06.12.2024, 00:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.12.2024, 23:32 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.
Powód edycji: edit za zgodą MG
)
Wszystko w dalszym ciągu działo się cholernie chaotycznie. Z jednej strony próbowali przysypać pochopnie rozdzielone mandragory, kształtując ziemię. Z drugiej strony nagle posypały się na nich narzędzia przypadkiem strącone, kiedy Nora przesunęła się pod stolik, który również nie wytrzymał. Jeśli to było możliwe, na moment zapanował jeszcze większy rozgardiasz, ale potem... ...potem nagle zapadła cisza. Może nie spokój, jednakże w porównaniu do tego, co działo się jeszcze kilka sekund wcześniej, to była cisza.
Rośliny zostały odseparowane. Zarówno od siebie nawzajem, jak i od nich. Przysypał je piach, nie stanowiły już takiego zagrożenia jak jeszcze ułamek sekundy wcześniej. Teraz mogli zacząć wracać do równowagi. Po raz pierwszy świadomie rozejrzeć się po pomieszczeniu. Ocenić stopień zniszczeń i to, co można było zrobić, żeby chociaż trochę ograniczyć konsekwencje nieprzewidzianego starcia.
A tych było naprawdę wiele.
Dopiero w tym momencie Ambroise tak naprawdę zorientował się, że siedzi (a właściwie to nawet półleży) pośród szkła, piachu, narzędzi ze stolika badawczego, który również już nie stoi tylko leży wywrócony przez Norę na ziemi. Nie był w stanie określić pochodzenia większości szkła, któremu za to nie przeszkadzało to w niczym, aby pokaleczyć mu ręce przez skórzane rękawiczki. Teraz porozcinane.
Ciało bolało po uderzeniu. Gdzieś tam szczypało i piekło nieprzyjemnie. Z pewnością miał trochę szkła do wyjmowania z paru miejsc na ciele. Szczególnie tam, gdzie coś stłukło mu się w kieszeni. Nie, nie coś tylko fiolka. Z początku nie skojarzył ze sobą faktów, bo zdarzało mu się nosić po kieszeniach naprawdę różne rzeczy. A tę konkretną próbkę wepchnął tam pod wpływem konieczności zareagowania na zamieszanie, nie celowo.
Nie od razu zwrócił uwagę na to, że szkło ma również w kieszeni. Zamiast tego bardzo powoli zaczął podnosić się z ziemi, całkowicie ignorując wspomnienie o filiżance herbaty i wypowiedzi w stylu no to się narobiło!, bo nie. Wcale się nie narobiło, zrobiła to konkretna osoba. Ta, na którą Ambroise przeniósł wzrok idealnie w chwili, w której jego siostra rozpoczęła swoją tyradę i rzucanie nausznikami.
Mógłby do niej dołączyć. Najchętniej właśnie to by zrobił, gdyby nie to, że doskonale radziła sobie sama a on jeszcze nie do końca wszystko ogarniał. To nie był jego najlepszy dzień. Zdecydowanie nie. I właśnie się pogarszał, bo ból po opadnięciu adrenaliny zaczął rozlewać się po ciele Greengrassa. Zacisnął wargi, biorąc dwa głębsze oddechy nosem i kiwając głową w kierunku Roo, która już pojawiła się przy nich. Dał Norze wstać w pierwszej kolejności, samemu odzywając się do siostry.
- Poza tym, że prawie mnie spetryfikowało, mam szkło na... ...i najpewniej w... ...ciele? Bywało lepiej, nie jest najgorzej - odpowiedział, starając się miarkować, bo choć miał serdeczną ochotę nakopać tamtemu skurwysynowi to robienie tego w otoczeniu pracowników Ministerstwa nie byłoby najmądrzejszym posunięciem.
A on, nawet otumaniony, nie był ostatnim debilem. Nie liczyło się to, że miał bliższe towarzyskie kontakty z Jonathanem. Ani to, że nie miał żadnej relacji z Victorią, z którą niewiele o sobie wiedzieli. On może ciut więcej, bo była pieruńsko znana przez swoje wyczyny. Ona o nim dostatecznie mało, aby szczerze nie chciał tego zmieniać.
Mimo że był w stanie wstawić się za nią na początku spotkania, gdy Urquart próbował mierzyć ją wzrokiem to nie był fanem Ministerstwa Magii i ludzi w nim pracujących, nie wdawał się raczej z nimi w dyskusje towarzyskie. Ani zazwyczaj raczej nie zawodowe. Nie czuł potrzeby udowadniania im czegokolwiek ani chełpienia się swoimi wyczynami na jakimkolwiek gruncie.
Prywatnym, zawodowym czy tak jak teraz - tym w celu ogarnięcia najsłabszych ogniw towarzystwa. Nie zamierzał szukać poparcia u kogoś, z kim nigdy nie wymienił więcej niż pięciu słów na krzyż jak Victoria ani kogoś, kto nie był członkiem Towarzystwa, więc nie mógł mieć zbyt dużej decyzyjności, jak Jonathan. Miał porozmawiać o tym z siostrą, zdecydowanie nie zamierzał tak tego zostawić a Roselyn była jego zaufanym człowiekiem w grupie, natomiast nie teraz.
Obecnie przeniósł wzrok na pannę Lestrange, obdarzając ją nieznacznie pytającym spojrzeniem. W dalszym ciągu na wpół siedział, na wpół leżał w szklanych szczątkach tego, co pobierali członkowie grupy kobiety i tego, co on sam porównywał z badanymi z Norą i Cameronem próbkami. Figg właśnie podnosiła się z pomocą Roo, toteż on wykorzystał ten moment, żeby zmarszczyć brwi w celu ogarnięcia sytuacji i wskazać kobiecie szczątki, szkło, piach i wywrócone stanowisko wokół siebie.
- To doskonałe pytanie, panno Lestrange - tym razem nie był sarkastyczny, po prostu równie neutralny, co ona, może nawet zmieszany pytaniem z jej strony w obliczu tego, że zamiast igły w stogu siana mieli tu szkło w stertach piachu. - Natomiast raczej straciliśmy wszystkie próbki w wyniku tego, co tu się stało - kontynuował, korzystając z pomocnej dłoni siostry i otrzepując się ze wszystkiego, zbierając przy tym wyłącznie najpotrzebniejsze rzeczy prywatne z ziemi, które wyleciały mu w trakcie wszystkich bolesnych manewrów:
klucze, paczkę chusteczek i portfel. Nic więcej. Obolałej, zszarganej dumy niestety nie znalazł na podłodze. Musiała przeniknąć przez podłogę razem z dobrym nastrojem Roisa i standardami Towarzystwa. Za to przynajmniej zamienił ją na ból całego ciała i niemalże spetryfikowanie.
Później udał się z resztą chętnych w celu złożenia dalszych informacji i zasmarowania ewentualnych ran maścią. Może nawet wypicia (na pewno wypicia, podczas gdy Victoria składała raport w samotności) tej cholernej herbaty.
Odnotował wszelkie informacje zebrane podczas szczegółowych badań nad wodą i piaskiem, bo Nora i Cameron nie byli na miejscu. Wyszczególnił kwestię całkowitego braku substancji odżywczych w ziemi, która była zupełnie wyjałowiona. A także to, że mając okazję przelotnego wizualnego porównania tego z próbką zebraną przez drugą grupę, skłaniał się ku temu, aby stwierdzić, że był to ten sam piasek. Oczywiście jasno zaznaczając niemożność zweryfikowania tego, bo próbka została pobita w wyniku zamieszania i do niczego się nie nadawała. Jej szczątki zostały zmieszane ze szkłem z probówki, włóknami ubrań podartych po przesuwaniu się po podłodze i po próbce, która upadła; nie dodawał, kiedy, bo liczyło się wyłącznie to, że teraz pewnie sprzątnęły ją skrzaty.
Nie mówił nic o nekromancji, za to przyznał, że odór w pewnym momencie był tak silny, że czuł go mimo kataru. Zarekomendował też wyposażenie pomieszczeń w bardziej stabilne poręczne drabinki zamiast krzeseł, bo krzesła nie nadawały się do pobierania próbek od góry a on nie miał dalszej chęci wspierania nikogo poprzez podnoszenie go w powietrze i kolejnego upadania. To byłoby tyle, gdy z jego strony chodziło o zasady bezpieczeństwa i higieny pracy, bo sama Abbott raczej zachęcała do ich nieprzestrzegania, więc nie zamierzał dyskutować z nią na próżno o tym, że potrzebowali zdecydowanie więcej zabezpieczeń czy środków ochrony innych niż nauszniki.
Co do prawej ręki Abbott, zaznaczył fakt, że mężczyzna naraził ich wszystkich na niebezpieczeństwo. Niemalże doprowadził do tragedii, postępując samowolnie, nierozsądnie, pochopnie i bez zawahania nad konsekwencjami. Miał wspierać, tymczasem jego działania wywołały zagrożenie. Zdecydowanie poparł Roselyn w jej stwierdzeniach. Zresztą tego dnia zamierzając drugi raz w zatrważająco krótkim czasie zaproponować jej później piwo w domu i obgadanie dalszych posunięć.
Nie wyraził zainteresowania dalszym udziałem nad badaniami, lecz również go nie wykluczył. Po prostu o tym obecnie nie myślał, skupiając się na przekazie suchych faktów i powrocie do domu (jak liczył) z siostrą. Wieczorem miał sprawy.
Rośliny zostały odseparowane. Zarówno od siebie nawzajem, jak i od nich. Przysypał je piach, nie stanowiły już takiego zagrożenia jak jeszcze ułamek sekundy wcześniej. Teraz mogli zacząć wracać do równowagi. Po raz pierwszy świadomie rozejrzeć się po pomieszczeniu. Ocenić stopień zniszczeń i to, co można było zrobić, żeby chociaż trochę ograniczyć konsekwencje nieprzewidzianego starcia.
A tych było naprawdę wiele.
Dopiero w tym momencie Ambroise tak naprawdę zorientował się, że siedzi (a właściwie to nawet półleży) pośród szkła, piachu, narzędzi ze stolika badawczego, który również już nie stoi tylko leży wywrócony przez Norę na ziemi. Nie był w stanie określić pochodzenia większości szkła, któremu za to nie przeszkadzało to w niczym, aby pokaleczyć mu ręce przez skórzane rękawiczki. Teraz porozcinane.
Ciało bolało po uderzeniu. Gdzieś tam szczypało i piekło nieprzyjemnie. Z pewnością miał trochę szkła do wyjmowania z paru miejsc na ciele. Szczególnie tam, gdzie coś stłukło mu się w kieszeni. Nie, nie coś tylko fiolka. Z początku nie skojarzył ze sobą faktów, bo zdarzało mu się nosić po kieszeniach naprawdę różne rzeczy. A tę konkretną próbkę wepchnął tam pod wpływem konieczności zareagowania na zamieszanie, nie celowo.
Nie od razu zwrócił uwagę na to, że szkło ma również w kieszeni. Zamiast tego bardzo powoli zaczął podnosić się z ziemi, całkowicie ignorując wspomnienie o filiżance herbaty i wypowiedzi w stylu no to się narobiło!, bo nie. Wcale się nie narobiło, zrobiła to konkretna osoba. Ta, na którą Ambroise przeniósł wzrok idealnie w chwili, w której jego siostra rozpoczęła swoją tyradę i rzucanie nausznikami.
Mógłby do niej dołączyć. Najchętniej właśnie to by zrobił, gdyby nie to, że doskonale radziła sobie sama a on jeszcze nie do końca wszystko ogarniał. To nie był jego najlepszy dzień. Zdecydowanie nie. I właśnie się pogarszał, bo ból po opadnięciu adrenaliny zaczął rozlewać się po ciele Greengrassa. Zacisnął wargi, biorąc dwa głębsze oddechy nosem i kiwając głową w kierunku Roo, która już pojawiła się przy nich. Dał Norze wstać w pierwszej kolejności, samemu odzywając się do siostry.
- Poza tym, że prawie mnie spetryfikowało, mam szkło na... ...i najpewniej w... ...ciele? Bywało lepiej, nie jest najgorzej - odpowiedział, starając się miarkować, bo choć miał serdeczną ochotę nakopać tamtemu skurwysynowi to robienie tego w otoczeniu pracowników Ministerstwa nie byłoby najmądrzejszym posunięciem.
A on, nawet otumaniony, nie był ostatnim debilem. Nie liczyło się to, że miał bliższe towarzyskie kontakty z Jonathanem. Ani to, że nie miał żadnej relacji z Victorią, z którą niewiele o sobie wiedzieli. On może ciut więcej, bo była pieruńsko znana przez swoje wyczyny. Ona o nim dostatecznie mało, aby szczerze nie chciał tego zmieniać.
Mimo że był w stanie wstawić się za nią na początku spotkania, gdy Urquart próbował mierzyć ją wzrokiem to nie był fanem Ministerstwa Magii i ludzi w nim pracujących, nie wdawał się raczej z nimi w dyskusje towarzyskie. Ani zazwyczaj raczej nie zawodowe. Nie czuł potrzeby udowadniania im czegokolwiek ani chełpienia się swoimi wyczynami na jakimkolwiek gruncie.
Prywatnym, zawodowym czy tak jak teraz - tym w celu ogarnięcia najsłabszych ogniw towarzystwa. Nie zamierzał szukać poparcia u kogoś, z kim nigdy nie wymienił więcej niż pięciu słów na krzyż jak Victoria ani kogoś, kto nie był członkiem Towarzystwa, więc nie mógł mieć zbyt dużej decyzyjności, jak Jonathan. Miał porozmawiać o tym z siostrą, zdecydowanie nie zamierzał tak tego zostawić a Roselyn była jego zaufanym człowiekiem w grupie, natomiast nie teraz.
Obecnie przeniósł wzrok na pannę Lestrange, obdarzając ją nieznacznie pytającym spojrzeniem. W dalszym ciągu na wpół siedział, na wpół leżał w szklanych szczątkach tego, co pobierali członkowie grupy kobiety i tego, co on sam porównywał z badanymi z Norą i Cameronem próbkami. Figg właśnie podnosiła się z pomocą Roo, toteż on wykorzystał ten moment, żeby zmarszczyć brwi w celu ogarnięcia sytuacji i wskazać kobiecie szczątki, szkło, piach i wywrócone stanowisko wokół siebie.
- To doskonałe pytanie, panno Lestrange - tym razem nie był sarkastyczny, po prostu równie neutralny, co ona, może nawet zmieszany pytaniem z jej strony w obliczu tego, że zamiast igły w stogu siana mieli tu szkło w stertach piachu. - Natomiast raczej straciliśmy wszystkie próbki w wyniku tego, co tu się stało - kontynuował, korzystając z pomocnej dłoni siostry i otrzepując się ze wszystkiego, zbierając przy tym wyłącznie najpotrzebniejsze rzeczy prywatne z ziemi, które wyleciały mu w trakcie wszystkich bolesnych manewrów:
klucze, paczkę chusteczek i portfel. Nic więcej. Obolałej, zszarganej dumy niestety nie znalazł na podłodze. Musiała przeniknąć przez podłogę razem z dobrym nastrojem Roisa i standardami Towarzystwa. Za to przynajmniej zamienił ją na ból całego ciała i niemalże spetryfikowanie.
Później udał się z resztą chętnych w celu złożenia dalszych informacji i zasmarowania ewentualnych ran maścią. Może nawet wypicia (na pewno wypicia, podczas gdy Victoria składała raport w samotności) tej cholernej herbaty.
Odnotował wszelkie informacje zebrane podczas szczegółowych badań nad wodą i piaskiem, bo Nora i Cameron nie byli na miejscu. Wyszczególnił kwestię całkowitego braku substancji odżywczych w ziemi, która była zupełnie wyjałowiona. A także to, że mając okazję przelotnego wizualnego porównania tego z próbką zebraną przez drugą grupę, skłaniał się ku temu, aby stwierdzić, że był to ten sam piasek. Oczywiście jasno zaznaczając niemożność zweryfikowania tego, bo próbka została pobita w wyniku zamieszania i do niczego się nie nadawała. Jej szczątki zostały zmieszane ze szkłem z probówki, włóknami ubrań podartych po przesuwaniu się po podłodze i po próbce, która upadła; nie dodawał, kiedy, bo liczyło się wyłącznie to, że teraz pewnie sprzątnęły ją skrzaty.
Nie mówił nic o nekromancji, za to przyznał, że odór w pewnym momencie był tak silny, że czuł go mimo kataru. Zarekomendował też wyposażenie pomieszczeń w bardziej stabilne poręczne drabinki zamiast krzeseł, bo krzesła nie nadawały się do pobierania próbek od góry a on nie miał dalszej chęci wspierania nikogo poprzez podnoszenie go w powietrze i kolejnego upadania. To byłoby tyle, gdy z jego strony chodziło o zasady bezpieczeństwa i higieny pracy, bo sama Abbott raczej zachęcała do ich nieprzestrzegania, więc nie zamierzał dyskutować z nią na próżno o tym, że potrzebowali zdecydowanie więcej zabezpieczeń czy środków ochrony innych niż nauszniki.
Co do prawej ręki Abbott, zaznaczył fakt, że mężczyzna naraził ich wszystkich na niebezpieczeństwo. Niemalże doprowadził do tragedii, postępując samowolnie, nierozsądnie, pochopnie i bez zawahania nad konsekwencjami. Miał wspierać, tymczasem jego działania wywołały zagrożenie. Zdecydowanie poparł Roselyn w jej stwierdzeniach. Zresztą tego dnia zamierzając drugi raz w zatrważająco krótkim czasie zaproponować jej później piwo w domu i obgadanie dalszych posunięć.
Nie wyraził zainteresowania dalszym udziałem nad badaniami, lecz również go nie wykluczył. Po prostu o tym obecnie nie myślał, skupiając się na przekazie suchych faktów i powrocie do domu (jak liczył) z siostrą. Wieczorem miał sprawy.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down