Ich uroda – tak, była zupełnie odmienna, byli swoją odwrotnością, on jasny i eteryczny, o oczach niczym ta morska toń, z aureolą na głowie i ona, odbicie letniej nocy, brunetka o oliwkowej cerze. On, ulotny, chudy, i ona o pełnych, kobiecych kształtach. Oczywiste, że wybierali inne kolory, inne dodatki. I choć rzeczywiście mogłaby nosić biżuterii mnogo, tak, że by jej nie przytłoczyła, to nie robiła tego ze względów również praktycznych – nie chciała w trakcie pracy zgubić ulubionej bransoletki, czy zostać uduszona naszyjnikiem, bo ktoś postanowi wykorzystać to, co miała na sobie. Nie – uważała, że na te wszystkie ozdóbki jest czas i miejsce, żeby przy tym zrobić odpowiednie wrażenie. I jednocześnie czasami lubiła nawet na co dzień coś sobie założyć, jak chociażby dzisiaj. Nie miała też potrzeby nadmiernie epatować swoim bogactwem, a od Laurenta wręcz biło i krzyczało „jestem bogaty!”. Więc choć w wyglądzie i stylu ubierania byli kompletnie różni, tak pod względem charakterologicznym już nie tak bardzo. Byli na tyle zbieżni, że łatwo było im rozmawiać i rezonować ze sobą, czy empatyzować, i wystarczająco różni, by zastanawiać się nad swoimi doświadczeniami czy perypetiami.
Owszem, wiedziała, jakich perfum używa Laurent i chociaż baza była nawet podobna, to zdecydowała się na to, by wybrać dla niego coś innego – jej się spodobały, ale uznała, że to może być dobry moment na to, by Laurent mógł trochę poeksperymentować z zapachem, bo a nuż przypadną mu do gustu? Może nie na każdą okazję, ale te miały w sobie coś zmysłowego, odnoszącego się do animalistycznej natury człowieka, były też przy tym otulające… Uwodzicielskie w zupełnie innym stylu niż te, których używał dotychczas. Ona sama miała całą wystawkę różnych flakonów i zapachów, których używała zależnie od własnego humoru i ubioru, jaki na siebie zakładała – były zresztą jego częścią i dopełnieniem. Lubiła zostawiać za sobą taką mgiełkę zapachu, ale nie „babcinego”, a raczej ciepłego, kwiatowego i owocowego.
– To jakie to było to oderwanie od codzienności? – trochę się już zgubiła, bo sugestia była inna, a teraz słowa Laurenta były inne… Westchnęła jednak cicho i lekko pokręciła głową. Zdesperowany Philip i Laurent nie potrafiący ostatecznie odmówić – brzmiało jak przepis na katastrofę. Zaś co się tyczyło tego trzymania się ustaleń… Miała do tego pewną wątpliwość, zwłaszcza gdy mówił o Philipie, a przynajmniej na tyle, ile słyszała o tym ich przyciąganiu i odpychaniu… Jasne, z nią trzymał się określonych „zasad” (czy raczej przyjął do wiadomości, że postanowiła zakończyć pewną część ich relacji, to nie do końca była zasada, a później rozwijało się to zupełnie naturalnie), ale też i jej na tym zależało, ze względu na szacunek do niego i siebie samej, ale i też tej trzeciej osoby, do której miała uczucia. – Martwię się i będę się martwić, bo co i rusz pakujesz się w relacje, które ostatecznie kończą się dla ciebie nie za dobrze – powiedziała za to i nawet wyciągnęła do niego rękę, by wierzchem dłoni pogłaskać go po policzku. – Niby są zasady, potem ich nie ma, albo są łamane – no właśnie, czy te zasady w ogóle były potrzebne do funkcjonowania? Nie lepiej było po prostu zarysować swoje granice i ich nie przekraczać z szacunku do drugiego człowieka? Czy to, że te ustalenia w ogóle były potrzebne, nie robiło z tych wszystkich relacji… czegoś nie do końca naturalnego? – Chociaż wydaje mi się, że twoje wielkie serce po prostu przyciąga nieodpowiednich ludzi, którzy z kolei w jakiś sposób czarują też ciebie – dodała i uśmiechnęła się, po czym złapała go za dłoń, by pociągnąć za sobą do kuchni. Gdzieś na klatce schodowej go jednak puściła, a kiedy weszli do kuchni, wydobyła różdżkę z kieszeni sukienki i machnęła nią, zapalając ogień na świecach i lampkach, a potem wprawiła w ruch czajnik, kran, piecyk i całą resztę zastawy. Koty były właśnie tutaj – w kuchni, jadły z miseczki, a widząc poruszenie, zaraz i tym się zainteresowały: gościem. Victoria zaprosiła Laurenta do wybrania herbaty.
– W Egipcie nie było żadnych ciekawych herbat. Oni zresztą piją taki straszny ulep, ale kawę mają dobrą – przywiozła więc sobie kawę. – Ale powiedz… Nic ci się nie stało? Widzę, że jest teraz wszystko dobrze, ale pisali o rannych i zabitych… – czy więc Laurent też był ranny? Co się w ogóle działo?