— Mam dość bycia ostrożnym, Antoniuszu, w tym sensie że... Im dłużej będziemy stąpać na palcach, tym większa szansa, że potwora zauważy, że w ogóle istniejemy. Ale ty wiesz lepiej, gdzie nacisnąć, aby rozluźnić punkty ciśnienia. Ja mogę próbować rozeznać się w nadchodzących poczynaniach, ale wszystko, co wiem, to pożary. I cierpienie — wstał ze swojego miejsca, by otworzyć okno, oprzeć się na łokciach i zapalić kolejnego papierosa. Ciąg palenia zdawał się nie kończyć. Nie patrzył w dół, aby nie dać się złapać się pomiędzy vertigo i L'appel du vide. Nie był pieprzowym Ikarem, żeby liczyć na skrzydła z wosku. Zresztą, raz już spalił się o jaśniejące słońce, wystarczy. Teraz nie zamierzał się utopić.
Jego pusty śmiech zagrzmiał, trochę na ulicy, trochę w pomieszczeniu. Gorzki dźwięk, napięty, jak struny źle nastrojonego instrumentu, zbyt wysoki. Uczyć się oklumencji.
— Jakbym od piętnastu lat nie próbował, Antoniuszu — żachnąl się. — Jestem człowiekiem jednego talentu. Czasu. A nawet w tej kwestii... Nie wiem, jak długo będzie można na mnie polegać, przeszłość i przyszłość zaczynają płynąć zbyt swobodnie, czasami brak mi kontroli nad tym, dzieje się tutaj.
Zgarbił się i ukrył głowie w ramionach. Napięcie widoczne w splotach mięśni jeszcze się uwydatniło, wypukłe, nienaturalne. Kręgosłup wystawał, obco wyglądające guzy. Morpheus od lat nie wyglądał tak staro. Morpheus od lat nie wyglądał tak dziecinnie.
— Chciałbym wrócić do czasu, gdy miałem piętnaście lat i nic nie miało znaczenia. Ale czas tak nie działa. Podpisujemy Kambodżę, zamykamy sprawę i działamy lokalnie. Kogo przekonać, kogo zaciągnąć do łóżka dla profitów. Wskaż palcem.
A świat się kręci, kręci, kręci...