Szok potrafił docierać do człowieka w zwolnionym tempie. Z wypadków, własnej tragedii, śmierci… Coś o tym wiedziała, prawda? Przeżyła to wszystko nie tak dawno temu i sama potrzebowała czasu, zanim do niej dotarło, co się właściwie stało. Jednych trafiało na miejscu, innych – później. Fakt był jednak taki, że prędzej czy później to do człowieka docierało i nie zawsze było to piękne. Nigdy nie było to też miłe. I każdy przeżywał to wtedy na swój sposób. Victoria wiele rzeczy trzymała w sobie, szczelnie zamknięte, nie chcąc pokazywać światu nawet kawałka, a Laurent…? On pokazywał aż za dużo wielu ludziom.
Prawdę mówiąc, nie oczekiwała żadnego prezentu. Wystarczającym był fakt, że był cały i zdrów, tylko tyle było jej potrzebne do szczęścia, chociaż nie rozumiała za bardzo, czemu chciał się spotkać u niej, a nie u niego. Nie zamierzała się o to kłócić, więc… czekała.
A gdy tylko wyłonił się z zielonych płomieni jej kominka, to wstała, dość gwałtownie, lecz gładkim ruchem i po przejściu kilku kroków, jej ramiona już zamykały się na szyi Laurenta, przyciskając go do siebie – do tej lodowatej siebie. Zreflektowała się dopiero po chwili, że może go to boleć, ale z trzeciej strony (odezwał się głosik w głowie), gdyby coś mu było, to siedziałby w domu, prawda? Zignorowała więc to pełne kurtuazji powitanie, nie widząc w nim zresztą niczego niezwykłego. Zwykle potrafił się z taką poufałością zwracać do różnych ludzi.
– Dobry wieczór – wymruczała, boleśnie świadoma mijających w tym dniu minut. Dopiero wtedy odsunęła się na odległość wyciągnięcia ramienia i przyjrzała się mu… Mizerny jak zawsze. I dobrze ubrany jak zawsze. – Ach tak? Od kiedy pijesz? Sądziłam, że posiedzimy nad herbatą – a ta wychodziła jej już coraz lepiej – bo i poziom trudności w sporządzeniu takiej był nikły. Chociaż… Ostatnimi czasy Laurent faktycznie częściej i chętniej sięgał po alkohol, a jednak jego tolerancja na niego wcale nie robiła się większa. – Wiesz co… Na chwilę cię spuścić z oczu – pokręciła głową i wzięła się pod boki. I taka była cała prawda, ledwie go zostawić na kilka dni samego, to w coś się pakował. Jak nie Astaroth, albo napad i kradzież różdżki, to teraz to: wypadek na statku.
Nie mówiąc już o tym, że nie wiedziała nawet, że ma się w jakiś rejs w ogóle udać. I to z Philipem Nottem. Więc być może jej wzrok mówił właśnie to: mów, bo nic nie rozumiem.