24.01.2023, 12:59 ✶
Najbardziej niebezpieczny jest ten, kto nie ma już nic do stracenia. Sauriel był na skraju tego, ale miał jeszcze możliwość, by zawrócić. Zrobić kilka kroków wstecz z poczuciem, że jeszcze nie wszystko stracone, jeszcze jest coś dla czego warto żyć. Bo może i było. W końcu Rookwood był tak naprawdę jeszcze młody. I nie mógł bardzo dawno zostać przemieniony – wiedziała natomiast, że to nie tak, że został przemieniony ledwo co.
Może i nie mógł w wiele rzeczy uwierzyć, ale to z pewnością się jeszcze wyjaśni. To tworzenie rodziny. Jego nie była normalna, nie miał żadnych sensownych wzorców. Jej była… zimna, ale te pojedyncze odczucia ciepła jej się podobały i chciała się nimi dzielić – ednak też nie miała dobrych wzorców. Na pewno nie dla dziecka, którego i tak nie będą mieli, więc jeden problem znikał.
Tak, właśnie na tym polu, na którym uważał się za potwora. Czy rzeczywiście nim był? To było pojęcie bardzo względne. Na pewno jednak uważała, że jeśli oboje będą chcieli, to będzie możliwe zawalczenie tutaj o coś. Że będzie możliwa próba poprawienia czegoś, a nie wcale wyeliminowania tego, kim był i tego, że żywił się krwią. Bo Victoria absolutnie nie zamierzała z tym walczyć. Planowała się temu poddać, dostosować, bo nic nie mogli przecież na to poradzić. Można było natomiast szukać rozwiązań takich, żeby po prostu ułatwić mu życie, zniwelować jego własny strach, że skrzywdzi kogoś, kogo skrzywdzić nie chce. Była pewna, że przy odpowiedniej dozie wytrwałości można stworzyć takie warunki w których on nie będzie panikował, że skoro czuje krew choćby dlatego że zacięła się papierem, to się na nią rzuci zadając jej ból, i gdzie jeśli już coś takiego będzie miało miejsce, to przynajmniej nie będzie bolało tak, jak sam to opisywał. I to wszystko to też było dbanie o tę rodzinę. To znaczy to były możliwości – a to czy Sauriel w ogóle będzie chętny się w nie zagłębić to zupełnie inna sprawa.
Widziała zmianę na jego twarzy, coś jakby szok? Nie umiała tego nawet nazwać. Na pewno zabrakło mu słów. Czy to dlatego, że miał ją za naiwną? Głupią? Chociaż uśmiech, jaki po chwili u niego zobaczyła sugerował co innego. Nie patrzył na nią. A ona w tym momencie zaczęła bawić się ogniem świecy, jaka pomiędzy nimi stała. Nie że szybko "przelatywała" dłonią przez ogień, raczej… jej skóra bezpośrednio się z nim stykała. A ona nawet nie kwiknęła. Nie chciała mu przeszkadzać, dlatego milczała. A jeśli na nią spojrzał, to po prostu się uśmiechnęła.
Może i nie mógł w wiele rzeczy uwierzyć, ale to z pewnością się jeszcze wyjaśni. To tworzenie rodziny. Jego nie była normalna, nie miał żadnych sensownych wzorców. Jej była… zimna, ale te pojedyncze odczucia ciepła jej się podobały i chciała się nimi dzielić – ednak też nie miała dobrych wzorców. Na pewno nie dla dziecka, którego i tak nie będą mieli, więc jeden problem znikał.
Tak, właśnie na tym polu, na którym uważał się za potwora. Czy rzeczywiście nim był? To było pojęcie bardzo względne. Na pewno jednak uważała, że jeśli oboje będą chcieli, to będzie możliwe zawalczenie tutaj o coś. Że będzie możliwa próba poprawienia czegoś, a nie wcale wyeliminowania tego, kim był i tego, że żywił się krwią. Bo Victoria absolutnie nie zamierzała z tym walczyć. Planowała się temu poddać, dostosować, bo nic nie mogli przecież na to poradzić. Można było natomiast szukać rozwiązań takich, żeby po prostu ułatwić mu życie, zniwelować jego własny strach, że skrzywdzi kogoś, kogo skrzywdzić nie chce. Była pewna, że przy odpowiedniej dozie wytrwałości można stworzyć takie warunki w których on nie będzie panikował, że skoro czuje krew choćby dlatego że zacięła się papierem, to się na nią rzuci zadając jej ból, i gdzie jeśli już coś takiego będzie miało miejsce, to przynajmniej nie będzie bolało tak, jak sam to opisywał. I to wszystko to też było dbanie o tę rodzinę. To znaczy to były możliwości – a to czy Sauriel w ogóle będzie chętny się w nie zagłębić to zupełnie inna sprawa.
Widziała zmianę na jego twarzy, coś jakby szok? Nie umiała tego nawet nazwać. Na pewno zabrakło mu słów. Czy to dlatego, że miał ją za naiwną? Głupią? Chociaż uśmiech, jaki po chwili u niego zobaczyła sugerował co innego. Nie patrzył na nią. A ona w tym momencie zaczęła bawić się ogniem świecy, jaka pomiędzy nimi stała. Nie że szybko "przelatywała" dłonią przez ogień, raczej… jej skóra bezpośrednio się z nim stykała. A ona nawet nie kwiknęła. Nie chciała mu przeszkadzać, dlatego milczała. A jeśli na nią spojrzał, to po prostu się uśmiechnęła.