08.12.2024, 22:53 ✶
Dobrze, że to pytanie ostatecznie nie padło - pozostawiłoby bowiem Perseusa w stanie głębokiej konsternacji, okrutnej niszczycielki wszelkiej atmosfery, podniosłości dyskrecji i słodyczy współdzielonej tajemnicy. Oczywiście, że wyglądał na człowieka lubującego się w wykwintnej kuchni, a prostota jego ubioru niczego nie sugerowała; nawet jeśli sam krój nie przyciągał uwagi, to materiał, z którego został wykonany już tak. Wełna wysokiej jakości - zastanawiał się, czy przypadkiem nie sprowadzana owiec biegających na pastwiskach Nowej Zelandii, albo południowoamerykańskich wikunii - i prawdziwa skóra; był pewien, że Rodolphus, podobnie jak on zna na pamięć dotyk kaszmiru i jedwabiu przylegających do ciała, jego usta poznały smak Burbona i szafranu, ma w mieszkaniu inkrustowane komody z poprzedniego wieku i klejnoty zamknięte w matczynej biżuterii noszonej na niedzielnym obiedzie. Same ich nazwiska stanowiły synonim splendoru, ukryte za wysokimi murami rodowe posiadłości rozpalały ciekawość, a wychowanie utwierdzało w poczuciu wyższości. Równocześnie nietaktownym było zadzieranie nosa i chwalenie się majątkiem, a Perseus zazdrościł każdemu, kto opanował wysublimowaną sztukę konwenansów.
A więc miał w tym swój interes. Anneleigh. To dlatego wypytywał go o kelnera, o tego przerażonego chłopca, którego imienia nie potrafił sobie nawet przypomnieć? Rozczarowanie osiadło na klatce piersiowej i zacisnęło wokół niej swoje ciężkie dłonie.
— Musi być ci bardzo droga, skoro decydujesz się na tak drastyczne kroki w zemście za małe faux pas — zauważył, wodząc palcami wzdłuż rozcięcia jego szlafroka, tuż powyżej ciepłej zaróżowionej skóry, jakby zastanawiał się nad tym, czy nie powinien rozwiązać paska i zostawić mokrych śladów pocałunków od obojczyków do wewnętrznej strony ud. Zachłannie i wciąż nienasycenie. Jednocześnie jego głos brzmiał wciąż dziwnie, najeżony subtelnym vibrato, które chyba brzmiało jak zazdrość, a oczy unikały spotkania się ze spojrzeniem Rodolphusa. — Kim w takim wypadku jestem dla ciebie? Przypadkowym kochankiem, czy kolejnym elementem twojej starannie zaplanowanej vendetty?
Nie dał mu jednak odpowiedzieć; jego dłoń szybkim ruchem powędrowała na kark drugiego mężczyzny, a on sam naparł na Lestrange'a, wspiął się na palce i pocałował go, zanim ten zdążył odpowiedzieć. Łagodnie, a jednocześnie pożądliwie, z gwałtownością godnej tej, jaką przed chwilą uraczył go pod prysznicem.
— Nie jestem pewien, czy chcę to wiedzieć — rzekł, gdy wreszcie ich usta oderwały się od siebie, a potem sam odsunął się od Rudolphusa — Zrobię nam coś do jedzenia.
Po tych słowach wyszedł do łazienki i utykając bez swej laski - choć usilnie próbował udawać, że radzi sobie świetnie - zszedł na dół. Zdziwił się nieco, słysząc za sobą kroki; sądził bowiem, że jego gość postanowi poczekać na niego w sypialni. Mimo wszystko, dobrze, że poszedł za nim - będą mogli nadal rozmawiać, a on zajmie czymś ręce, aby nie pokazać mu, jak duży ładunek emocjonalny niesie ze sobą ta wymiana zdań.
— Jeśli chcesz się zemścić... — podjął temat, zapalając światło w kuchni; było to zdecydowanie najprzytulniejsze i najjaśniejsze pomieszczenie w całym mieszkaniu, urządzone zgodnie z najnowszą, nieco krzykliwą modą zaczerpniętą z mugolskiej i dopasowanej do czarodziejskich standardów - podłoga w szachownicę, miętowe blaty i sprzęty kuchenne, ale zamiast kuchenki gazowej pod okapem (z którego zwisały suszące się zioła) znajdowała się tradycyjna żeliwna kuchnia na drewno, a nad nią rozstawiony został stelaż na kociołek, teraz pusty. Na środku pomieszczenia znajdował się okrągły stół przykryty obrusem w złoto-brązową kratę (pozostałość po Lammas) oraz zwiędłymi słonecznikami stojącymi w wazonie — ...to idziesz złym tropem. To nie wina kelnera, że wyrosły wam pióra, to...
Nalał wodę do czajnika i postawił go na kuchence, a potem poklepał się po kieszeniach szlafroka, jakby spodziewał się znaleźć w nich różdżkę. Uświadomił sobie jednak, że musiała zostać na kanapie w salonie, albo w stercie ubrań rozrzuconej po sypialni, więc sięgnął po pudełko zapałek i rozpalił ogień. Potem wyjął deskę do krojenia i umieścił na niej napoczęty bochen chleba, który pokroił - to znaczy, próbował pokroić, choć wyglądało to co najmniej żałośnie, a kromki były irytująco asymetryczne.
— Na początku myślałem, że to takie czcze gadanie. Próba rozładowania emocji, że nie wiedział co mówi... On zawsze dużo obiecywał i się z tego nie wywiązywał. Stwierdził, że upokorzyłem go przed laty, kiedy go zostawiłem... kiedy wyjechałem z Paryża i musiałem ożenić się z Malfoyówną i zapowiedział, że on również mnie upokorzy. Nie mieliśmy kontaktu przez ponad półtora roku, ale po Beltane on też wrócił do Londynu i... — sięgnął po maselniczkę i zaczął niedbale rozprowadzać masło na chlebie — ...był dla mnie bardzo miły. Wyglądało na to, że wszystko sobie wyjaśniliśmy i jesteśmy na neutralnej stopie. Zaprosiłem go nawet na wesele, a on... Ha, wiesz jak to się skończyło. Lubisz pomidory?
A więc miał w tym swój interes. Anneleigh. To dlatego wypytywał go o kelnera, o tego przerażonego chłopca, którego imienia nie potrafił sobie nawet przypomnieć? Rozczarowanie osiadło na klatce piersiowej i zacisnęło wokół niej swoje ciężkie dłonie.
— Musi być ci bardzo droga, skoro decydujesz się na tak drastyczne kroki w zemście za małe faux pas — zauważył, wodząc palcami wzdłuż rozcięcia jego szlafroka, tuż powyżej ciepłej zaróżowionej skóry, jakby zastanawiał się nad tym, czy nie powinien rozwiązać paska i zostawić mokrych śladów pocałunków od obojczyków do wewnętrznej strony ud. Zachłannie i wciąż nienasycenie. Jednocześnie jego głos brzmiał wciąż dziwnie, najeżony subtelnym vibrato, które chyba brzmiało jak zazdrość, a oczy unikały spotkania się ze spojrzeniem Rodolphusa. — Kim w takim wypadku jestem dla ciebie? Przypadkowym kochankiem, czy kolejnym elementem twojej starannie zaplanowanej vendetty?
Nie dał mu jednak odpowiedzieć; jego dłoń szybkim ruchem powędrowała na kark drugiego mężczyzny, a on sam naparł na Lestrange'a, wspiął się na palce i pocałował go, zanim ten zdążył odpowiedzieć. Łagodnie, a jednocześnie pożądliwie, z gwałtownością godnej tej, jaką przed chwilą uraczył go pod prysznicem.
— Nie jestem pewien, czy chcę to wiedzieć — rzekł, gdy wreszcie ich usta oderwały się od siebie, a potem sam odsunął się od Rudolphusa — Zrobię nam coś do jedzenia.
Po tych słowach wyszedł do łazienki i utykając bez swej laski - choć usilnie próbował udawać, że radzi sobie świetnie - zszedł na dół. Zdziwił się nieco, słysząc za sobą kroki; sądził bowiem, że jego gość postanowi poczekać na niego w sypialni. Mimo wszystko, dobrze, że poszedł za nim - będą mogli nadal rozmawiać, a on zajmie czymś ręce, aby nie pokazać mu, jak duży ładunek emocjonalny niesie ze sobą ta wymiana zdań.
— Jeśli chcesz się zemścić... — podjął temat, zapalając światło w kuchni; było to zdecydowanie najprzytulniejsze i najjaśniejsze pomieszczenie w całym mieszkaniu, urządzone zgodnie z najnowszą, nieco krzykliwą modą zaczerpniętą z mugolskiej i dopasowanej do czarodziejskich standardów - podłoga w szachownicę, miętowe blaty i sprzęty kuchenne, ale zamiast kuchenki gazowej pod okapem (z którego zwisały suszące się zioła) znajdowała się tradycyjna żeliwna kuchnia na drewno, a nad nią rozstawiony został stelaż na kociołek, teraz pusty. Na środku pomieszczenia znajdował się okrągły stół przykryty obrusem w złoto-brązową kratę (pozostałość po Lammas) oraz zwiędłymi słonecznikami stojącymi w wazonie — ...to idziesz złym tropem. To nie wina kelnera, że wyrosły wam pióra, to...
Nalał wodę do czajnika i postawił go na kuchence, a potem poklepał się po kieszeniach szlafroka, jakby spodziewał się znaleźć w nich różdżkę. Uświadomił sobie jednak, że musiała zostać na kanapie w salonie, albo w stercie ubrań rozrzuconej po sypialni, więc sięgnął po pudełko zapałek i rozpalił ogień. Potem wyjął deskę do krojenia i umieścił na niej napoczęty bochen chleba, który pokroił - to znaczy, próbował pokroić, choć wyglądało to co najmniej żałośnie, a kromki były irytująco asymetryczne.
— Na początku myślałem, że to takie czcze gadanie. Próba rozładowania emocji, że nie wiedział co mówi... On zawsze dużo obiecywał i się z tego nie wywiązywał. Stwierdził, że upokorzyłem go przed laty, kiedy go zostawiłem... kiedy wyjechałem z Paryża i musiałem ożenić się z Malfoyówną i zapowiedział, że on również mnie upokorzy. Nie mieliśmy kontaktu przez ponad półtora roku, ale po Beltane on też wrócił do Londynu i... — sięgnął po maselniczkę i zaczął niedbale rozprowadzać masło na chlebie — ...był dla mnie bardzo miły. Wyglądało na to, że wszystko sobie wyjaśniliśmy i jesteśmy na neutralnej stopie. Zaprosiłem go nawet na wesele, a on... Ha, wiesz jak to się skończyło. Lubisz pomidory?
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory