07.12.2024, 19:42 ✶
Wizja Charliego była... słodka. W pewien sposób rozczulał ją ten romantyzm, który sobą prezentował.
Niestety w rzeczywistości sprawy mogły wyglądać z goła inaczej. Gdy dwie osoby czekają, aż ta druga strona zrobi pierwszy krok - któreś w końcu pójdzie w inną stronę, sądząc że ten drugi nie jest nią zainteresowany.
Cierpliwość bowiem łatwo było pomylić z obojętnością.
-No jeśli ma autyzm... - mruknęła, trochę niechcący. Tak przypadkiem jej się wyrwało z ust słowo.
Charlie miał rację, poniekąd.
-Bo widzisz, zauroczenie przychodzi samo, a na miłość się pracuję, gdy motylki w brzuchu przestaną wirować. I wiem, że jest za wcześnie by mówić o miłości, ale po co czekać, jeśli przez myśl przeszło ci, że to może być ta?-uśmiechnęła się delikatnie - mam na myśli.. pielęgnuj to co zakiełkowało, braciszku. Zrób jak uważasz, aby tylko w przyszłości nie stanąć przed lustrem i nie zapytać siebie czy mogłeś zrobić coś więcej... - pochwyciła jego łapkę, którą zamknęła w swoich dłoniach -Wierzę, że zrobisz najlepiej.... i że pochwalisz mi się wkrótce, że się zakochałeś po uszy - zachichotała.
Jej zdziwienia nie dało się ukryć, brat zresztą zauważył, ciężko aby było inaczej.
-Ta, tak, poznałyśmy się - mruknęła, przywołując wspomnienia z lasu samobójców. Czas który wtedy spędziły razem i otuchę, którą od niej dostała. Od pierwszego wejrzenia Scarlett poczuła, że chce, aby ta dziewczyna stała się kimś bliższym. Działała niczym magnez, będąc przy tym niezwykle eteryczna. Nieco zagubiona, ale trzeźwa jak nikt inny.
Pamiętała też, że chciała ją zejść z Charlesem bardzo szybko.
-Czy jestem wiedźmą? - szepnęła - znaczy jestem, ale ... - mruknęła do siebie, dumając nad tym czy to był przypadek, wyrok gwiazd, czy może Mulciber ma jakąś moc wpływania na przyszłość.
Gdyby jeszcze z Baldwinem to tak działało, ale nie. Nie ma co się łudzić.
-Niesamowite, bo chciałam was ze sobą spiknąć... - wymruczała w zadumie - ale nie zdążyłam was poznać i teraz - machnęła ręką w jego kierunku - ty mi mówisz... o ja pierdolę. Jestem pierdolonym medium - roześmiała się, rozbawiona całym tym absurdem.
-uważaj braciszku, to co mówię najwidoczniej się spełnia - dodała rozbawiona. Oczywiście, że żartowała, ale sytuacja była na tyle rozbrajająca, że nie dało się inaczej.
Cały urok prysł, gdy powrócił, niczym bumerang temat ich ojca.
-Przecież poświęcam, idioto - prychnęła - bywam w kamienicy codziennie, nawet jeśli tam nie nocuje - rozłożyła ręce, zaraz wzdychając ciężko .
-Bywam codziennie, staram się wyciągnąć go na dwór czy chociażby z pokoju, robię maksimum co się teraz da, rozumiesz? - fuknęła oburzona - Ale on też potrzebuje kurwa przestrzeni, zrozum to, wuj Robert kurwa umarł, a ojciec zasłonił w domu wszystkie pierdolone lustra. To jest delikatna sprawa, rozumiesz? Nie można na nim nic wymuszać teraz - uniosła brwi w zdziwieniu, gdy padło imię ich kuzynki.
-Ty słyszysz, co ty kurwa powiedziałeś? - mruknęła zdumiona - Sophi kurwa zalewa się łzami, a ja mam ich obu na głowie. Ona straciła ojca, rozumiesz? Nie waż się do niej pisać w tej sprawie. Wiem, ze przepełnia cię pieprzona ślepa miłość do ojca, ale no kurwa nie rób sobie jaj! Pomyśl jak bardzo odklejone jest to co właśnie powiedziałeś... - prychnęła, wzdychając zaraz - Przestań, po prostu przestań. Jak sam nie masz zamiaru się fatygować ze swoją wielką miłością, to kopnij w dupę Leonarda, niech też się zainteresuje. Wy wszyscy jesteście zajebiści w pustym pierdoleniu formułek, Charlie, ale za tym pierdoleniem nie idą żadne czyny. A to czyny się liczą, nie mówienie i to to zweryfikuje wasze zmartwienie i troskę
Niestety w rzeczywistości sprawy mogły wyglądać z goła inaczej. Gdy dwie osoby czekają, aż ta druga strona zrobi pierwszy krok - któreś w końcu pójdzie w inną stronę, sądząc że ten drugi nie jest nią zainteresowany.
Cierpliwość bowiem łatwo było pomylić z obojętnością.
-No jeśli ma autyzm... - mruknęła, trochę niechcący. Tak przypadkiem jej się wyrwało z ust słowo.
Charlie miał rację, poniekąd.
-Bo widzisz, zauroczenie przychodzi samo, a na miłość się pracuję, gdy motylki w brzuchu przestaną wirować. I wiem, że jest za wcześnie by mówić o miłości, ale po co czekać, jeśli przez myśl przeszło ci, że to może być ta?-uśmiechnęła się delikatnie - mam na myśli.. pielęgnuj to co zakiełkowało, braciszku. Zrób jak uważasz, aby tylko w przyszłości nie stanąć przed lustrem i nie zapytać siebie czy mogłeś zrobić coś więcej... - pochwyciła jego łapkę, którą zamknęła w swoich dłoniach -Wierzę, że zrobisz najlepiej.... i że pochwalisz mi się wkrótce, że się zakochałeś po uszy - zachichotała.
Jej zdziwienia nie dało się ukryć, brat zresztą zauważył, ciężko aby było inaczej.
-Ta, tak, poznałyśmy się - mruknęła, przywołując wspomnienia z lasu samobójców. Czas który wtedy spędziły razem i otuchę, którą od niej dostała. Od pierwszego wejrzenia Scarlett poczuła, że chce, aby ta dziewczyna stała się kimś bliższym. Działała niczym magnez, będąc przy tym niezwykle eteryczna. Nieco zagubiona, ale trzeźwa jak nikt inny.
Pamiętała też, że chciała ją zejść z Charlesem bardzo szybko.
-Czy jestem wiedźmą? - szepnęła - znaczy jestem, ale ... - mruknęła do siebie, dumając nad tym czy to był przypadek, wyrok gwiazd, czy może Mulciber ma jakąś moc wpływania na przyszłość.
Gdyby jeszcze z Baldwinem to tak działało, ale nie. Nie ma co się łudzić.
-Niesamowite, bo chciałam was ze sobą spiknąć... - wymruczała w zadumie - ale nie zdążyłam was poznać i teraz - machnęła ręką w jego kierunku - ty mi mówisz... o ja pierdolę. Jestem pierdolonym medium - roześmiała się, rozbawiona całym tym absurdem.
-uważaj braciszku, to co mówię najwidoczniej się spełnia - dodała rozbawiona. Oczywiście, że żartowała, ale sytuacja była na tyle rozbrajająca, że nie dało się inaczej.
Cały urok prysł, gdy powrócił, niczym bumerang temat ich ojca.
-Przecież poświęcam, idioto - prychnęła - bywam w kamienicy codziennie, nawet jeśli tam nie nocuje - rozłożyła ręce, zaraz wzdychając ciężko .
-Bywam codziennie, staram się wyciągnąć go na dwór czy chociażby z pokoju, robię maksimum co się teraz da, rozumiesz? - fuknęła oburzona - Ale on też potrzebuje kurwa przestrzeni, zrozum to, wuj Robert kurwa umarł, a ojciec zasłonił w domu wszystkie pierdolone lustra. To jest delikatna sprawa, rozumiesz? Nie można na nim nic wymuszać teraz - uniosła brwi w zdziwieniu, gdy padło imię ich kuzynki.
-Ty słyszysz, co ty kurwa powiedziałeś? - mruknęła zdumiona - Sophi kurwa zalewa się łzami, a ja mam ich obu na głowie. Ona straciła ojca, rozumiesz? Nie waż się do niej pisać w tej sprawie. Wiem, ze przepełnia cię pieprzona ślepa miłość do ojca, ale no kurwa nie rób sobie jaj! Pomyśl jak bardzo odklejone jest to co właśnie powiedziałeś... - prychnęła, wzdychając zaraz - Przestań, po prostu przestań. Jak sam nie masz zamiaru się fatygować ze swoją wielką miłością, to kopnij w dupę Leonarda, niech też się zainteresuje. Wy wszyscy jesteście zajebiści w pustym pierdoleniu formułek, Charlie, ale za tym pierdoleniem nie idą żadne czyny. A to czyny się liczą, nie mówienie i to to zweryfikuje wasze zmartwienie i troskę