Z dobrych informacji, stan pacjenta jest stabilny. Ze złych, pacjent nie żyje. Tak wyglądało to na początku zupełnie, gdy w kilku sekundach Woody rozprawił się z magicznym wrogiem, który atakował mu brata. Roślina poddała się, opadła jak zwiędła, wypuszczając gwałtownie małego Longbottoma ze swoich objęć całkowicie. Zakwilił, a później niczym marionetka, opadł na ziemię. Odpowiednio wyprowadzony atak w nos mógł przemieścić kości tak, że te wbijały się w mózg i trwale go uszkodzić lub nawet zabić. Dlatego Godryk zabronił im podczas bicia się, zadawania ciosów w twarz nasadą dłoni czy pięścią. Drobne kości skowronka obleczone bladą skórą, obtarcia od rośliny, czerwieniące się kwiatami kamelii na śniegu. Nagle świszczący wdech, klatka piersiowa unosząca się wbrew pierwszemu wrażeniu. Przecież zwykłe zaklęcie nie zabije go, kim on był, jakiś śmiesznym mugolakiem? Uniósł się do siadu, trzymając się za nos. Dolna warga drgała mu spazmatycznie. Serce tłukło w piersi.
Nie umrze dzisiaj. Nie. Nie ma hiacyntów. Wiosną, umiera się wiosną. Z hiacyntami.
Jego dłonie, otulające jego twarz, były całe czerwone od krwi, trzy strumyczki spływały w dół, po chudych przedramionach. W tym bladym kontraście ciemnych oczu, wypełnionych łzami, które nie zamierzały popłynąć, które bardziej ukrywał, niż krew, ogród wyglądał sielsko nienaturalnie. Kostka spadła z powietrza i upadła głucho w rabatki z hortensjami, łamiąc kilka kul kwiatowych.
— Powiem wszystko Tessie — burknął do Clemensa i wytarł nos rękawem. I to był kolejny najgorszy ruch tego dnia. Krzyknął z bólu i skulił się ponownie. — Z-z-złamałeś mi... Złamałeś mi nos!
Nie mógł już powstrzymać, walczyć ze wzbierającym potokiem, wielkie krople łez, mieszające się z czerwoną krwią, spływały mu po polikach, na kołnierz. Ból był porażający, przed oczami latały mu kolorowe plamki, przewijane przez zmieniające się, jak w teście Rorschacha, plamy czerni.