Mglisty poranek w Dolinie Godryka przypominał mu o tym, że niedługo zaczną żółknąć liście, że niedługo wszystko pochłonie pożar. Siedząc jeszcze w swoim domu, w Warowni, pił herbatę, patrząc, jak złociste mgły przeciwstawiają się słońcu. Odpoczynek od spiekoty lata, a przecież tak niedawno świętowali jego kulminację na Lammas. Żniwa kończyły się powoli, zaczynały dożynki. Morpheus nie był rolnikiem, a od czasu, gdy trzymał w dłoniach kosę, minęły niemal trzy dekady. Tego poranka, jednak gdy przez otwarte okno wpadała pochmurność dnia, miał ochotę porzucić siebie samego i sięgnąć po tak proste narzędzie, należące do ludzkości od tysięcy lat i dokonać najprostszego aktu troski, najbardziej brutalnego dobra. Ściąć zboże. Tego dnia jednak nikt na pewno nie szedł tam kosić, za dużo wilgoci. Zgnilizna.
Dlatego, po tym jak się ogolił i ubrał w czarne szaty Niewymownego, wyjął z kieszeni niedawno nabyte karty tarota, kolekcjonerska edycja z postaciami historycznymi, i sięgnął po jedną.
Piątka Mieczy
Potarł kartonik kciukiem. Odwrócona piątka mieczy była dobrym znakiem. Zablokowana energia agresji. Mówiła o refleksji nad wcześniejszymi decyzjami i zaakceptowaniu ich konsekwencji. Nie eskaluj problemu. Pozycja pokory. Uśmiechnął się nad tą dobrą gwiazdą i w podziękowaniu, zapalił bogom kadzidełko, które otrzymał od Antoniusza z jakiejś egzotycznej wycieczki. Dym to dym. To ofiara. Możliwe, że dlatego, gdy stał przed domostwem Greengrassów, odziany w kir omenu, całkiem prostą szatę jeśli chodzi o kolor i ogólny krój, ale z bardzo skomplikowanymi zakładkami na klatce piersiowej, utrudniającymi zrozumienie, jak się ją właściwie zakłada, pachniał nieco cynamonem, kadzidłem i głęboką, rumową śliwką swojej wody po goleniu. Przyjemna kombinacja, chociaż bardziej nocna.
Za nim lewitowała mała skrzyneczka, emaliowana na czarno, z emblematem Departamentu Tajemnic. Stał, wyprostowany jak struna, co nie dodawało mu wiele wzrostu, z bardzo nijakim wyrazem twarzy, mara wyłaniająca się z mgły. Nawet przeszedł się do Greengrassów, zamiast się teleportować, przez co włoski na potylicy i karku nieco się skręciły od wilgoci w powietrzu. Nadal jednak zachował wygląd dojrzałego, szpakowatego troskami mężczyzny.
Spojrzał na zegarek i gdy sekundnik dokładnie odmierzył wskazaną godzinę, zaanonsował swoje przybycie. Uniósł dłoń i zastukał do drzwi trzykrotnie. Raz na odesłanie złych duchów, drugi raz na zdrowie dla gospodarzy, trzeci raz na szczęście. Przyglądał się aranżacji ogrodu, zastanawiając się, którą część mógłby użyć jako inspiracji w Little Hangleton, zwłaszcza że tam zwykle było tak ponuro i deszczowo.
Czekał cierpliwie, aż zostanie wprowadzony. Znał protokół, życie według niego było o wiele prostsze. W świecie magicznej arystokracji panowały zasady, wystarczyło ich przestrzegać, aby płynąć.