05.12.2024, 00:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.12.2024, 01:45 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Zachowywali się tak, jakby nigdy nic złego nie miało okazji się wydarzyć. Jakby w jego życiu nie zagościła beznadzieja, jakby jej nie zostawił a ona nie wyrzuciła go ze swojego życia po zaledwie kilku miesiącach dla kogoś zupełnie innego, kto tak łatwo zajął jego miejsce. Jak gdyby w dalszym ciągu mieli po dwadzieścia kilka lat i byli w sobie szczeniacko zakochani. Zadziwiające jak łatwo dało się ulec temu wrażeniu, szczególnie teraz w chwili, kiedy nie pozwalał sobie na to, by się do końca rozbudzić.
A może po prostu przewalał to na ten stan rozproszenia? Nie dopuszczał do siebie tej myśli. Nie w tej chwili, kiedy wybierał zapieranie się przed sobą, że to wszystko, co się między nimi wydarzyło i co działo się w dalszym ciągu było wywołane klimatem tego domu. Wspomnieniami. Nostalgią, melancholią, tęsknotą za chwilami, które nie mogły powrócić, więc należało z nich czerpać, póki trwały. Tym, że obudził się w jej ramionach otoczony ciepłem, które przypominało mu czasy, gdy życie wydawało się prostsze.
Słoneczne promienie przedzierały się przez zasłony tworząc tańczące światłocienie na ścianach i na podłodze. Słońce powoli przesuwało się po nieboskłonie. Już niedługo miało zacząć znikać za horyzontem, ale mieli jeszcze co najmniej kilka godzin do wieczora, niewiele mniej do zmierzchu. Mogliby zdążyć zrobić naprawdę wiele rzeczy, gdyby tylko postanowili ruszyć się z sypialni, jednak Ambroise nie zamierzał o tym wspominać. Geraldine również milczała.
Leżał w łóżku, w którym spędził tak wiele poranków, popołudniowych drzemek, wieczorów i nocy. Zawieszony na krawędzi jawy i snu. Obok niego w tej samej pościeli leżała ona. Pierwszy raz od tak dawna. Nie majak, nie złudzenie. Geraldine. Zmęczona i z rozczochranymi włosami, oblana miękkim światłem i drobinkami kurzu wirującymi w powietrzu wyglądała, jakby czas się dla niej zatrzymał. Tak samo jak dla niego. Patrząc na nią w tym stanie, czuł nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej, ale w tej chwili nie chciał o tym myśleć. Wolał napawać się tym widokiem.
Słyszał jej spokojny i rytmiczny oddech. Wsłuchiwał się w ten dźwięk, bardzo powoli samemu również zaczynając oddychać głębiej i mniej urywanie. Cień sennych koszmarów rozmył się pod wpływem tej chwili, wszelkie obawy zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. To było takie znajome, takie intymne. Wspomnienia ich wspólnych chwil zalewały go falą nostalgii. Kiedyś w tym, co podświadomie nazywał młodością (a przecież nie postrzeli się bardziej niż o półtora roku) potrafili spędzać tak całe noce. Rozmawiając o wszystkim i o niczym, zaplątani w swoich ramionach. Teraz znów leżeli obok siebie, otoczeni cichym szumem morza i falami wspomnień. Nie potrafił się powstrzymać, by nie sięgnąć ku niej ręką, potrzebował przyciągnąć ją bliżej.
Jego palce delikatnie musnęły jej ramię, kąciki ust znowu się uniosły. Uśmiechnęła się w odpowiedzi. Nie musiała robić nic więcej. Nawet te niewielkie gesty sprawiły, że jego serce zabiło mocniej. Miał ochotę dać się wciągnąć w tę chwilę, zatrzymać ją na zawsze. Jego dziewczynę, nawet jeśli wiedział, że to niemożliwe.
To, że go nie odtrąciła, tylko mocniej do niego przylgnęła, wplątując się w jego ramiona, sprawiło, że kolejny raz odsunął od siebie wszelkie wątpliwości. Jeszcze raz pokazał, że nie potrafi się powstrzymać. Nie przy Rinie, nawet jeśli już niczego między nimi nie było. Ktoś obcy mógłby pomyśleć, że nigdy się nie rozstali.
Pochylił się w jej stronę, gdy zdrapała runę z jego czoła. Ich usta spotkały się w pocałunku naładowanym emocjami, które Roise usiłował tłumić przez te wszystkie cholerne miesiące, teraz nie potrzebując zbyt wiele, tylko jeden impuls, by znów je rozpalić.
To był ten sam pocałunek, który pamiętał z dawnych lat. Pełen pasji i czułości, żaru, ale tym razem również tego obcego elementu - smutku. Chciał, aby czas stanął w miejscu, by mogli być tu razem na zawsze, zawsze tylko ona i on, bez przeszłości, bez przyszłości. Zatracili się w sobie, nie myśląc o tym, co było, ani co będzie. Liczyło się wyłącznie to, co działo się w tej chwili.
Mylił się czy w oczach Geraldine naprawdę dostrzegał dawną iskrę? Tą samą, która zawsze tak samo go poruszała. Leżeli w pościeli. Ich ciała splecione, twarze zbliżone ku sobie, usta przy ustach. Przez moment zapomnieli o wszystkim. Mógł ją całować tak jak tego pragnął. Dotykać, jakby w dalszym ciągu do siebie należeli.
Kiedy była tak blisko, że czuł zapach jej włosów, który przenosił go w czasy, gdy ich miłość była świeża i pełna nadziei, jego serce biło zdecydowanie mocniej niż zazwyczaj.
Nie mógł nic na to poradzić, że odsuwał od siebie wszystko, co było niewłaściwe. Może to było wyłącznie chwilowe złudzenie, ale w tym momencie pragnął je pielęgnować. Szczególnie, że w jego głowie już dawno pojawiła się myśl, że może jeszcze raz mogli być szczęśliwi. Pozwalał ułudzie trwać.
Wbrew temu, że w jego umyśle czaił się cień. Nawet jeśli wiedział, że to wszystko było tylko złudzeniem. W głębi duszy w dalszym ciągu czuł, że to, co ich łączyło i to, co objawiało się w tym momencie było tylko echem przeszłości. Mimo to nie umiał powstrzymać się przed poddawaniem się tej chwili. Pożądał Riny, pragnął jej bliskości, jakby ich rozstanie nie miało miejsca.
Każdy dotyk mógł oznaczać koniec tej iluzji, a jednak czuł, że nie potrafi się powstrzymać. Każdy moment z nią był jak powrót do młodości, do beztroskich dni. Kiedy byli razem świat wydawał się jaśniejszy a problemy bardziej odległe, jak gdyby wcale ich nie dotyczyły.
Kiedy się odezwała, odpowiadając mu na te podświadomie wymamrotane słowa, obdarzył ją spojrzeniem. Zmrużył oczy, wpatrując się w tęczówki dziewczyny i odpowiadając kiwnięciem głowy. Nie potrzebował więcej zapewnień ze strony Yaxleyówny. W tej chwili, tu i teraz, był gotów zaryzykować wszystkim, co miały przynieść następne dni i godziny. Dla siebie i dla niej, dla nich.
Nie myślał o tym, co będzie jutro. Liczyła się tylko ta chwila, ta intymność, ta bliskość. Wiedział, że wkrótce znowu będą musieli się rozstać, ale na razie nie chciał o tym myśleć. W jego umyśle była tylko ona, ich wspólne chwile, wspomnienia, marzenia i ta intensywność uczuć, które nigdy nie wygasły, na nowo się rozpaliły.
- To by było trudne - odmruknął mimo to, opierając czoło o czoło Geraldine. - Skomplikowane - jego oczy w dalszym ciągu wodziły po jej twarzy, nie uciekał spojrzeniem, nie teraz. - Nic by nie ułatwiało - gdyby wiedziała. - Ani nic by nie zmieniło - bo nie jesteś już moja - prawda? - Nie chciał, żeby odpowiadała, nie potrzebował rujnować tej chwili.
Potrzebował tego, co robili. Jej pocałunków, dotyku, idylli.
Zaczął całować ją z pasją, jakby każdy pocałunek miał być ostatni. Jego ręce błądziły po jej ciele a ona odpowiadała na każdy dotyk, jakby nie było nic ważniejszego na świecie. Tylko ona, tylko on. Jak złudne to było, jak bardzo chciał czuć się prawdziwie? Szczególnie teraz, gdy czuł jak jego serce się otwiera wbrew logice i wbrew jego woli, jak wszystkie zranienia z przeszłości zaczynają znikać pod wpływem chwili.
Każdy ruch był jak powrót do domu, każde spojrzenie przypominało mu o tym, co stracił, ale to go nie bolało, już nie, jeszcze nie teraz. W tej chwili nie było nic innego. Tylko oni dwoje, spleceni w namiętności, karmiący się złudzeniami, które na moment zamieniały ich świat w idyllę.
Wiedział, że ten moment nie mógł trwać wiecznie, ale nie miał zamiaru się nim martwić. Pragnął tylko cieszyć się tą chwilą, uczuciem, które wciąż w nim trwało i na które mu odpowiadała. Rękami na jego żebrach, gwałtownymi pocałunkami. Nawet jeśli wiedział, że ich drogi znów się rozejdą, w tej chwili była tylko ona. Jego utracona miłość, która na moment stała się znów jego. To wystarczyło, aby na chwilę zapomnieć o wszystkim innym.
Ta miłość nie zniknęła, nie wygasła, tylko była schowana głęboko, stłumiona przez czas i ból. Właściwie niewłaściwa. Niewłaściwe właściwa.
- Ja - zaczął, mamrocząc między pocałunkami, lecz milknąc, bo przecież jednak to był tylko wytwór chwili.
Tylko wytwór chwili.
A może po prostu przewalał to na ten stan rozproszenia? Nie dopuszczał do siebie tej myśli. Nie w tej chwili, kiedy wybierał zapieranie się przed sobą, że to wszystko, co się między nimi wydarzyło i co działo się w dalszym ciągu było wywołane klimatem tego domu. Wspomnieniami. Nostalgią, melancholią, tęsknotą za chwilami, które nie mogły powrócić, więc należało z nich czerpać, póki trwały. Tym, że obudził się w jej ramionach otoczony ciepłem, które przypominało mu czasy, gdy życie wydawało się prostsze.
Słoneczne promienie przedzierały się przez zasłony tworząc tańczące światłocienie na ścianach i na podłodze. Słońce powoli przesuwało się po nieboskłonie. Już niedługo miało zacząć znikać za horyzontem, ale mieli jeszcze co najmniej kilka godzin do wieczora, niewiele mniej do zmierzchu. Mogliby zdążyć zrobić naprawdę wiele rzeczy, gdyby tylko postanowili ruszyć się z sypialni, jednak Ambroise nie zamierzał o tym wspominać. Geraldine również milczała.
Leżał w łóżku, w którym spędził tak wiele poranków, popołudniowych drzemek, wieczorów i nocy. Zawieszony na krawędzi jawy i snu. Obok niego w tej samej pościeli leżała ona. Pierwszy raz od tak dawna. Nie majak, nie złudzenie. Geraldine. Zmęczona i z rozczochranymi włosami, oblana miękkim światłem i drobinkami kurzu wirującymi w powietrzu wyglądała, jakby czas się dla niej zatrzymał. Tak samo jak dla niego. Patrząc na nią w tym stanie, czuł nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej, ale w tej chwili nie chciał o tym myśleć. Wolał napawać się tym widokiem.
Słyszał jej spokojny i rytmiczny oddech. Wsłuchiwał się w ten dźwięk, bardzo powoli samemu również zaczynając oddychać głębiej i mniej urywanie. Cień sennych koszmarów rozmył się pod wpływem tej chwili, wszelkie obawy zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. To było takie znajome, takie intymne. Wspomnienia ich wspólnych chwil zalewały go falą nostalgii. Kiedyś w tym, co podświadomie nazywał młodością (a przecież nie postrzeli się bardziej niż o półtora roku) potrafili spędzać tak całe noce. Rozmawiając o wszystkim i o niczym, zaplątani w swoich ramionach. Teraz znów leżeli obok siebie, otoczeni cichym szumem morza i falami wspomnień. Nie potrafił się powstrzymać, by nie sięgnąć ku niej ręką, potrzebował przyciągnąć ją bliżej.
Jego palce delikatnie musnęły jej ramię, kąciki ust znowu się uniosły. Uśmiechnęła się w odpowiedzi. Nie musiała robić nic więcej. Nawet te niewielkie gesty sprawiły, że jego serce zabiło mocniej. Miał ochotę dać się wciągnąć w tę chwilę, zatrzymać ją na zawsze. Jego dziewczynę, nawet jeśli wiedział, że to niemożliwe.
To, że go nie odtrąciła, tylko mocniej do niego przylgnęła, wplątując się w jego ramiona, sprawiło, że kolejny raz odsunął od siebie wszelkie wątpliwości. Jeszcze raz pokazał, że nie potrafi się powstrzymać. Nie przy Rinie, nawet jeśli już niczego między nimi nie było. Ktoś obcy mógłby pomyśleć, że nigdy się nie rozstali.
Pochylił się w jej stronę, gdy zdrapała runę z jego czoła. Ich usta spotkały się w pocałunku naładowanym emocjami, które Roise usiłował tłumić przez te wszystkie cholerne miesiące, teraz nie potrzebując zbyt wiele, tylko jeden impuls, by znów je rozpalić.
To był ten sam pocałunek, który pamiętał z dawnych lat. Pełen pasji i czułości, żaru, ale tym razem również tego obcego elementu - smutku. Chciał, aby czas stanął w miejscu, by mogli być tu razem na zawsze, zawsze tylko ona i on, bez przeszłości, bez przyszłości. Zatracili się w sobie, nie myśląc o tym, co było, ani co będzie. Liczyło się wyłącznie to, co działo się w tej chwili.
Mylił się czy w oczach Geraldine naprawdę dostrzegał dawną iskrę? Tą samą, która zawsze tak samo go poruszała. Leżeli w pościeli. Ich ciała splecione, twarze zbliżone ku sobie, usta przy ustach. Przez moment zapomnieli o wszystkim. Mógł ją całować tak jak tego pragnął. Dotykać, jakby w dalszym ciągu do siebie należeli.
Kiedy była tak blisko, że czuł zapach jej włosów, który przenosił go w czasy, gdy ich miłość była świeża i pełna nadziei, jego serce biło zdecydowanie mocniej niż zazwyczaj.
Nie mógł nic na to poradzić, że odsuwał od siebie wszystko, co było niewłaściwe. Może to było wyłącznie chwilowe złudzenie, ale w tym momencie pragnął je pielęgnować. Szczególnie, że w jego głowie już dawno pojawiła się myśl, że może jeszcze raz mogli być szczęśliwi. Pozwalał ułudzie trwać.
Wbrew temu, że w jego umyśle czaił się cień. Nawet jeśli wiedział, że to wszystko było tylko złudzeniem. W głębi duszy w dalszym ciągu czuł, że to, co ich łączyło i to, co objawiało się w tym momencie było tylko echem przeszłości. Mimo to nie umiał powstrzymać się przed poddawaniem się tej chwili. Pożądał Riny, pragnął jej bliskości, jakby ich rozstanie nie miało miejsca.
Każdy dotyk mógł oznaczać koniec tej iluzji, a jednak czuł, że nie potrafi się powstrzymać. Każdy moment z nią był jak powrót do młodości, do beztroskich dni. Kiedy byli razem świat wydawał się jaśniejszy a problemy bardziej odległe, jak gdyby wcale ich nie dotyczyły.
Kiedy się odezwała, odpowiadając mu na te podświadomie wymamrotane słowa, obdarzył ją spojrzeniem. Zmrużył oczy, wpatrując się w tęczówki dziewczyny i odpowiadając kiwnięciem głowy. Nie potrzebował więcej zapewnień ze strony Yaxleyówny. W tej chwili, tu i teraz, był gotów zaryzykować wszystkim, co miały przynieść następne dni i godziny. Dla siebie i dla niej, dla nich.
Nie myślał o tym, co będzie jutro. Liczyła się tylko ta chwila, ta intymność, ta bliskość. Wiedział, że wkrótce znowu będą musieli się rozstać, ale na razie nie chciał o tym myśleć. W jego umyśle była tylko ona, ich wspólne chwile, wspomnienia, marzenia i ta intensywność uczuć, które nigdy nie wygasły, na nowo się rozpaliły.
- To by było trudne - odmruknął mimo to, opierając czoło o czoło Geraldine. - Skomplikowane - jego oczy w dalszym ciągu wodziły po jej twarzy, nie uciekał spojrzeniem, nie teraz. - Nic by nie ułatwiało - gdyby wiedziała. - Ani nic by nie zmieniło - bo nie jesteś już moja - prawda? - Nie chciał, żeby odpowiadała, nie potrzebował rujnować tej chwili.
Potrzebował tego, co robili. Jej pocałunków, dotyku, idylli.
Zaczął całować ją z pasją, jakby każdy pocałunek miał być ostatni. Jego ręce błądziły po jej ciele a ona odpowiadała na każdy dotyk, jakby nie było nic ważniejszego na świecie. Tylko ona, tylko on. Jak złudne to było, jak bardzo chciał czuć się prawdziwie? Szczególnie teraz, gdy czuł jak jego serce się otwiera wbrew logice i wbrew jego woli, jak wszystkie zranienia z przeszłości zaczynają znikać pod wpływem chwili.
Każdy ruch był jak powrót do domu, każde spojrzenie przypominało mu o tym, co stracił, ale to go nie bolało, już nie, jeszcze nie teraz. W tej chwili nie było nic innego. Tylko oni dwoje, spleceni w namiętności, karmiący się złudzeniami, które na moment zamieniały ich świat w idyllę.
Wiedział, że ten moment nie mógł trwać wiecznie, ale nie miał zamiaru się nim martwić. Pragnął tylko cieszyć się tą chwilą, uczuciem, które wciąż w nim trwało i na które mu odpowiadała. Rękami na jego żebrach, gwałtownymi pocałunkami. Nawet jeśli wiedział, że ich drogi znów się rozejdą, w tej chwili była tylko ona. Jego utracona miłość, która na moment stała się znów jego. To wystarczyło, aby na chwilę zapomnieć o wszystkim innym.
Ta miłość nie zniknęła, nie wygasła, tylko była schowana głęboko, stłumiona przez czas i ból. Właściwie niewłaściwa. Niewłaściwe właściwa.
- Ja - zaczął, mamrocząc między pocałunkami, lecz milknąc, bo przecież jednak to był tylko wytwór chwili.
Tylko wytwór chwili.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down