04.12.2024, 13:02 ✶
Bardziej wyczuł, niż zauważył to, że Rodolphus nie był obeznany z podobnymi aktami czułości; być może objawiało się to mimowolnie napinającymi mięśniami, tylko resztką siły woli powstrzymywanymi przed ostentacyjnym wzdrygnięciem się, albo grymasie pośpiesznie przebiegającym przez jego twarz lub też oddechu gwałtownie zmieniającym swój rytm. Cokolwiek to było, Perseus po prostu wiedział, zorientował się i uśmiechnął się do niego serdecznie, zapewniając go, że przecież wszystko jest dobrze. Zaraz potem pogładził go po policzku, jakby robił to po raz pierwszy; ostrożnie i z pewną dozą ciekawości, a jednocześnie jakby to miał być ostatni raz - z zachłannością i dławiącą tęsknotą.
— A więc kolacja — odpowiedział zadowolony, może nawet z lekkim, triumfem — Mam tylko nadzieję, że wybaczysz mi brak kawioru i szampana. Eksperymentuję ostatnio z bardziej... skromną kuchnią.
Dlaczego nie powiedział mu wprost, że Daphne i Pollux odcięli go od rodzinnych funduszy? Cóż, odpowiedź na to była prosta; Perseus się tego wstydził. Tak samo, jak wstydził się tego, że jego ciało pożera choroba. Było to uczucie irracjonalne, bo przecież to wcale nie czyniło go gorszym człowiekiem, lecz on nie mógł wyzbyć się przeczucia własnej obmierzłości; przylepiło się do niego, oblepiło niczym smoła i szeptało mu do ucha jadowite słowa pod własnym adresem. Chciał ruszyć na dół, do kuchni, gdzie mógłby tymczasowo skupić myśli na czymś innym, ale zauważył, że Rodolphus intensywnie myśli nad odpowiedzią na jego wcześniejsze słowa. Nie musisz, chciał zaprotestować, bo przecież wcale nie oczekiwał od niego rady - pragnął jedynie zrzucić ten ciężar ze swoich barków.
Yet it was quite pleasant. Te opuszki palców wędrujące po jego czole, by odgarnąć na bok wilgotne kosmyki; poddał się więc jego gestom, bezbronny wobec fali bezgranicznego uwielbienia względem młodzieńca, jaka rozlała się po jego ciele. Był samotny, cholernie zmęczony, a przez to podatniejszy na jego urok. Źrenice rozszerzyły się gwałtownie, zamieniając jego oczy w dwie bezdenne studnie, zaś oddech stał się nienaturalnie płytki, gdy odczytał wiadomość ukrytą pomiędzy wierszami. Ujął nadgarstek dłoni, którą właśnie Rodolphus dotykał jego twarzy, jakby chciał ją strącić, ale ostatecznie się rozmyślił i pogładził kciukiem bladą skórę. A potem pochylił głowę i ucałował jego palce.
Czy się obawiał? Tak, ale nie samego Lestrange'a. W pewnym sensie nawet go to bawiło - jakie jest prawdopodobieństwo, że dwóch morderców padnie sobie w ramiona? A jednak byli tu, w dusznej, zaparowanej łazience, odziani jedynie w szlafroki i mówili o rzeczach strasznych.
— Nie mógłbym... — chciał powiedzieć coś więcej, ale struny głosowe zacisnęły się nagle, sprawiając, że ostatnie sylaby zabrzmiały nienaturalnie ochryple. Odchrząknął, rozmasowując przy tym krtań, jakby to miało mu w jakiś sposób pomóc. Zaschło mu w ustach. — Nie mógłbym znów... Na Merlina, Rodolphusie! To, co przed chwilą powiedziałeś, to bardzo poważna deklaracja. Nie oferuje się takiej formy... pomocy, jeśli nie oczekuje się niczego w zamian. Może i jestem trochę niedopasowany do tego świata, ale wiem jedno...
Urwał, patrząc mu prosto w oczy.
— Wszystko ma swoją cenę. Jaka jest twoja?
Kolacja? Zdążył o niej na chwilę zapomnieć.
— A więc kolacja — odpowiedział zadowolony, może nawet z lekkim, triumfem — Mam tylko nadzieję, że wybaczysz mi brak kawioru i szampana. Eksperymentuję ostatnio z bardziej... skromną kuchnią.
Dlaczego nie powiedział mu wprost, że Daphne i Pollux odcięli go od rodzinnych funduszy? Cóż, odpowiedź na to była prosta; Perseus się tego wstydził. Tak samo, jak wstydził się tego, że jego ciało pożera choroba. Było to uczucie irracjonalne, bo przecież to wcale nie czyniło go gorszym człowiekiem, lecz on nie mógł wyzbyć się przeczucia własnej obmierzłości; przylepiło się do niego, oblepiło niczym smoła i szeptało mu do ucha jadowite słowa pod własnym adresem. Chciał ruszyć na dół, do kuchni, gdzie mógłby tymczasowo skupić myśli na czymś innym, ale zauważył, że Rodolphus intensywnie myśli nad odpowiedzią na jego wcześniejsze słowa. Nie musisz, chciał zaprotestować, bo przecież wcale nie oczekiwał od niego rady - pragnął jedynie zrzucić ten ciężar ze swoich barków.
Yet it was quite pleasant. Te opuszki palców wędrujące po jego czole, by odgarnąć na bok wilgotne kosmyki; poddał się więc jego gestom, bezbronny wobec fali bezgranicznego uwielbienia względem młodzieńca, jaka rozlała się po jego ciele. Był samotny, cholernie zmęczony, a przez to podatniejszy na jego urok. Źrenice rozszerzyły się gwałtownie, zamieniając jego oczy w dwie bezdenne studnie, zaś oddech stał się nienaturalnie płytki, gdy odczytał wiadomość ukrytą pomiędzy wierszami. Ujął nadgarstek dłoni, którą właśnie Rodolphus dotykał jego twarzy, jakby chciał ją strącić, ale ostatecznie się rozmyślił i pogładził kciukiem bladą skórę. A potem pochylił głowę i ucałował jego palce.
Czy się obawiał? Tak, ale nie samego Lestrange'a. W pewnym sensie nawet go to bawiło - jakie jest prawdopodobieństwo, że dwóch morderców padnie sobie w ramiona? A jednak byli tu, w dusznej, zaparowanej łazience, odziani jedynie w szlafroki i mówili o rzeczach strasznych.
— Nie mógłbym... — chciał powiedzieć coś więcej, ale struny głosowe zacisnęły się nagle, sprawiając, że ostatnie sylaby zabrzmiały nienaturalnie ochryple. Odchrząknął, rozmasowując przy tym krtań, jakby to miało mu w jakiś sposób pomóc. Zaschło mu w ustach. — Nie mógłbym znów... Na Merlina, Rodolphusie! To, co przed chwilą powiedziałeś, to bardzo poważna deklaracja. Nie oferuje się takiej formy... pomocy, jeśli nie oczekuje się niczego w zamian. Może i jestem trochę niedopasowany do tego świata, ale wiem jedno...
Urwał, patrząc mu prosto w oczy.
— Wszystko ma swoją cenę. Jaka jest twoja?
Kolacja? Zdążył o niej na chwilę zapomnieć.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory