05.12.2024, 21:05 ✶
- Przestań, Morfeuszu.
Do tej pory uważnie obserwował jego ruchy po pomieszczeniu, ale teraz przekręcił głowę w bok, wlepiając wzrok w okno, o które wciąż obijały się krople deszczu.
- Jesteśmy naukowcami, bycie potworami bardzo chętnie zostawię mojej rodzinie. Niech się wypchają, z tym swoim całym... - Sapnął. To wcale nie było sapnięcie wywołane bólem podbitego oka - to słowa były teraz ciężarem nie do udźwignięcia. On nie wiedział, co powiedzieć. Niesłychana rzadkość i jednocześnie ostateczny dowód tego, że coś ukrywał.
Nie wzbraniał się przed pomocą. Wręcz przeciwnie - kiedy ich palce się zetknęły, chłopak bardzo szybko ustąpił - najwyraźniej opieka była dokładnie tym, czego oczekiwał. Wyglądało to tak, jakby chciał go sięgnąć, przycisnąć do siebie, ale coś nie pozwalało mu na zainicjowanie tej bliskości. Gula w gardle narastała do niepojętych rozmiarów.
- Nadal we mnie nie wierzy - powiedział i parsknął nieco żałosnym śmiechem. To nie był Dolohov znany komukolwiek - ten śmiech nosił w sobie znamiona rozpaczy i odrazy, ale w tym co mówił i jak mówił, kryło się coś jeszcze, coś o wiele bardziej oczywistego. Czysty strach. - Jest przekonany, że nie dostanę tego grantu na badania i nie będę mógł się utrzymać, więc ożenię się z nią dla pieniędzy. Próbował mnie moralizować, że jestem beznadziejnym synem, bo „dobrał mi żonę tak, żebym mógł pisać dalej te swoje wróżbickie pierdoły”. - Bardzo długo myślał, jednocześnie nie dał żadnej przestrzeni na wcięcie mu się w słowo, jakby trzymał tę chwilę i nie dopuszczał na odezwanie się kogokolwiek innego niż on. Kiedyś przecież musiał się do tego przyznać. - Uderzył mnie za powiedzenie, że nie ożenię się z tą Mulciberówną, bo kocham ciebie. - I chcę być z tobą.
Może nie zostało to zwerbalizowane, ale ten strach to był strach o Morfeusza właśnie. Oto tego felernego dnia uczynił osobę, którą kochał najbardziej na świecie obiektem nienawiści tyrana tak okrutnego, że opuszczał głowę w dół za każdym razem, kiedy znajdowali się w jednym pomieszczeniu. Dlaczego? Dzisiaj... klęczał przy jego nogach, jutro mogłoby go tutaj nie być.
Zakładał brak konieczności podzielenia się szeregiem wyzwisk, jakie padły w odpowiedzi.
Do tej pory uważnie obserwował jego ruchy po pomieszczeniu, ale teraz przekręcił głowę w bok, wlepiając wzrok w okno, o które wciąż obijały się krople deszczu.
- Jesteśmy naukowcami, bycie potworami bardzo chętnie zostawię mojej rodzinie. Niech się wypchają, z tym swoim całym... - Sapnął. To wcale nie było sapnięcie wywołane bólem podbitego oka - to słowa były teraz ciężarem nie do udźwignięcia. On nie wiedział, co powiedzieć. Niesłychana rzadkość i jednocześnie ostateczny dowód tego, że coś ukrywał.
Nie wzbraniał się przed pomocą. Wręcz przeciwnie - kiedy ich palce się zetknęły, chłopak bardzo szybko ustąpił - najwyraźniej opieka była dokładnie tym, czego oczekiwał. Wyglądało to tak, jakby chciał go sięgnąć, przycisnąć do siebie, ale coś nie pozwalało mu na zainicjowanie tej bliskości. Gula w gardle narastała do niepojętych rozmiarów.
- Nadal we mnie nie wierzy - powiedział i parsknął nieco żałosnym śmiechem. To nie był Dolohov znany komukolwiek - ten śmiech nosił w sobie znamiona rozpaczy i odrazy, ale w tym co mówił i jak mówił, kryło się coś jeszcze, coś o wiele bardziej oczywistego. Czysty strach. - Jest przekonany, że nie dostanę tego grantu na badania i nie będę mógł się utrzymać, więc ożenię się z nią dla pieniędzy. Próbował mnie moralizować, że jestem beznadziejnym synem, bo „dobrał mi żonę tak, żebym mógł pisać dalej te swoje wróżbickie pierdoły”. - Bardzo długo myślał, jednocześnie nie dał żadnej przestrzeni na wcięcie mu się w słowo, jakby trzymał tę chwilę i nie dopuszczał na odezwanie się kogokolwiek innego niż on. Kiedyś przecież musiał się do tego przyznać. - Uderzył mnie za powiedzenie, że nie ożenię się z tą Mulciberówną, bo kocham ciebie. - I chcę być z tobą.
Może nie zostało to zwerbalizowane, ale ten strach to był strach o Morfeusza właśnie. Oto tego felernego dnia uczynił osobę, którą kochał najbardziej na świecie obiektem nienawiści tyrana tak okrutnego, że opuszczał głowę w dół za każdym razem, kiedy znajdowali się w jednym pomieszczeniu. Dlaczego? Dzisiaj... klęczał przy jego nogach, jutro mogłoby go tutaj nie być.
Zakładał brak konieczności podzielenia się szeregiem wyzwisk, jakie padły w odpowiedzi.
with all due respect, which is none