06.12.2024, 04:59 ✶
To, co ich ogarnęło mogło być zupełnym szaleństwem. Opętaniem nie znającym umiaru. Upajaniem się sobą nawzajem, jakby cały świat zniknął i nie miał już powrócić a oni zostali tylko we dwoje, zamierzając pozostać tu w tej wieczności bez doznawania jakichkolwiek konsekwencji. Bez zadawania pytań, bez odpowiedzi na to wszystko, co nie musiało paść, więc bez wahania to od siebie odsuwali.
Potrzebowali wyłącznie jednego, więc to sobie dawali. Wpatrzony w błękitne oczy Geraldine, sięgał i dawał, brał i oddawał, przyjmował i oferował, bo tylko tyle mógł teraz zrobić. Nie dało się cofnąć przeszłości, nie mogli mieć wspólnej przyszłości a ta wlaściwa (bujda) racjonalna część teraźniejszości bolała. Nie była tym, czego pragnęli. Zarówno od świata, jak i wyraźnie od siebie nawzajem.
Ambroise wiedział, czego pragnął. To nigdy nie uległo zmianie. Nie mógł tego mieć, więc odpychał od siebie wszystkie myśli o tym, aby nie dać się wciągnąć samemu sobie w pułapkę, z której nie dane byłoby mu się wydostać. Jednakże to nie zmieniało faktu, że wiedział, czego pragnął. W rzeczywistości. W tej rzeczywistości, którą teraz wspólnie tworzyli, nie śniąc, tylko sycąc się sobą nawzajem na jawie.
Nawet jeśli to były wyłącznie złudzenia to był gotów wziąć odpowiedzialność za to, co się stanie, gdy ponownie runą. Przynajmniej tak sobie powtarzał, kradnąc jej kolejne pocałunki i posuwając się coraz dalej w dążeniu do tego, aby dać jej to, czego potrzebowała. To, co widział w tych niebieskich oczach. To, na co tak żarliwie odpowiadał własnym spojrzeniem i całym sobą, ciałem spragnionym palącego dotyku.
Nie myliła się. Nie przyznałby jej tego nawet teraz, nawet gdyby wiedział, o czym myśli Geraldine. Starał się czytać z niej tak jak niegdyś, samemu również nieświadomie pozwalając, aby to ona z niego czytała. Jednak nie powiedziałby tego wprost. To zbyt wiele by go kosztowało. Musiałby przyznać, że zawalił, że zbudowane mury były zbyt pochopne, że może w istocie mieli wtedy więcej szans niż im dawał i wystarczyło wyłącznie po nie sięgnąć.
Tak jak po jej ciało. Jak po słodycz warg i ciepło ramion. Po złudzenie dawnej miłości, która w tej chwili sprawiała wrażenie, jakby nigdy nie wygasła. Zawsze to mieli, czymkolwiek było. Teraz pojawiła się również ta ostrożna myśl, że prawdopodobnie to miało z nimi pozostać, skoro nie potrzebowali wiele, tak właściwie to nawet nie kilku słów, aby znów ku sobie sięgnąć i dać się ponieść temu magnetycznemu, iskrzącemu przyciąganiu.
Ironiczne, ale może to w tym tkwiła istota ich zawsze, na zawsze? Nie w tym, co tak pochopnie i naiwnie zakładali. Nie w byciu ze sobą, przy sobie a właśnie w tej chwili, w którą potrafili na nowo wzniecić w sobie pożar i ogień? To nie pokrzepiało, to było równie palące, ale jeśli tak miało wyglądać ich połączenie to w tym momencie był skłonny się temu poddać. Jeśli nie mógł mieć jej na stałe, mogli mieć siebie nawzajem przynajmniej w taki sposób.
Nie zastanawiał się jak żałosne by to było. Że już tak niegdyś wokół siebie krążyli i to nie było w stanie spełnić ich najgłębszych potrzeb, bo nie o fizyczność między nimi chodziło. Była istotna, ale nie najważniejsza. Potrzebował tego żaru i dotyku, nóg owiniętych wokół niego, dłoni przesuwających się po ciele, ust napierających na usta, ale to nie było wszystko. To nigdy nie było wszystko, w innym razie nie mieliby tego, co utracili. I tego, w czym się teraz zatracali, jakby nigdy nie zniknęło, tylko na moment przygasło.
Czerpał tyle, ile się dało, nawet z tej ulotnej chwili. Oboje czerpali, wymieniając niezliczone pocałunki i coraz bardziej się w sobie plącząc, zatapiając się w dotyku prowadzącym ich ku czemuś, co nigdy nie powinno się wydarzyć, ale jednocześnie było najwłaściwszym splotem wydarzeń od miesięcy. Lat z dala od siebie, które ich ciała próbowały nadrobić w sekundy.
Każdy oddech, który brał był przepełniony jej zapachem, każda myśl krążyła wokół niej. Czuł tęsknotę za jej obecnością, za ciepłem emanującym od jej ciała, za spojrzeniem, które potrafiło rozgrzać go do czerwoności. Nie było chłodu i zimna, ciemności i zmierzchu. Tylko ogień i żar, ale też jasne światło dnia i spokój. Ulga, nie tylko dla ciała, choć i ono ku temu zmierzało. Ponownie mieli się sobą nasycić.
Kiedy ich spojrzenia się spotykały, w powietrzu zaiskrzyło. To była ta sama iskra, która kiedyś zapłonęła między nimi a teraz rozgorzała z nową siłą. Nie mieli wyjścia tylko jej ulec. Nie dało się tego zdusić, zresztą chyba żadne z nich tego nie pragnęło.
Ich dłonie wędrowały po spragnionych, nienasyconych ciałach, na nowo odkrywane, jakby każdy centymetr skóry był nieznanym terytorium, które pragnęli zbadać. Chciał poczuć każdy fragment jej ciała, wywołać drżenie i mruknięcie, niekontrolowane jęknięcie, które wydobywało się z jej ust, gdy ich ciała się łączyły. Był nią tak zafascynowany jak zawsze, jakby to był pierwszy raz, kiedy mieli się ku sobie ostatecznie zbliżyć, osiągając spełnienie.
Urywane oddechy stawały się coraz bardziej intensywne, serca łomotały w jednym rytmie, szum wypełniał uszy, pożądanie wirowało w głowie bardziej niż jakikolwiek alkohol, bardziej niż narkotyk. To, co ich kiedyś łączyło było jak niewidzialna nić, która wciąż trwała, splatali, mimo upływu czasu. Teraz, w tej chwili, czuł, że ta nić znowu ich zbliża, przyciąga do siebie. Ku sobie, choć trudno byłoby, by byli jeszcze bliżej.
Pragnął Geraldine tak samo jak ona jego. Pragnął tego, co mieli, nawet jeśli to miało być tylko na chwilę. Nie obchodził go świat na zewnątrz, nie interesowały go konsekwencje. Liczyła się tylko ona, ich ciała, które złączyły się w jedno, jakby nic innego się nie liczyło, i ta żarliwa, paląca energia, która ich przyciągała.
Czuł jak jego serce bije coraz szybciej jak pragnienie, które narastało nareszcie znajduje ujście. Ich oddechy stawały się coraz bardziej intensywne a ruchy coraz bardziej chaotyczne. Poczuł posmak krwi na języku, piekący ból wargi, ale wyłącznie się uśmiechnął, pogłębiając pocałunek. Jeszcze bardziej na nią napierając, mocniej poddając się miękkości skóry i owiniętym wokół niego nogom, które mimowolnie zdecydowanym przeniósł na swoje barki, odrywając się na moment od ust dziewczyny, aby móc na nią patrzeć. Nie odwracać wzroku, napawać się chwilą.
Czuł jak ich ciała stapiają się w jedno na samej granicy, ułamek sekundy, mgnienie oka nim czas całkowicie przestał mieć znaczenie. Byli tylko oni, ich namiętność, ich pragnienia, wspomnienie tego, tej chwili, gdy kolejny raz się spalili.
Opadając w pościel, łapiąc oddech w gorącu sprawiającym, że potrzebował kilkunastu sekund, aby uświadomić sobie, co tak właściwie znowu zrobili. Kolejny raz pod wpływem chwili, ale czy tylko chwili? Nie. Pod wpływem tego, co sprawiło, że nawet teraz znowu ją do siebie przyciągnął. Bez słowa przygarnął do siebie, przekręcając się tak, żeby pocałować ją przedtem w czoło, uśmiechając się mimochodem z zamkniętymi oczami, które przymknął, aby poddać się wrażeniu spokoju. Wyczerpaniu, zmęczeniu, ale ukojeniu, satysfakcji.
To była rudera. Ruina. Ten dom, który kiedyś tworzyli, ale teraz to na powrót było ich wspólne miejsce. Bezpieczna przystań, upragniona ostoja.
Usnął? Zawiesił się w czasie? Po prostu uległ wrażeniu nierealności? Wiedział tyle, że kiedy kolejny raz mrugnął, przenosząc wzrok na kobietę, za oknem zrobiło się znacznie ciemniej. Zaczął zapadać zmierzch.
Zmierzch... ...morderca chwili.
Na ułamek sekundy oderwał wzrok od jej oczu a jego spojrzenie zbłądziło w dół, zatrzymując się na ich splecionych dłoniach, które teraz wydawały mu się tak niewłaściwe właściwe. I zarazem właściwie niewłaściwe. Któreś z tego na pewno. Oba? Żadne?
- Mogę udawać, że wszystko jest w porządku, ale... ...znasz mnie... ...wiesz, że to nieprawda. Prawie wczoraj zginęliśmy. To miesza w głowie, ale nie jest wymówką - odezwał się ciężko, powoli i znacznie bardziej grobowo niż zamierzał.
W rzeczywistości wcale nie planował tego robić. Nie powinni byli zmieniać niektórych rzeczy, ale już to zrobili i cholera wcale tego nie żałował. To było w tym najbardziej gorzkie, że nawet w tej chwili mógłby z powodzeniem utonąć w ramionach Geraldine, raz po raz sięgając po to, co sobie dawali, bo to byłoby naprawdę proste rozwiązanie.
Tyle tylko, że nie mógł powiedzieć, że nikogo by nim nie krzywdzili. Wręcz przeciwnie. Jak na złość, krzywdziliby tym kogoś znacznie ważniejszego od kilku przypadkowych osób, bo siebie nawzajem. Ambroise był to w stanie przełknąć, przeżyć rozgoryczenie związane z tym, że już niedługo mieli osobno opuścić to miejsce. Przynajmniej tak sobie mówił, natomiast gdzieś tam pod skórą miał wrażenie, że to musiało się wydarzyć.
Nie tylko rozstanie, które było nieuchronne, lecz również rozmowa, by nie musieli tego przechodzić ponownie. Kiedykolwiek. Aby nie złamał się któregoś wieczoru, wracając we wspomnieniach do którejś z tych chwil i robiąc coś skrajnie głupiego. Zwłaszcza wtedy, kiedy usłyszałby o nieuniknionym. O niej i jej narzeczonym, przyszłym mężu. Tym, że nie tylko mieli już datę (nie zamierzał pytać czy ją mają), ale ona właśnie nadeszła.
- Spróbuj mi nie przerywać - uprzedził, wypuszczając powietrze nosem i głęboko oddychając. Raz.
Mimo ścisku w gardle i tego jak bardzo miał ochotę zaciskać usta, ścierając o siebie zęby, byleby tylko zrezygnować z tego, co już zostało wypowiedziane. A jednak skoro to padło, powiedział a to również b było naturalną konsekwencją rzeczy.
- Wiem, że to nie ma żadnego znaczenia. Jest o dupę potłuc. Bezcelowe. Nie potrzebuję takich uwag, więc możesz je sobie darować - zabierał się do tego jak pies do jeża, mimowolnie się spinając i wbijając wzrok w komodę centralnie pod ścianą naprzeciwko łóżka.
Jak na ironię nadal mogli na siebie patrzeć, tyle tylko, że w odbiciu ciemnej tafli mugolskiego telewizora zostawionego tu przez poprzednich właścicieli, choć chyba niezbyt dobrze działającego (bo w życiu nie przyznałby, że go po prostu nie ogarniał, szczególnie że ten na dole był bardzo funkcjonalny zanim niemal nie wybuchł).
Złośliwość rzeczy martwych. Wcale nie chciał widzieć spojrzenia Geraldine, więc uniósł wzrok jeszcze wyżej. Na muchę na ścianie. Chyba nie żyła, ale jakimś cudem w dalszym ciągu nie spadła na ziemię. Zupełnie tak, jakby wszystko rzeczywiście zawiesiło się w czasie.
- To, co padło w Dolinie... ...nie chcę, żebyś myślała, że przestałem cię kochać, że cię wyrzuciłem. To bardziej skomplikowane - nieznacznie pokręcił głową.
W żadnym razie nie potrzebował, aby wytykała mu klasyczny przykład to nie ty, to ja, tyle tylko, że dawno za późno i zdecydowanie nie w sytuacji, w której to miałoby mieć jakieś znaczenie. To było raczej całkowicie jasne. Doskonale widoczne w całej jego postawie. W grobowym spojrzeniu i lekkim, bardzo nieznacznym uniesieniu kącików ust w cynicznym grymasie. Jasne, spodziewał się, że to nie pozostanie nieskomentowane. W końcu to była Geraldine a on cholernie ją tym kiedyś zranił, ale po prostu liczył na to, że zaczeka z uderzeniem. Nie przerwie mu, bo wtedy za cholerę by nie skończył.
- Myślałem, że czas wszystko załatwi, wytworzy odpowiedni dystans, ale im dłużej się staram, tym bardziej czuję, że to nie ma sensu - kontynuował powoli, jego gardło zdawało się być naprawdę okrutnie suche, jakby za każdym razem, gdy się wypowiadał przełykał przy tym trochę piachu.
Z trudem formułował słowa. Był na siebie o to zły - to jasne, natomiast nie chciał pozostawiać tego w ten sposób. To, że mówił pod wpływem chwili było prawdopodobnie najszczerszą rzeczą, na jaką pozwolił sobie od wielu miesięcy z kimkolwiek. Szczególnie z nią. Zawsze z nią. Za każdym razem w ten sam sposób, ale inaczej. Mówił, bo musiał mówić. Pod naporem kolejnych sekund, poddając się poczuciu, że to powinno paść. Prędzej niż później. Tu i teraz.
- Nie w tym wydaniu. Szczególnie nie, gdy to było kwestią czasu jak na siebie wpadniemy - mimowolnie przesunął dłonią po jej włosach rozrzuconych na poduszce, nie dostrzegając tego, że jego palce drżały, gdy dotykał ich miękkości ani tego, że w ogóle w dalszym ciągu oplatał ją ramionami. - Nie żałuję tego momentu. Wiesz, że nie. Ani poprzedniej nocy, ani dzisiejszego dnia - bo poszedłby za nią w ogień i nawet nie musiała o to prosić, prawda?
Nie żałował.
- To nie działa. To... ...nie wiem co, ale nie działa - zmrużył oczy a mięśnie jego twarzy napięły się, gdy starał się znaleźć odpowiednie słowa.
Nigdy nie był w nich dobry, ale teraz czuł, że przychodziły mu naprawdę cholernie ciężko. Z trudem opuszczały usta, ledwo przeciskały się przez zaciśnięte gardło, nawet nie usiłowały zlepiać się w jego głowie w jakkolwiek sensowne zdania, które mógłby przemyśleć zanim je powie. Więc po prostu mówił. Cicho, ale zdecydowanie.
- Cokolwiek się stanie, zawsze będziesz mieć moje serce, nawet jeśli nie jesteśmy razem. Powinnaś to wiedzieć - ale czy wiedziała?
Musiała. To była ta jedna rzecz, którą musiała. Jedna jedyna.
- Nawet jeśli podjąłem decyzje, które nas rozdzieliły i ich nie żałuję - urwał na kilka sekund, mobilizując się do tego, by wreszcie przenieść spojrzenie ku oczom Geraldine, zatracając się w ich kolorze pod wpływem chwili, w której wszystko znowu stało się takie...
...skomplikowane. Wręcz kurewsko poplątane. Chciał być z nią szczery, ale nie mógł. Usiłował dobierać słowa, być rozważny, bo ich ostatnie minuty zdecydowanie dawały do zrozumienia, że nie był i nie miał być racjonalny. Natomiast to było cholernie trudne.
Tak zagmatwane, że nie bez przyczyny tego wtedy nie zrobił. Teraz wracał ku temu myślami. Odszedł nie pod wpływem chwili, tylko namysłu. Nie żałował, bo nie widział innej opcji. Jedyny żal, jaki w sobie nosił to ten wobec wszystkich wcześniejszych zdarzeń, które doprowadziły go do podjęcia takiej decyzji. Tu nie umiał nie czuć goryczy i żalu.
- Nie chciałem, by tak się to skończyło - to nie były wyłącznie puste słowa, ale tak brzmiały w jego uszach.
Zwłaszcza teraz, gdy leżeli obok siebie a on w dalszym ciągu otulał ją ramionami, owijając sobie pukiel jasnych włosów dziewczyny wokół palca wskazującego i starając się po prostu mówić. Cicho, ale do celu. Krok po kroku.
- I nie mam wyrzutów sumienia za to teraz ani złudzeń. Nie będzie pózniej poza tym domem. Jeśli tego zechcesz, zjedzmy kolację, jedną, drugą. Zostańmy tu do niedzieli wieczorem, do poniedziałku rano. Bez poruszania tego tematu - albo mogli się rozejść, ostatecznie rozstać już w tej chwili, choć czy to byłoby dobre?
Nie byłoby. Nie dla niego. Nie po tym wszystkim. Nie, gdy raz po raz ulegali sobie zawieszeni w zamarłej chwili. Potrzebowali tego, pragnął w to wierzyć, potrzebowali móc to zakończyć właściwie. Dać sobie to, czego nigdy nie mieli.
- Zawsze chciałem się z tobą właściwie pożegnać - zawiesił wzrok na twarzy dziewczyny, oczekując tego, co miało nadejść.
Odtrącenia, bo jakże inaczej. Był tego pewien. Mimo to chyba pierwszy raz w życiu był tym, który wyciągnął rękę. Nawet jeśli na pożegnanie.
Potrzebowali wyłącznie jednego, więc to sobie dawali. Wpatrzony w błękitne oczy Geraldine, sięgał i dawał, brał i oddawał, przyjmował i oferował, bo tylko tyle mógł teraz zrobić. Nie dało się cofnąć przeszłości, nie mogli mieć wspólnej przyszłości a ta wlaściwa (bujda) racjonalna część teraźniejszości bolała. Nie była tym, czego pragnęli. Zarówno od świata, jak i wyraźnie od siebie nawzajem.
Ambroise wiedział, czego pragnął. To nigdy nie uległo zmianie. Nie mógł tego mieć, więc odpychał od siebie wszystkie myśli o tym, aby nie dać się wciągnąć samemu sobie w pułapkę, z której nie dane byłoby mu się wydostać. Jednakże to nie zmieniało faktu, że wiedział, czego pragnął. W rzeczywistości. W tej rzeczywistości, którą teraz wspólnie tworzyli, nie śniąc, tylko sycąc się sobą nawzajem na jawie.
Nawet jeśli to były wyłącznie złudzenia to był gotów wziąć odpowiedzialność za to, co się stanie, gdy ponownie runą. Przynajmniej tak sobie powtarzał, kradnąc jej kolejne pocałunki i posuwając się coraz dalej w dążeniu do tego, aby dać jej to, czego potrzebowała. To, co widział w tych niebieskich oczach. To, na co tak żarliwie odpowiadał własnym spojrzeniem i całym sobą, ciałem spragnionym palącego dotyku.
Nie myliła się. Nie przyznałby jej tego nawet teraz, nawet gdyby wiedział, o czym myśli Geraldine. Starał się czytać z niej tak jak niegdyś, samemu również nieświadomie pozwalając, aby to ona z niego czytała. Jednak nie powiedziałby tego wprost. To zbyt wiele by go kosztowało. Musiałby przyznać, że zawalił, że zbudowane mury były zbyt pochopne, że może w istocie mieli wtedy więcej szans niż im dawał i wystarczyło wyłącznie po nie sięgnąć.
Tak jak po jej ciało. Jak po słodycz warg i ciepło ramion. Po złudzenie dawnej miłości, która w tej chwili sprawiała wrażenie, jakby nigdy nie wygasła. Zawsze to mieli, czymkolwiek było. Teraz pojawiła się również ta ostrożna myśl, że prawdopodobnie to miało z nimi pozostać, skoro nie potrzebowali wiele, tak właściwie to nawet nie kilku słów, aby znów ku sobie sięgnąć i dać się ponieść temu magnetycznemu, iskrzącemu przyciąganiu.
Ironiczne, ale może to w tym tkwiła istota ich zawsze, na zawsze? Nie w tym, co tak pochopnie i naiwnie zakładali. Nie w byciu ze sobą, przy sobie a właśnie w tej chwili, w którą potrafili na nowo wzniecić w sobie pożar i ogień? To nie pokrzepiało, to było równie palące, ale jeśli tak miało wyglądać ich połączenie to w tym momencie był skłonny się temu poddać. Jeśli nie mógł mieć jej na stałe, mogli mieć siebie nawzajem przynajmniej w taki sposób.
Nie zastanawiał się jak żałosne by to było. Że już tak niegdyś wokół siebie krążyli i to nie było w stanie spełnić ich najgłębszych potrzeb, bo nie o fizyczność między nimi chodziło. Była istotna, ale nie najważniejsza. Potrzebował tego żaru i dotyku, nóg owiniętych wokół niego, dłoni przesuwających się po ciele, ust napierających na usta, ale to nie było wszystko. To nigdy nie było wszystko, w innym razie nie mieliby tego, co utracili. I tego, w czym się teraz zatracali, jakby nigdy nie zniknęło, tylko na moment przygasło.
Czerpał tyle, ile się dało, nawet z tej ulotnej chwili. Oboje czerpali, wymieniając niezliczone pocałunki i coraz bardziej się w sobie plącząc, zatapiając się w dotyku prowadzącym ich ku czemuś, co nigdy nie powinno się wydarzyć, ale jednocześnie było najwłaściwszym splotem wydarzeń od miesięcy. Lat z dala od siebie, które ich ciała próbowały nadrobić w sekundy.
Każdy oddech, który brał był przepełniony jej zapachem, każda myśl krążyła wokół niej. Czuł tęsknotę za jej obecnością, za ciepłem emanującym od jej ciała, za spojrzeniem, które potrafiło rozgrzać go do czerwoności. Nie było chłodu i zimna, ciemności i zmierzchu. Tylko ogień i żar, ale też jasne światło dnia i spokój. Ulga, nie tylko dla ciała, choć i ono ku temu zmierzało. Ponownie mieli się sobą nasycić.
Kiedy ich spojrzenia się spotykały, w powietrzu zaiskrzyło. To była ta sama iskra, która kiedyś zapłonęła między nimi a teraz rozgorzała z nową siłą. Nie mieli wyjścia tylko jej ulec. Nie dało się tego zdusić, zresztą chyba żadne z nich tego nie pragnęło.
Ich dłonie wędrowały po spragnionych, nienasyconych ciałach, na nowo odkrywane, jakby każdy centymetr skóry był nieznanym terytorium, które pragnęli zbadać. Chciał poczuć każdy fragment jej ciała, wywołać drżenie i mruknięcie, niekontrolowane jęknięcie, które wydobywało się z jej ust, gdy ich ciała się łączyły. Był nią tak zafascynowany jak zawsze, jakby to był pierwszy raz, kiedy mieli się ku sobie ostatecznie zbliżyć, osiągając spełnienie.
Urywane oddechy stawały się coraz bardziej intensywne, serca łomotały w jednym rytmie, szum wypełniał uszy, pożądanie wirowało w głowie bardziej niż jakikolwiek alkohol, bardziej niż narkotyk. To, co ich kiedyś łączyło było jak niewidzialna nić, która wciąż trwała, splatali, mimo upływu czasu. Teraz, w tej chwili, czuł, że ta nić znowu ich zbliża, przyciąga do siebie. Ku sobie, choć trudno byłoby, by byli jeszcze bliżej.
Pragnął Geraldine tak samo jak ona jego. Pragnął tego, co mieli, nawet jeśli to miało być tylko na chwilę. Nie obchodził go świat na zewnątrz, nie interesowały go konsekwencje. Liczyła się tylko ona, ich ciała, które złączyły się w jedno, jakby nic innego się nie liczyło, i ta żarliwa, paląca energia, która ich przyciągała.
Czuł jak jego serce bije coraz szybciej jak pragnienie, które narastało nareszcie znajduje ujście. Ich oddechy stawały się coraz bardziej intensywne a ruchy coraz bardziej chaotyczne. Poczuł posmak krwi na języku, piekący ból wargi, ale wyłącznie się uśmiechnął, pogłębiając pocałunek. Jeszcze bardziej na nią napierając, mocniej poddając się miękkości skóry i owiniętym wokół niego nogom, które mimowolnie zdecydowanym przeniósł na swoje barki, odrywając się na moment od ust dziewczyny, aby móc na nią patrzeć. Nie odwracać wzroku, napawać się chwilą.
Czuł jak ich ciała stapiają się w jedno na samej granicy, ułamek sekundy, mgnienie oka nim czas całkowicie przestał mieć znaczenie. Byli tylko oni, ich namiętność, ich pragnienia, wspomnienie tego, tej chwili, gdy kolejny raz się spalili.
Opadając w pościel, łapiąc oddech w gorącu sprawiającym, że potrzebował kilkunastu sekund, aby uświadomić sobie, co tak właściwie znowu zrobili. Kolejny raz pod wpływem chwili, ale czy tylko chwili? Nie. Pod wpływem tego, co sprawiło, że nawet teraz znowu ją do siebie przyciągnął. Bez słowa przygarnął do siebie, przekręcając się tak, żeby pocałować ją przedtem w czoło, uśmiechając się mimochodem z zamkniętymi oczami, które przymknął, aby poddać się wrażeniu spokoju. Wyczerpaniu, zmęczeniu, ale ukojeniu, satysfakcji.
To była rudera. Ruina. Ten dom, który kiedyś tworzyli, ale teraz to na powrót było ich wspólne miejsce. Bezpieczna przystań, upragniona ostoja.
Usnął? Zawiesił się w czasie? Po prostu uległ wrażeniu nierealności? Wiedział tyle, że kiedy kolejny raz mrugnął, przenosząc wzrok na kobietę, za oknem zrobiło się znacznie ciemniej. Zaczął zapadać zmierzch.
Zmierzch... ...morderca chwili.
Na ułamek sekundy oderwał wzrok od jej oczu a jego spojrzenie zbłądziło w dół, zatrzymując się na ich splecionych dłoniach, które teraz wydawały mu się tak niewłaściwe właściwe. I zarazem właściwie niewłaściwe. Któreś z tego na pewno. Oba? Żadne?
- Mogę udawać, że wszystko jest w porządku, ale... ...znasz mnie... ...wiesz, że to nieprawda. Prawie wczoraj zginęliśmy. To miesza w głowie, ale nie jest wymówką - odezwał się ciężko, powoli i znacznie bardziej grobowo niż zamierzał.
W rzeczywistości wcale nie planował tego robić. Nie powinni byli zmieniać niektórych rzeczy, ale już to zrobili i cholera wcale tego nie żałował. To było w tym najbardziej gorzkie, że nawet w tej chwili mógłby z powodzeniem utonąć w ramionach Geraldine, raz po raz sięgając po to, co sobie dawali, bo to byłoby naprawdę proste rozwiązanie.
Tyle tylko, że nie mógł powiedzieć, że nikogo by nim nie krzywdzili. Wręcz przeciwnie. Jak na złość, krzywdziliby tym kogoś znacznie ważniejszego od kilku przypadkowych osób, bo siebie nawzajem. Ambroise był to w stanie przełknąć, przeżyć rozgoryczenie związane z tym, że już niedługo mieli osobno opuścić to miejsce. Przynajmniej tak sobie mówił, natomiast gdzieś tam pod skórą miał wrażenie, że to musiało się wydarzyć.
Nie tylko rozstanie, które było nieuchronne, lecz również rozmowa, by nie musieli tego przechodzić ponownie. Kiedykolwiek. Aby nie złamał się któregoś wieczoru, wracając we wspomnieniach do którejś z tych chwil i robiąc coś skrajnie głupiego. Zwłaszcza wtedy, kiedy usłyszałby o nieuniknionym. O niej i jej narzeczonym, przyszłym mężu. Tym, że nie tylko mieli już datę (nie zamierzał pytać czy ją mają), ale ona właśnie nadeszła.
- Spróbuj mi nie przerywać - uprzedził, wypuszczając powietrze nosem i głęboko oddychając. Raz.
Mimo ścisku w gardle i tego jak bardzo miał ochotę zaciskać usta, ścierając o siebie zęby, byleby tylko zrezygnować z tego, co już zostało wypowiedziane. A jednak skoro to padło, powiedział a to również b było naturalną konsekwencją rzeczy.
- Wiem, że to nie ma żadnego znaczenia. Jest o dupę potłuc. Bezcelowe. Nie potrzebuję takich uwag, więc możesz je sobie darować - zabierał się do tego jak pies do jeża, mimowolnie się spinając i wbijając wzrok w komodę centralnie pod ścianą naprzeciwko łóżka.
Jak na ironię nadal mogli na siebie patrzeć, tyle tylko, że w odbiciu ciemnej tafli mugolskiego telewizora zostawionego tu przez poprzednich właścicieli, choć chyba niezbyt dobrze działającego (bo w życiu nie przyznałby, że go po prostu nie ogarniał, szczególnie że ten na dole był bardzo funkcjonalny zanim niemal nie wybuchł).
Złośliwość rzeczy martwych. Wcale nie chciał widzieć spojrzenia Geraldine, więc uniósł wzrok jeszcze wyżej. Na muchę na ścianie. Chyba nie żyła, ale jakimś cudem w dalszym ciągu nie spadła na ziemię. Zupełnie tak, jakby wszystko rzeczywiście zawiesiło się w czasie.
- To, co padło w Dolinie... ...nie chcę, żebyś myślała, że przestałem cię kochać, że cię wyrzuciłem. To bardziej skomplikowane - nieznacznie pokręcił głową.
W żadnym razie nie potrzebował, aby wytykała mu klasyczny przykład to nie ty, to ja, tyle tylko, że dawno za późno i zdecydowanie nie w sytuacji, w której to miałoby mieć jakieś znaczenie. To było raczej całkowicie jasne. Doskonale widoczne w całej jego postawie. W grobowym spojrzeniu i lekkim, bardzo nieznacznym uniesieniu kącików ust w cynicznym grymasie. Jasne, spodziewał się, że to nie pozostanie nieskomentowane. W końcu to była Geraldine a on cholernie ją tym kiedyś zranił, ale po prostu liczył na to, że zaczeka z uderzeniem. Nie przerwie mu, bo wtedy za cholerę by nie skończył.
- Myślałem, że czas wszystko załatwi, wytworzy odpowiedni dystans, ale im dłużej się staram, tym bardziej czuję, że to nie ma sensu - kontynuował powoli, jego gardło zdawało się być naprawdę okrutnie suche, jakby za każdym razem, gdy się wypowiadał przełykał przy tym trochę piachu.
Z trudem formułował słowa. Był na siebie o to zły - to jasne, natomiast nie chciał pozostawiać tego w ten sposób. To, że mówił pod wpływem chwili było prawdopodobnie najszczerszą rzeczą, na jaką pozwolił sobie od wielu miesięcy z kimkolwiek. Szczególnie z nią. Zawsze z nią. Za każdym razem w ten sam sposób, ale inaczej. Mówił, bo musiał mówić. Pod naporem kolejnych sekund, poddając się poczuciu, że to powinno paść. Prędzej niż później. Tu i teraz.
- Nie w tym wydaniu. Szczególnie nie, gdy to było kwestią czasu jak na siebie wpadniemy - mimowolnie przesunął dłonią po jej włosach rozrzuconych na poduszce, nie dostrzegając tego, że jego palce drżały, gdy dotykał ich miękkości ani tego, że w ogóle w dalszym ciągu oplatał ją ramionami. - Nie żałuję tego momentu. Wiesz, że nie. Ani poprzedniej nocy, ani dzisiejszego dnia - bo poszedłby za nią w ogień i nawet nie musiała o to prosić, prawda?
Nie żałował.
- To nie działa. To... ...nie wiem co, ale nie działa - zmrużył oczy a mięśnie jego twarzy napięły się, gdy starał się znaleźć odpowiednie słowa.
Nigdy nie był w nich dobry, ale teraz czuł, że przychodziły mu naprawdę cholernie ciężko. Z trudem opuszczały usta, ledwo przeciskały się przez zaciśnięte gardło, nawet nie usiłowały zlepiać się w jego głowie w jakkolwiek sensowne zdania, które mógłby przemyśleć zanim je powie. Więc po prostu mówił. Cicho, ale zdecydowanie.
- Cokolwiek się stanie, zawsze będziesz mieć moje serce, nawet jeśli nie jesteśmy razem. Powinnaś to wiedzieć - ale czy wiedziała?
Musiała. To była ta jedna rzecz, którą musiała. Jedna jedyna.
- Nawet jeśli podjąłem decyzje, które nas rozdzieliły i ich nie żałuję - urwał na kilka sekund, mobilizując się do tego, by wreszcie przenieść spojrzenie ku oczom Geraldine, zatracając się w ich kolorze pod wpływem chwili, w której wszystko znowu stało się takie...
...skomplikowane. Wręcz kurewsko poplątane. Chciał być z nią szczery, ale nie mógł. Usiłował dobierać słowa, być rozważny, bo ich ostatnie minuty zdecydowanie dawały do zrozumienia, że nie był i nie miał być racjonalny. Natomiast to było cholernie trudne.
Tak zagmatwane, że nie bez przyczyny tego wtedy nie zrobił. Teraz wracał ku temu myślami. Odszedł nie pod wpływem chwili, tylko namysłu. Nie żałował, bo nie widział innej opcji. Jedyny żal, jaki w sobie nosił to ten wobec wszystkich wcześniejszych zdarzeń, które doprowadziły go do podjęcia takiej decyzji. Tu nie umiał nie czuć goryczy i żalu.
- Nie chciałem, by tak się to skończyło - to nie były wyłącznie puste słowa, ale tak brzmiały w jego uszach.
Zwłaszcza teraz, gdy leżeli obok siebie a on w dalszym ciągu otulał ją ramionami, owijając sobie pukiel jasnych włosów dziewczyny wokół palca wskazującego i starając się po prostu mówić. Cicho, ale do celu. Krok po kroku.
- I nie mam wyrzutów sumienia za to teraz ani złudzeń. Nie będzie pózniej poza tym domem. Jeśli tego zechcesz, zjedzmy kolację, jedną, drugą. Zostańmy tu do niedzieli wieczorem, do poniedziałku rano. Bez poruszania tego tematu - albo mogli się rozejść, ostatecznie rozstać już w tej chwili, choć czy to byłoby dobre?
Nie byłoby. Nie dla niego. Nie po tym wszystkim. Nie, gdy raz po raz ulegali sobie zawieszeni w zamarłej chwili. Potrzebowali tego, pragnął w to wierzyć, potrzebowali móc to zakończyć właściwie. Dać sobie to, czego nigdy nie mieli.
- Zawsze chciałem się z tobą właściwie pożegnać - zawiesił wzrok na twarzy dziewczyny, oczekując tego, co miało nadejść.
Odtrącenia, bo jakże inaczej. Był tego pewien. Mimo to chyba pierwszy raz w życiu był tym, który wyciągnął rękę. Nawet jeśli na pożegnanie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down