Trzeba było przyznać, że to nie była standardowa sytuacja, jaką mogła napotkać w pracy. Prawdę mówiąc, to cały czas zastanawiała się, po jaką cholerę musi pilnować Lorraine podczas jej pracy. Jasne, były to ofiary dziwnych Widm z Kniei, ale te ciała od dawna były… no martwe. Puste skorupy wysuszone i skurczone, wyglądały jakby miały się rozsypać. Z początku myślała, że może chcieli dopilnować, by nic nadprogramowego nie stało się z ciałami, w końcu byli na Nokturnie… Ale teraz przyszło jej do głowy, że w Ministerstwie musieli się spodziewać jakiegoś bardzo niestandardowego obrotu sprawy. I kolejna myśl: znowu coś wiedzieli i nie powiedzieli, znowu dawkowali informacje, bo po co wtajemniczać ludzi, którzy narażają swoje życie dla sprawy, skoro może się nic nie stać. Nie, to co tu się wydarzyło, to nie mógł być przypadek, po prostu doklejając ją do tej roboty, liczyli na to, że nic się nie wydarzy, ale brali pod uwagę, że jednak coś może się stać. Tak? Czy to już może paranoja kogoś, kto od miesięcy nic nie wie o tym, jak potoczyła się sprawa zgłoszenia ataku we śnie na nią i na innych ludzi, albo niemająca żadnej opinii zwrotnej z Departamentu Tajemnic na temat tego, co się w ogóle działo, a przecież Zimni byli tego częścią bardziej, niż ktokolwiek inny.
Mina Lorraine wskazywała na to, że i ona nie bardzo miała pojęcie co się tu właściwie dzieje. Eteryczna blondynka jednak szybko złapała rezon, a kiedy wyminęła ją, podchodząc bliżej tej dziwnej kobiety, Victoria bliska była złapania ją za ramię swoją lodowatą dłonią, ale powstrzymała się i wyszedł z tego tylko krótki tik nerwowy, zakończony odetchnięciem. To, co działo się na ich oczach było zdecydowanie obrzydliwe i nie wymyśliłaby sobie tego nawet w najbardziej makabrycznych koszmarach, które lubiły ją nawiedzać, wybudzając ze snu. Kiedy jednak Lorraine zbliżyła się do kobiety, Victoria stała w gotowości, przyszykowana do ewentualnej interwencji i to nie na korzyść denatki… Albo dopiero-co-denatki. Właściwie jedyne co jej przychodziło do głowy to to, że kobieta była jakąś dziwaczną odmianą ghoula; sama nie była zaznajomiona ani z Podziemnymi Ścieżkami, ani z rodziną McKinnon, ani z tym, jaka umiejętność przenosiła się w ich krwi.
Pastwić? Skurwysyny? Skurwysyny w lesie…?
Nim jakaś sensowna odpowiedź wykluła się w głowie Victorii, zobaczyła kątem oka porozumiewawczy uśmieszek Lorraine. Szybko przeniosła spojrzenie z półwili na nagą kobietę, boleśnie świadoma, że to nie ona powinna zadawać pytania, a na nie odpowiadać. W końcu ona była tu obca. Lorraine jednak, jak na gospodarza tego miejsca przystało, wzięła inicjatywę, by przełamać pierwsze lody, choć trochę ułatwić rozwikłanie tej zagadki.
– Victoria Lestrange. – przedstawiła się krótko, zastanawiając się, czy nieznajoma będzie kojarzyć jej imię i nazwisko, biorąc pod uwagę majową katastrofę. – Jestem aurorką przypisaną do czuwania nad dzisiejszym spokojem i bezpieczeństwem tego miejsca – dodała, a to, że nieznajoma nie oberwała jeszcze zaklęciem prosto pomiędzy oczy powinno znaczyć tyle, że ani ona, ani Lorraine nie mają złych zamiarów, i są zdecydowanie bardziej zaskoczone takim obrotem sprawy, niż wydawała się ta dziwna kobieta. Malfoy jednak zadała bardzo celne pytanie, którego Victoria nie zamierzała powtarzać. Zresztą jej własny ton nie brzmiał tak słodko poufale, bardziej chłodno-profesjonalnie. – Dobrze zrozumiałam? Ktoś celowo cię zabijał, a ty za każdym razem powracałaś…? W lesie? – widma? A może jacyś ludzie…?
Charyzma ◉◉○○○
Akcja nieudana
Krytyczna porazka