07.12.2024, 22:54 ✶
Chciała być miła.
Na prawdę jej kurwa zależało, żeby choć raz zachować się jak dorosły człowiek.
Bo przecież Brenna się tak o nią martwiła, jeszcze moment temu beczała w kuchni jak ostatnia pizda (ona, nie Brenna oczywiście), że jest nieprzydatnym gównem i nie ogarnia swojej głowy, jeszcze moment temu był słabą, trzęsącą się galaretką, robiącą Basiliusowi wyrzuty, że chce się jej pozbyć ze swojego życia. Jeszcze moment temu była chwila spokoju, chwila w której pomyślała, że mają jakiś kurwa jebany plan na to jak ja ogarnąć. Oczywiście, spotkanie z Szeptuchą (lub inną starszą osobą z rodu Trelawneyów) mogło skończyć się przeróżnie, still był to jakiś kierunek, jakaś ścieżka do tego żeby chociaż spróbować odzyskać pion. Inny terapeuta, inne leki, mocne postanowienia jebanej poprawy.
Ale teraz weszła do tego pierdolonego pokoju i nagle wszyscy kurwa jak na akord chcieli z niego wychodzić poza pchlarzem, który miał za grosz instynktu samozachowawczego. Z zaciśniętą szczęką, ze łzami w oczach, które pojawiły się nie wiadomo skąd... Pierdolone zdrajczynie.
Ujęła różdżkę i okiennice otworzył się z mało subtelnym łoskotem, wpuszczając dość rześkie sierpniowe powietrze. Anglia pod koniec tego miesiąca była już mocno wpadająca w jesień.
A potem na twarzy Mildred wypłynął okrutny, przesłodki uśmiech, który nie sięgał oczu. Lepiej było gdy ten huragan uderzał od razu, niż gdy kłębiło się w nim... tak wiele.
– Och, już nie dramatyzuj przecież wczorajszy dzień był taki udany. Chwila tańca, a potem siup już można było rozmawiać z tym z kim się chciało – Bywały takie kłótnie. Bywały takie konfrontacje, gdy to Eden kąsała, prowokowała Moody do szerzenia destrukcji wokół siebie, wiedząc dokładnie jak głęboko wsiąkną słowa, które przecież nic kurwa nie znaczą. Szpilki pod paznokieć. Im lepiej się znały, tym głębiej wchodziły.
– Zostań Brenna, przecież nie będę Cię wyganiać z własnego domu, z własnego salonu. – Kąciki ust rozlały się jeszcze bardziej na bladej twarzy naznaczonej sińcami przepłakanej, bezsennej nocy. Kubek uderzył o blat stoliku, gdy Mildred usiadła na przeciwko jasnowłosej Lestrange po kurwa jebanym mężu, który stanął im na drodze do szczęścia, ale widocznie nie był na tyle trwały, by stać na drodze do szczęścia komu innemu.
W dłoni Millie pojawiły się karty i nim ktokolwiek zaprotestował wiedźma sięgnęła po zasłonę rzeczywistości.
– Tradycją dzisiejszego poranka po każdej plażowej imprezie, jest upewnić się jak tam życie uczuciowe. – skłamała, ale jeśli w przyszłym roku na zakończenie sezonu Brenna znów zorganizuje im takie zacne party, następnego dnia Moody będzie łazić i wróżyć każdemu. BA! Dziś będzie to robić, zarzekając się, że robiła przez całe życie. – Pytałam o pączki, pytałam o siebie, byłoby wielkim nietaktem zignorować obecność tak drogiej mi byłej koleżanki z biurka z naprzeciwka, która wprowadzała mnie w arkana policyjnej pracy. – Złociste oczy przepełnione były jadowitym bólem, ale nie zamierzała odpuszczać. Karty już oplątane były nićmi przeznaczenia.
Na prawdę jej kurwa zależało, żeby choć raz zachować się jak dorosły człowiek.
Bo przecież Brenna się tak o nią martwiła, jeszcze moment temu beczała w kuchni jak ostatnia pizda (ona, nie Brenna oczywiście), że jest nieprzydatnym gównem i nie ogarnia swojej głowy, jeszcze moment temu był słabą, trzęsącą się galaretką, robiącą Basiliusowi wyrzuty, że chce się jej pozbyć ze swojego życia. Jeszcze moment temu była chwila spokoju, chwila w której pomyślała, że mają jakiś kurwa jebany plan na to jak ja ogarnąć. Oczywiście, spotkanie z Szeptuchą (lub inną starszą osobą z rodu Trelawneyów) mogło skończyć się przeróżnie, still był to jakiś kierunek, jakaś ścieżka do tego żeby chociaż spróbować odzyskać pion. Inny terapeuta, inne leki, mocne postanowienia jebanej poprawy.
Ale teraz weszła do tego pierdolonego pokoju i nagle wszyscy kurwa jak na akord chcieli z niego wychodzić poza pchlarzem, który miał za grosz instynktu samozachowawczego. Z zaciśniętą szczęką, ze łzami w oczach, które pojawiły się nie wiadomo skąd... Pierdolone zdrajczynie.
Ujęła różdżkę i okiennice otworzył się z mało subtelnym łoskotem, wpuszczając dość rześkie sierpniowe powietrze. Anglia pod koniec tego miesiąca była już mocno wpadająca w jesień.
A potem na twarzy Mildred wypłynął okrutny, przesłodki uśmiech, który nie sięgał oczu. Lepiej było gdy ten huragan uderzał od razu, niż gdy kłębiło się w nim... tak wiele.
– Och, już nie dramatyzuj przecież wczorajszy dzień był taki udany. Chwila tańca, a potem siup już można było rozmawiać z tym z kim się chciało – Bywały takie kłótnie. Bywały takie konfrontacje, gdy to Eden kąsała, prowokowała Moody do szerzenia destrukcji wokół siebie, wiedząc dokładnie jak głęboko wsiąkną słowa, które przecież nic kurwa nie znaczą. Szpilki pod paznokieć. Im lepiej się znały, tym głębiej wchodziły.
– Zostań Brenna, przecież nie będę Cię wyganiać z własnego domu, z własnego salonu. – Kąciki ust rozlały się jeszcze bardziej na bladej twarzy naznaczonej sińcami przepłakanej, bezsennej nocy. Kubek uderzył o blat stoliku, gdy Mildred usiadła na przeciwko jasnowłosej Lestrange po kurwa jebanym mężu, który stanął im na drodze do szczęścia, ale widocznie nie był na tyle trwały, by stać na drodze do szczęścia komu innemu.
W dłoni Millie pojawiły się karty i nim ktokolwiek zaprotestował wiedźma sięgnęła po zasłonę rzeczywistości.
– Tradycją dzisiejszego poranka po każdej plażowej imprezie, jest upewnić się jak tam życie uczuciowe. – skłamała, ale jeśli w przyszłym roku na zakończenie sezonu Brenna znów zorganizuje im takie zacne party, następnego dnia Moody będzie łazić i wróżyć każdemu. BA! Dziś będzie to robić, zarzekając się, że robiła przez całe życie. – Pytałam o pączki, pytałam o siebie, byłoby wielkim nietaktem zignorować obecność tak drogiej mi byłej koleżanki z biurka z naprzeciwka, która wprowadzała mnie w arkana policyjnej pracy. – Złociste oczy przepełnione były jadowitym bólem, ale nie zamierzała odpuszczać. Karty już oplątane były nićmi przeznaczenia.