myśleć i kontaktować z rzeczywistością.
- Nie - Lestrange odpowiedział krótko, stanowczo, mrużąc lekko oczy. Nie uśmiechał się, lecz też nie wyglądał na specjalnie zirytowanego postawą zielarza. Jakby ktoś nałożył na niego bezemocjonalną maskę. Sięgnął powoli do guzika płaszcza. - Przyszliśmy sprawdzić, czy wszystko jest przygotowane.
Mężczyzna prychnął, przeskakując spojrzeniem na Mulcibera.
- A wiecie w ogóle, z czym macie do czynienia? Rośliny nie rosną w dwa dni, a niektóre eliksiry trzeba warzyć nawet kilka miesięcy - burknął, lecz przesunął się jeszcze, odsłaniając przyjemny dla oka przedpokój. W przeciwieństwie do budynku z zewnątrz, środek był zadbany i czysty. Było tu ciepło, a mrok poranka rozświetlały rozpalone świece. Z korytarza widać było wejście do salonu oraz drzwi, zamknięte na klucz tkwiący wciąż w zamku. Sądząc po ich wyglądzie - to była piwnica. - Ale proszę, skoro musicie mi patrzeć na ręce... Tylko wytrzyjcie buty, wczoraj sprzątałem!
Pouczył ich, ziewając, zanim nie odwrócił się bokiem, by sięgnąć do drzwi. Nie musiał przekręcać klucza, nie były zamknięte. Ruszył przodem, wcześniej biorąc w dłoń różdżkę.
- Stopnie strome, uwaga - mruknął jeszcze, ale tak cicho, jakby wcale nie chciał ich o tym informować.
Lestrange zerknął na Mulcibera i kiwnął głową. Niech idzie pierwszy. Sam jednak sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza, by chwycić różdżkę. Nie wyciągnął jej, lecz miał ją w pogotowiu. Tak na wszelki wypadek.
Schody faktycznie były strome, a na dodatek wąskie. Leon rozpalił świece jednym prostym zaklęciem, żeby żaden z nich nie skręcił sobie karku. To, co było wyczuwalne niemalże od razu, to intensywny zapach ziemi, ziół oraz wilgoci. Było tu zdecydowanie cieplej niż na górze. Schody prowadziły do piwnicy, którą w większości zajmowała materiałowa szklarnia. Duże, mugolskie lampy, oświetlały całe pomieszczenie. Płachta była mleczna, nieprzezroczysta i szczelnie zamknięta. W kącie stał kociołek, zawieszony nad zgaszonym palnikiem.
- No, to co. Mówię do prymusów na roku z zielarstwa, czy totalnych laików? - zagadnął, sięgając do zamka błyskawicznego. - Wiecie w ogóle, które rośliny są trujące?
- Och, on jest przekonany. My musimy go tylko upewnić, że podążył właściwą ścieżką - odpowiedział niewinnym tonem, tak jakby mówił mu, że właśnie muszą zboczyć z drogi i zajść do piekarni, bo skończyły się bułki na obiad. - Co się stanie, gdy nie będzie w stanie nam pomóc... Wtedy, mój drogi, to nie będzie nasz problem, tylko jego.
Wątpił, by tak się stało, lecz istniał cień szansy, że faktycznie: mężczyzna nie podoła zadaniu, do którego sam się zadeklarował. Lecz wtedy to nie będzie ich problem, tylko osób wyżej. Być może będą musieli ubrudzić sobie ręce, a być może po prostu poślą potrzebne informacje tam, dokąd trzeba. I będą czekać.
Gdy upewnił się, że Mulciber jest gotowy, ruszył z miejsca. Niewysoki domek, mocno zaniedbany z zewnątrz, jawił im się być może nie jako ruina, lecz zdecydowanie jako budynek, o który nikt od wielu lat nie dbał. Ściany były brudne, płotek - spróchniały. Trawnik pokryty był rosą i brązowymi liśćmi, które zdecydowanie powinny zostać uprzątnięte. Okna nie były zabite dechami, lecz przez grubą warstwę odcisków palców, błota i kurzu ciężko było zajrzeć do środka. Wyglądało na to, że mieszkał tu ktoś, komu obcy był porządek lub chociażby pozory.
A może to właśnie były pozory? Gdy Lestrange uniósł dłoń, by zwinąć ją w pięść i zapukać kilka razy, przez myśl mogło przemknąć, że klamka była zdecydowanie zbyt czysta. Że była tu nawet wycieraczka, i chociaż ona również była brudna, to nie była zgniła, jakby ktoś zostawił ją na balkonie na pastwę losu, by dokonała żywota. Nie było jednak czasu, by się bliżej temu przyjrzeć: drzwi otworzyły się po upływie niespełna minuty. Minuty przepełnionej ciszą i napięciem, chociaż postawa Rodolphusa była dość neutralna, rozluźniona. Zupełnie tak, jakby robił to od zawsze, codziennie. W przeciwieństwie do Charlesa.
- Nikt mi nie mówił, że to wiąże się z tak wczesnym wstawaniem. Gdybym wiedział, nigdy bym się nie zgodził - mężczyzna, o którym wiedzieli tyle, że nazywa się Leon Harris, był okropnie chudy i zgarbiony, co odejmowało mu dobrych kilka centymetrów. Odziany był w rozciągnięte, dresowe spodnie i takąż samą bezbarwną, poplamioną czymś koszulkę. Na ramiona zarzucił flanelową koszulę, na stopach miał puchate kapcie. Jasnobrązowe włosy wyglądały, jakby piorun w nie strzelił - zdecydowanie nie widziały dzisiejszego ranka szczotki ani nawet grzebienia. Leon był bardzo blady, trochę opuchnięty na twarzy, jakby przed chwilą wstał, z pięć minut przed ich przyjściem. Stłumił ziewnięcie, przesuwając się, by wpuścić mężczyzn do środka. - Rośliny może i nie śpią, ale ja: owszem. Czy zawsze będziecie mnie nachodzić nad ranem? Nie możecie, jak normalni ludzie, wieczorem?
W jego głosie słychać było leniwy zarzut, być może nawet wyrzuty. Obrzucił Charlesa i Rodolphusa zaciekawionym spojrzeniem, chociaż widać po nim było, że dopiero zaczyna jasno myśleć i kontaktować z rzeczywistością.
- Nie - Lestrange odpowiedział krótko, stanowczo, mrużąc lekko oczy. Nie uśmiechał się, lecz też nie wyglądał na specjalnie zirytowanego postawą zielarza. Jakby ktoś nałożył na niego bezemocjonalną maskę. Sięgnął powoli do guzika płaszcza. - Przyszliśmy sprawdzić, czy wszystko jest przygotowane.
Mężczyzna prychnął, przeskakując spojrzeniem na Mulcibera.
- A wiecie w ogóle, z czym macie do czynienia? Rośliny nie rosną w dwa dni, a niektóre eliksiry trzeba warzyć nawet kilka miesięcy - burknął, lecz przesunął się jeszcze, odsłaniając przyjemny dla oka przedpokój. W przeciwieństwie do budynku z zewnątrz, środek był zadbany i czysty. Było tu ciepło, a mrok poranka rozświetlały rozpalone świece. Z korytarza widać było wejście do salonu oraz drzwi, zamknięte na klucz tkwiący wciąż w zamku. Sądząc po ich wyglądzie - to była piwnica. - Ale proszę, skoro musicie mi patrzeć na ręce... Tylko wytrzyjcie buty, wczoraj sprzątałem!
Pouczył ich, ziewając, zanim nie odwrócił się bokiem, by sięgnąć do drzwi. Nie musiał przekręcać klucza, nie były zamknięte. Ruszył przodem, wcześniej biorąc w dłoń różdżkę.
- Stopnie strome, uwaga - mruknął jeszcze, ale tak cicho, jakby wcale nie chciał ich o tym informować.
Lestrange zerknął na Mulcibera i kiwnął głową. Niech idzie pierwszy. Sam jednak sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza, by chwycić różdżkę. Nie wyciągnął jej, lecz miał ją w pogotowiu. Tak na wszelki wypadek.
Schody faktycznie były strome, a na dodatek wąskie. Leon rozpalił świece jednym prostym zaklęciem, żeby żaden z nich nie skręcił sobie karku. To, co było wyczuwalne niemalże od razu, to intensywny zapach ziemi, ziół oraz wilgoci. Było tu zdecydowanie cieplej niż na górze. Schody prowadziły do piwnicy, którą w większości zajmowała materiałowa szklarnia. Duże, mugolskie lampy, oświetlały całe pomieszczenie. Płachta była mleczna, nieprzezroczysta i szczelnie zamknięta. W kącie stał kociołek, zawieszony nad zgaszonym palnikiem.
- No, to co. Mówię do prymusów na roku z zielarstwa, czy totalnych laików? - zagadnął, sięgając do zamka błyskawicznego. - Wiecie w ogóle, które rośliny są trujące?