Victoria nie miała takich myśli, takich dylematów, kto jest, a kto nie jest jednym z nich. Nie była ciekawa, nie po tym, kiedy zobaczyła tatuaż na przedramieniu tak drogiej jej osoby i ważniejsze było dla niej, by to pozostało tajemnicą jak najdłużej, a nie dowiadywanie się, czy ktoś z rodziny czy przyjaciół też jest po tamtej stronie barykady. Nie potrzebowała się nikogo prowokować, bo co to zmieniało? Wystarczało, że miała prace jaką miała i na co dzień uganiała się za czarnoksiężnikami (w duchu licząc na to, że nigdy nie stanie naprzeciwko Sauriela, na szczęście nie był tak głupi, na jakiego się kreował).
– Na loterii z okazji Lammas rozprowadzano czarnomagiczne obiekty pod nosem brygadzistów i aurorów, to pomyśl o ile łatwiej taki wcisnąć komuś prywatnie – ba, sama taki wygrała w loterii i nie zorientowałaby się, póki by go nie użyła tylko dlatego, że miała go w torebce, a podczas pisania raportów z Atreusem, jej pióro się złamało. I pewnie nawet nie wiedział, że taka sytuacja miała miejsce. Nie, widziała, że Laurentowi to nawet przez myśl nie przeszło – chociaż wszystko wskazywało też na to, że jego znajomy, były kochanek, zorganizował napad na jego włości. – Na jaką odległość to w ogóle działa. Wiesz? – może od tego w ogóle powinni zacząć. – W jakiś sposób chyba jednak słucha, ten obiekt, skoro reaguje na intencję w myślach i może podać twoje dokładne współrzędne drugiej stronie, dzięki czemu ten Flynn może się do ciebie teleportować nawet, jak nie zna miejsca, w którym jesteś, hm? Na twoim miejscu bym z takim czymś uważała – wyobrażała sobie teraz tysiąc różnych przeznaczeń takiego obiektu i to w bardzo niewłaściwych rękach. Jak na przykład zorganizowane włamanie, napad czy inne rzeczy – i wystarczyło by tylko, że jedna osoba się gdzieś dostanie. Jedna osoba. Reagowanie na intencję, emocje, myśli – nie, dla niej, jako dla aurora i oklumenty, to było trochę za duże pogwałcenie prywatności i przede wszystkim bała się teraz, że taki Flynn mógłby się do jej własnego mieszkania teleportować ot tak, choć nigdy tu nawet nie był (a z tego co o nim usłyszała, to wolała, by tak pozostało). Wierzyła Laurentowi, a raczej wierzyła, że on w to wierzył. Za to za grosz nie ufała takiemu pierścionkowi, bo to wszystko brzmiało zbyt dobrze, by było prawdziwe. Zbyt pięknie, hm? Piękna bajeczka, którą kupiłby spragniony miłości i atencji Laurent. – Więc architekt, któremu bardzo chcesz pomóc – i który zaserwował mu łazienkową traumę, choć tego na głos nie powiedziała – nagle jest też jubilerem potrafiącym tak zakląć pierścionek i kolczyk, by te reagowały na twoje myśli i intencje, żeby on mógł, niczym rycerz na białym rumaku, teleportować się skądś dokądkolwiek się udałeś, nawet jeśli on nie wie gdzie to jest? – gdzie był haczyk? Nawet nie wiedziała, co Laurentowi powiedzieć na to, że potrafi poznać, kiedy tamten go okłamuje. – Tak, poproszę – o ile to oznaczało, że ten przedmiot przestanie wtedy działać, chociaż nadal nieufnie patrzyła na pierścionek. – Wybacz, ale bardzo źle reaguję na cokolwiek, co może wejść do głowy i odczytywać z niej… no… cokolwiek – zakończyła kulawo i skrzywiła się. – Jestem oklumentą od lat, a nawet ja nie jestem odporna na wszystkie wpływy. Wystarczy spojrzeć na Beltane. Albo na to, co się działo w Windermere. Byłam tam bezbronna, nawet nie poczułam, że coś wślizgnęło się do mojej głowy i poprzestawiało moje myśli i moje działania – dodała to znacznie ciszej, nie patrząc już teraz nawet na Laurenta, za to skupiła się na mieszaniu łyżeczką w jej filiżance, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. – Po opuszczeniu Windermere wszystko stało się jasne i myśli wróciły do normy, ale dopiero z tamtej perspektywy mogłam zobaczyć co się stało. I bardzo tego żałuję, wiesz? – tego, co zrobiła, nie do końca będąc sobą. Co więc, jeśli ten przedmiot potrafił zadziałać równie niewidocznie? Zwłaszcza na kogoś, kto nawet nie potrafił bronić swojego umysłu.
Kiwnęła głową i lekko się uśmiechnęła, na to niewypowiedziane „dziękuję”. Nie śmiała jednak tego momentu zepsuć, ani przerwać paplając.
– Czyli jakie? – nie do końca umiała znaleźć porównanie pomiędzy Philipem a Kaydenem. W tym drugim był zakochany, tak? Znał go krótko i emocje były intensywne. Ale Philip to przecież były lata… I nie było to nic poważnego, czyż nie? Spotykał się z Philipem w czasie, kiedy spotykał się też z nią – znaczy spotykał, bo teraz też się widywali, ale w zupełnie innym charakterze. – To nie jest prawda, kochanie. Bardzo dobrze, że się urodziłeś – a na pewno ona była za to bardzo wdzięczna. – Czemu do mnie nie przyszedłeś, jak miałeś kryzys? – ona mu zawracała gitarę, kiedy miała taki moment, mógł się jej przecież „odwdzięczyć” tym samym.