Głos Vasiyenki wyrwał go z tego dziwnego marazmu. Niewyraźny, bełkoczący. Vasilij nigdy nie bełkotał.
Morpheus nie zerwał się i nie podbiegł do Vasilija, tylko dlatego, że nie sądził, aby nagłość i deszczówka sprawiły mu radość. Odwiesił płaszcz, zdjął buty, układając je równo na przeznaczonej do tego wycieraczce, odkleił od siebie wierzchnią szatę, również mokrą, zostając w samych spodniach i podkoszulku. Użył zaklęcia, aby osuszyć swoją głowę, chociaż tego nienawidził, włosy utworzyły dookoła niego krzywą, czarną aureolę kędziorów, odwykłych od swobody. Umył ręce i wtedy wrócił do ukochanego. Żart go nie rozbawił, przyozdobił jego powoli dojrzewające rysy marsem, dodającym mu jeszcze więcej lat i podobieństwa do Godryka.
— Zabiję go, wiesz o tym? Któregoś dnia rozwieszę jego wnętrzności na drzewku na Yule — warknął niewyraźnie pod nosem. To nie był pierwszy raz, kiedy agresja Morpheusa wychodziła na pierwszy plan, chociaż jedynie, co robił przy Vasiliju, były werbalne groźby. Tak często bluźnił przeciwko darom życia, a jednak tym razem brzmiało to nadwyraz prawdziwie, namacalnie, jakby została złamana jakaś bariera w głowie młodzieńca.
Kartą urodzeniową Vasilija Dolohova była siła. Dama nie siłowała się z lwem na mięśnie, lecz była wewnętrzną harmonią, stabilizacją. Karta sukcesu, zapisanego w przeznaczeniu Vasiliya grubą nieskończonością nad głową kobiety. Ich wspólna przyszłość w prostym obrazie. Siła i jego lew. Lew, który mentalnie krążył po swojej klatce, skrobiąc pazurami po betonie. Pożerała go frustracja. Dlatego przywołał zaklęciem apteczkę i wyjął z niej dwa specyfiki.
— Dobrze, że zostawiłem maści od Elise — powiedział, klękając na podłodze obok Vasilija. Strach i gniew razem błyszczały w sarnich oczach. Ostatnim razem, gdy potrzebował smarowideł od szwagierki, rozciął sobie rękę w niefortunnym miejscu i krwawił jak zarzynana świnia, wyszedł mu wielki krwiak, który wyglądał bardzo groźnie, chociaż taki nie. Specyfiki Potterów pomagały głównie w kosmetyce, ale opuchlizna może zejdzie szybciej. — Pozwól mi...
Powoli sięgnął do woreczka z lodem. Gdyby to była Warownia, pierwsze, co Vasilij miałby na twarzy, to krwawy kawałek steka, ale to nie byli Longbottomowie, to był jego bóg. Jemu składa się ofiary innego rodzaju.
Nieprzyjemne uczucie przewalało mu się w żołądku. Poczucie, że powinien uciekać.