Victoria była dużo mniej ekstrawertyczna od Laurenta. Lubiła od czasu do czasu pokazać się w towarzystwie, spełnić te wszystkie oczekiwania towarzyskie, ale nie lubiła tego robić zbyt często. Chyba wdała się tutaj w rodzinę Lestrange – naukowców, alchemików, piwniczaków… Nie to, że w ogóle nie wychodziła ze swojego domu, bo to przecież nie prawda; uczęszczała na te wszystkie pogrzeby, wesela i inne imprezy, wszak to na jednej takiej zawiązała się jej relacja z Laurentem… Interesowała się życiem swojej rodziny. Wychodziła z bliskimi do kawiarni, restauracji, parku. Ale potem lubiła posiedzieć w domu, w ciszy i spokoju, oddając się swojemu hobby: książkom i eliksirom. Bo chyba nic nie było równie fascynujące od bulgocącego eliksiru w kociołku.
– To był mugolski statek, prawda? – upewniła się jeszcze, bo wydawało jej się, że to taką właśnie informację przeczytała w gazecie. To bardzo niedobrze, że coś takiego się pojawiło i znowu w kontekście Laurenta: najpierw o Śmierciożercach-terrorystach (nawet jeśli to prawda), a teraz, że znany Prewett bawił się na jakimś mugolskim statku i to jeszcze z Nottem. Kontekst mógł tutaj wychodzić bardzo źle i Victoria bardzo się tym martwiła, czy nie będzie powtórki, albo jakichś bardzo złych plotek, uderzających w reputację Laurenta. – Lepiej późno niż wcale, tak sądzę – ona mu tego wcześniej wprost mówić nie chciała, chociaż sugerowała to kilka razy, że Philip może nie być odpowiednim towarzyszem do jakiejś długotrwałej znajomości, chociaż z tego co zrozumiała, to zadawał się z nim na długo przed tym, jak zaczął się zadawać z nią.
– Walnięty? – powtórzyła za nim sceptycznie i nawet lekko zmrużyła oczy, pozwalając, by to słowo jakoś osiadło na jej języku. Nie smakowało dobrze, zwłaszcza nie w kontekście Laurenta, który wyglądał jakby się z tego cieszył. – Wiem – nie była to dla niej żadna nowość, dla niej była? Przecież już widziała schemat, a jej obecność w tym wszystkim, ten romans z nią… czy to było jakieś przecięcie nawyków? – Łobuz kocha najbardziej i tak dalej – rozwinęła myśl i nawet leciutko i bardzo krótko się uśmiechnęła, bo sama tutaj była nie lepsza. Różnica polegała na tym, że tych łobuzów w jej życiu nie było na przestrzeni trzech miesięcy… wielu. – Po prostu ciągnie cię do przeciwieństw i może to działa na chwilę, a potem przychodzi smutna rzeczywistość – dodała, a kiedy stwierdził, że liczy na coś w związku z typem, który próbował popełnić u niego samobójstwo, co mu siadło na głowę, to aż zacisnęła zęby. To brzmiało jak kolejny przepis na katastrofę z opóźnionym zapłonem. – On ma w ogóle jakieś imię? Ten cały… Wrona – czy zwracał się do niego tą wymyśloną, dziwaczną ksywką? Z jakiej był w ogóle rodziny? Kim był, prócz tego, że na pewnym etapie swojego życia był ćpunem, facetem wiedźmy z Podziemnych Ścieżek, a teraz jakimś architektem i szantażystą emocjonalnym? A przynajmniej to, co opisał jej jakiś czas temu Laurent, nie składało się w żadną sensowną całość – za to Laurent był zraniony i wygłodniały miłości, był więc ją gotów zlizywać nawet z ostrzy. – No cóż… ty to powiedziałeś, a nie ja – zaśmiała się cicho, ale to akurat nie była nieprawda co powiedział: był kochliwy, był naiwny bo zauroczenie ludźmi przesłaniało mu zdolność racjonalnego osądu sytuacji, zapewne zranił niejedną osobę, która liczyła na więcej, a dla niego chodziło tylko o fizyczność i tak dalej. Ale te jego romanse też były naiwne – bo myśleli, że złapali pana Boga za nogi, więc to nie tak, że tylko Laurent to był ten głupiutki. Uśmiechnęła się za to znacznie szerzej, gdy tak nagle nachylił się by ucałować ją w policzek. Zimny policzek. – Ojej, dziękuję! – zaśmiała się głośno i okręciła wokół własnej osi, znowu łapiąc go za dłonie. Pociągnęła go do szafki i zaczęła wyciągać pojemniki z herbatami, które tutaj miała – z pewnością dużo lepsze niż w Egipcie.
– To dobrze, że nic ci nie jest – choć skoro wypisali go wczoraj – no to siedział w tym szpitalu dwa dni? To i tak sporo, jak na czarodziejów, ale może musiał odpocząć. Albo nie mówił jej wszystkiego. – Mam nadzieję więc, że jemu nic nie będzie. Ale niezależnie od wszystkiego, to już nie jest twój problem, prawda? Kochanie? – nie chciała żeby zamartwiał się o Philipa i tak dalej. Skoro zakończyli znajomość no to teraz każdy szedł w inną stronę i tak powinno zostać. Uśmiechnęła się do Laurenta. – Strasznie się cieszę, że cię widzę. W ogóle nie byłam gotowa na przeczytanie tego w gazecie. Chyba nie masz ostatnio szczęścia do statków, co? – tak jakby morze go wołało do siebie i upominało się o niego znacznie bardziej niż powinno.