08.12.2024, 00:58 ✶
Nigdy nie był dobry w mówieniu o uczuciach. Uczucia były skomplikowane, uczucia go przytłaczały. Nawet teraz, wbrew temu, co usiłowała mówić mu Geraldine, w żadnym stopniu nie planował skupiać się na tym aspekcie. Nie o tym chciał z nią rozmawiać. Tak właściwie to nie do końca wiedząc, jak to ugryźć, bo przecież to właśnie na tym była oparta ich rozmowa, ale...
...chodziło mu o fakty. O reguły gry, o to, jak to wyglądało w rzeczywistości a nie jak o tym myślała. Szczególnie, że to było myślenie życzeniowe. Czy naprawdę tego nie widziała? Nie wydawało mu się, by zbyt dobrze to wtedy krył, ich życie zaczęło się rozpadać na długo przed tym jak zdecydował się odejść. Nie dostrzegała tego, a jeśli tak to czemu, do chuja, go tym dręczyła? Cały czas mu coś insynuowała.
- Tak, kurwa, tego chciałem. Taki miałem zamiar. Od samego początku - jakimś cudem udało mu się nie podnieść głosu, zamiast tego cisnął w nią takim lodem, jakiego chyba od niego oczekiwała.
Za cholerę nie wiedział, co miała tym na celu. Czego od niego chciała. Prócz tego, by przyznał jej coś, co w żadnym momencie nie było jakkolwiek bliskie prawdy. Kochał ją, nieważne jak bardzo by mu insynuowała, że jest inaczej. Był dla niej z miłości, nie dla ciała. Spędzili ze sobą siedem lat a coraz bardziej odnosił wrażenie, że go nie znała, bo nie chciała.
- Oczywiście, że bym się w to zaangażował. Czy byś tego chciała, czy nie chciała - odpowiedział bez chwili zastanowienia, nawet jeśli kazała mu nie odpowiadać.
Nie musiał się wahać, to było naprawdę jasne. Zresztą oboje mieli tę świadomość, prawda? Zaangażowałby się w to, bo czuł się za nią w dalszym ciągu odpowiedzialny, bo był świadkiem tego jak się wtedy załamała, bo nie był bezduszny. Miał serce. Czy tego też chciała, czy nie chciała. Spędzili ze sobą wiele lat. Naprawdę długi czas. Mogła mu mówić, co chciała, tego nie dało się wymazać.
- Ile jeszcze razy zamierzasz mi to wytykać? - Prawie na nią warknął, zdecydowanie wolałby, by już tym na niego ziała, raz a porządnie, bo podkreślanie tego co chwilę było po prostu sadystyczne.
Cholernie, kurewsko niskie, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że to były fakty, jego wina i że sobie na to zasłużył, to po prostu nie musiała. Świadomie to wybierała.
- To źle myślałaś - parsknął kręcąc głową.
Oczywiście, że kolejny raz to wszystko wykręcała. To znowu była jego wina. Ponownie mieli problem przez niego. Skoro tak to wyglądało, to czemu Rina w ogóle się nad czymkolwiek zastanawiała? Znaleźli istotę tego, czemu im nie wyszło. Sama na niego wskazała. To nie mogło być prostsze, nawet jeśli w rzeczywistości było, to prawda tak czy siak po prostu się do tego sprowadzała.
Nie był dla niej, ona była dla niego, ale on nie był dla niej. Wszystko rozpierdolił i wszystko nadal by rozpierdalał, bo tylko to potrafił. Wytykała mu to, więc to widziała.
- Nie mogę ci tego wyjaśnić - powtórzył jak kolejną mantrę, która tego powoli nadciągającego wieczoru wybrzmiała naprawdę gęsto i ponuro.
Chciał jej wytłumaczyć. Ona tego chciała, ale to nie był koncert życzeń. Nawet nie wiedział, od czego miałby zacząć. Gdzie tak właściwie leżało sedno, istotna tego całego pierdolnika.
- Nie mogę ci tego wyjaśnić. Zasługujesz na wyjaśnienia, ale nie mogę ci tego wyjaśnić. Poza tym czy to by coś zmieniło, prócz tego, że nie patrzyłabyś na mnie tak samo? Naprawdę myślisz, że warto psuć nawet to, co mieliśmy? Te wspomnienia? - Sam nie wiedział, co chciał jej tym przekazać.
Ani to, co miałby jej w ogóle do przekazania, gdyby już zaczął cokolwiek mówić. To by się jej nie spodobało. Znacznie bardziej od tego, co mieli (a właściwie - czego nie mieli) teraz. Rozwaliłby tym również tamte wspomnienia.
Cisza w pokoju była ciężka, niemal namacalna. Słyszał tylko ich własne oddechy i te wyrywkowe coraz bardziej rozgoryczone słowa, które padały w powietrzu, rozdzierając zasłonę milczenia. Czas płynął wolno a on wciąż trzymał ją w objęciach, jakby bał się, że jeśli ją puści to Rina zniknie na zawsze.
Bo miała, prawda? Miała tak czy inaczej. Nie mógł tego cofnąć ani zatrzymać, nie, nawet jeśli jeszcze teraz twierdziła inaczej. Gdyby rzeczywiście go posłuchała, gdyby go usłyszała, w dalszym ciągu nic by się nie zmieniło. Po co były te prowokacje? Na chuja były te pytania?
- Możesz przestać? - Zacisnął wargi, oddychając nosem. - Gdyby to dotyczyło ciebie, uświadom to sobie wreszcie, tak czy srak bym z ciebie nie zrezygnował. Jesteś... ...byłaś... ...moja - oczywiście, że dostrzegł to jej bycie na skraju wybuchu.
Jasne, że to zarejestrował. Zwrócił na to uwagę, wbijając wzrok w jej burzowe tęczówki, odwzajemniając intensywność spojrzenia. Zdecydowanie, gniewnie, żarliwie, choć z zupełnie innym żarem niż jeszcze przed chwilą. Teraz mu urągała swoimi zarzutami. Tym, że nieważne, ile razy jej to kiedykolwiek mówił, w dalszym ciągu nie była go w stanie zrozumieć.
Może go kiedyś tam słuchała, ale ewidentnie nie tak dobrze, żeby pojąć, co chciał jej przekazać. A przecież był w tym bardzo dosadny, zwłaszcza jak na siebie samego. Nie usiłował wić się jak węgorz, był z nią szczery. Dlatego tym bardziej go wkurwiała.
Zaczynała go drażnić tym swoim obracaniem kota ogonem, raz za razem robieniem z tego czegoś, co było związane z jego podejściem do niej, choć przecież raz za razem powtarzał jej, że problem nigdy nie leżał w niej. Kochał ją, do jasnej cholery. W każdym, nawet najbardziej popieprzonym aspekcie. W każdym zakamarku umysłu, każdej reakcji - nieważne jak przesadzonej. Byli ze sobą tak długo, że naprawdę sądził, że mieli w tym jasność.
Najwyraźniej nigdy nie mieli żadnej a zdecydowanie nie teraz, choć przecież powinni ją mieć. Jakąkolwiek, nie żadną, w jakimś zakresie. Nawet niewielkim. Gdyby go tylko posłuchała.
Wbrew wszystkiemu, co już zdążył powiedzieć, dopiero teraz to do niego dotarło. A może raczej zaczęło do niego docierać, bo z początku nie pozwalał temu na dojście do głosu. Musiało przepchać się przez niezliczone warstwy chaotycznych myśli i towarzyszących im fizycznych reakcji, żeby wreszcie w niego uderzyć.
Nie miała narzeczonego. Nie była zaręczona. Nikt taki się nie pojawił. To on dał się omamić plotkom i własnemu przekonaniu o czymś, co nie było prawdziwe. Nie próbował walczyć z tymi demonami, one nigdy nie istniały. O ironio, to powinna być dobra wieść. To i wszystko, co mu powiedziała. Proste rozwiązanie sprawy.
Mógłby poczuć ulgę. Gdyby tylko wiedział o tym wcześniej to może ułatwiłoby dosłownie wszystko. Tyle tylko, że od samego początku uwierzył w tę wersję. Nawet jeśli nie chciał tego robić, uwierzył pogłoskom, dał się im otoczyć i przydusić.
Z początku się starał. Naprawdę. Usiłował coś zmienić w swoim życiu. Próbował inaczej podejść do sprawy. To, że ją porzucił, zostawił nie zmieniało tego, że przez pewien czas żył mrzonkami. Łudził się, że może kiedyś uda mu się coś zmienić, wrócić. Nie teraz, nie zaraz. Nie dziś ani nie jutro, ale chociażby za dwadzieścia lat, kiedyś. A potem po prostu się poddał.
Wciągnął powietrze, które wydawało się tak gęste, niemalże fizycznie przypominające warstwę wody otaczającą jego twarz, jakby każda cząstka atmosfery była przesycona niewypowiedzianymi słowami.
- Byliśmy. Byliśmy razem właściwi. Nie bądź irracjonalna, robisz się irracjonalna. Z nikim innym nie czułem się w taki sposób, czymkolwiek chcesz to kurwa nazwać, zawsze byłaś i będziesz jedyna. Ale to nic nie zmienia. Bo jest za późno. Bo tak mówię. Nie będziesz ze mną szczęśliwa - odezwał się po chwili milczenia, pozwalając słowom opuścić usta, choć nie brzmiały tak jak powinny; wcale nie chciał musieć je mówić. - Nie jestem tym samym człowiekiem. My nie jesteśmy tymi samymi ludźmi, zmieniliśmy się, zmieniamy, ale nie o to mi chodzi - jak miał jej to przekazać?
Może byłoby dobrze. Przez chwilę. Na początku. Umieliby udawać tak jak to robili tego ranka. Zresztą, przecież to nie byłoby udawanie. Nie musieliby niczego grać, byliby ze sobą szczęśliwi. Może nawet tak jak dawniej. Staraliby się dla siebie nawzajem. Może nawet trochę za bardzo.
Usiłowałby. Tak jak wtedy przez te wszystkie miesiące naprawdę by próbował, ale tym razem nie łudził się, że rzeczywistość wreszcie by ich dopadła. Tyle tylko, że tym razem w znacznie gorszy sposób. Nie zamierzał na to pozwolić, nie godził się, by tak było. Nie chciał tego, nie umiał jej wytłumaczyć.
Jego oddech stawał się coraz szybszy a klatka piersiowa unosiła się i opadała w rytm narastającego napięcia. Przełknął ślinę, czując, jak w gardle rośnie mu coś ciężkiego, już nie gula tylko ołowiany knebel. Gorący, parzący i palący, który właśnie w tej chwili zaczynał zastygać.
- Nie dam ci tego, czego pragniesz. Chciałbym, kurewsko bym chciał, ale mieliśmy swoją szansę i ta szansa przepadła - sam nie wiedział czemu się znowu powtarzał, ale to było zgodne z prawdą a przecież to właśnie prawdy po nim oczekiwała.
Czuł jak jego dłoń bezwiednie wędruje po plecach Geraldine, gładził ją nieświadomie, pragnąc tym gestem przekazać wszystko to, co nie mogło zostać wypowiedziane. Jego palce drżały, gdy przesuwały się po jej skórze, jakby bał się, że każdy ruch mógłby ją zranić. A przecież już ją zranił. Skrzywdził ją wtedy i teraz też ją krzywdził, mimo że to było ostatnim, co chciał robić.
Próbował z nią o tym wszystkim rozmawiać. Po co? Nie powinien. Mogliby spędzić razem jeszcze wiele godzin, odpoczywając i zbierając siły. Wcale nie musieli prowadzić tej dyskusji, mógł to od siebie odsunąć, ale podjął kolejną beznadziejną decyzję.
Nie chciał tego sprawić. W piersi czuł ciężar porażki, który nie dawał mu spokoju. Ostatnio wszystko się jebało. Niby to była tylko kolejna rzecz. Coś, co już dawno zostało zniszczone i przestało istnieć. To, że na chwilę to przywrócili, karmiąc się mrzonkami, nie powinno tak bardzo wewnętrznie go trawić. A jednak to robiło.
Miękka i ciepła pościel otulała ich ciała, lecz nie dawała żadnego pocieszenia. Już nie. Dom zaczął się zapadać, przestawał być bezpiecznym schronieniem. Już od wielu dni nie był ich miejscem, ale teraz to było coraz bardziej odczuwalne. I to zniszczył, również to stracił. W Dolinie nigdy nie czuł się naprawdę u siebie. Nie miał już domu, nie w tym sensie, w którym chciał go mieć.
Poczuł jak włosy dziewczyny przesuwają się po jego ramieniu, delikatne jak muśnięcie ciepłego wiatru, ponownie wciągnął powietrze głęboko w płuca. Odczuwał ciepło jej ciała, które kontrastowało z chłodem otaczającego ich powietrza. Jej ciepło przenikało go do kości, wgryzało się w niego a on na to pozwalał.
Mylił się wcześniej. To, co mieli nie było płonięciem. Było żarem, lecz nie takim, który by ich spopielił. Popieliło go to, co działo się teraz w tej chwili. To naprawdę go pożerało.
Trudno było uwierzyć w to, że jeszcze tak niedawno temu pragnął, by ten moment trwał wiecznie, nawet jeśli w sercu czuł, że coś jest nie tak. Teraz obawy rzeczywiście się spełniły. Sam zadbał o to, by miały ku temu podstawy. Wyciągnął je na wierzch pozwalając na to, by fundamenty tamtych złudnych chwil zatrzęsły się i runęły. Nie było czego zbierać, więc po co go pytała czy zamierzał odejść? Sama o to prosiła, kazała mu to obiecać, sama tego chciała. Dzień dobiegał końca, zakończyli swoje sprawy, nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia.
- Zostawiłem cię lata temu. Sama mi to raz po raz wytykasz. To, że na chwilę przed tym uciekliśmy... Czego byś jeszcze ode mnie chciała? Bo naprawdę nie wiem, Rina, czego ty ode mnie chcesz? - Spytał gorzko, odruchowo obracając wzrok w stronę dziewczyny, chwytając jej podbródek w palce i zbliżając ich twarze do siebie. - Czego byś ode mnie chciała?
...chodziło mu o fakty. O reguły gry, o to, jak to wyglądało w rzeczywistości a nie jak o tym myślała. Szczególnie, że to było myślenie życzeniowe. Czy naprawdę tego nie widziała? Nie wydawało mu się, by zbyt dobrze to wtedy krył, ich życie zaczęło się rozpadać na długo przed tym jak zdecydował się odejść. Nie dostrzegała tego, a jeśli tak to czemu, do chuja, go tym dręczyła? Cały czas mu coś insynuowała.
- Tak, kurwa, tego chciałem. Taki miałem zamiar. Od samego początku - jakimś cudem udało mu się nie podnieść głosu, zamiast tego cisnął w nią takim lodem, jakiego chyba od niego oczekiwała.
Za cholerę nie wiedział, co miała tym na celu. Czego od niego chciała. Prócz tego, by przyznał jej coś, co w żadnym momencie nie było jakkolwiek bliskie prawdy. Kochał ją, nieważne jak bardzo by mu insynuowała, że jest inaczej. Był dla niej z miłości, nie dla ciała. Spędzili ze sobą siedem lat a coraz bardziej odnosił wrażenie, że go nie znała, bo nie chciała.
- Oczywiście, że bym się w to zaangażował. Czy byś tego chciała, czy nie chciała - odpowiedział bez chwili zastanowienia, nawet jeśli kazała mu nie odpowiadać.
Nie musiał się wahać, to było naprawdę jasne. Zresztą oboje mieli tę świadomość, prawda? Zaangażowałby się w to, bo czuł się za nią w dalszym ciągu odpowiedzialny, bo był świadkiem tego jak się wtedy załamała, bo nie był bezduszny. Miał serce. Czy tego też chciała, czy nie chciała. Spędzili ze sobą wiele lat. Naprawdę długi czas. Mogła mu mówić, co chciała, tego nie dało się wymazać.
- Ile jeszcze razy zamierzasz mi to wytykać? - Prawie na nią warknął, zdecydowanie wolałby, by już tym na niego ziała, raz a porządnie, bo podkreślanie tego co chwilę było po prostu sadystyczne.
Cholernie, kurewsko niskie, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że to były fakty, jego wina i że sobie na to zasłużył, to po prostu nie musiała. Świadomie to wybierała.
- To źle myślałaś - parsknął kręcąc głową.
Oczywiście, że kolejny raz to wszystko wykręcała. To znowu była jego wina. Ponownie mieli problem przez niego. Skoro tak to wyglądało, to czemu Rina w ogóle się nad czymkolwiek zastanawiała? Znaleźli istotę tego, czemu im nie wyszło. Sama na niego wskazała. To nie mogło być prostsze, nawet jeśli w rzeczywistości było, to prawda tak czy siak po prostu się do tego sprowadzała.
Nie był dla niej, ona była dla niego, ale on nie był dla niej. Wszystko rozpierdolił i wszystko nadal by rozpierdalał, bo tylko to potrafił. Wytykała mu to, więc to widziała.
- Nie mogę ci tego wyjaśnić - powtórzył jak kolejną mantrę, która tego powoli nadciągającego wieczoru wybrzmiała naprawdę gęsto i ponuro.
Chciał jej wytłumaczyć. Ona tego chciała, ale to nie był koncert życzeń. Nawet nie wiedział, od czego miałby zacząć. Gdzie tak właściwie leżało sedno, istotna tego całego pierdolnika.
- Nie mogę ci tego wyjaśnić. Zasługujesz na wyjaśnienia, ale nie mogę ci tego wyjaśnić. Poza tym czy to by coś zmieniło, prócz tego, że nie patrzyłabyś na mnie tak samo? Naprawdę myślisz, że warto psuć nawet to, co mieliśmy? Te wspomnienia? - Sam nie wiedział, co chciał jej tym przekazać.
Ani to, co miałby jej w ogóle do przekazania, gdyby już zaczął cokolwiek mówić. To by się jej nie spodobało. Znacznie bardziej od tego, co mieli (a właściwie - czego nie mieli) teraz. Rozwaliłby tym również tamte wspomnienia.
Cisza w pokoju była ciężka, niemal namacalna. Słyszał tylko ich własne oddechy i te wyrywkowe coraz bardziej rozgoryczone słowa, które padały w powietrzu, rozdzierając zasłonę milczenia. Czas płynął wolno a on wciąż trzymał ją w objęciach, jakby bał się, że jeśli ją puści to Rina zniknie na zawsze.
Bo miała, prawda? Miała tak czy inaczej. Nie mógł tego cofnąć ani zatrzymać, nie, nawet jeśli jeszcze teraz twierdziła inaczej. Gdyby rzeczywiście go posłuchała, gdyby go usłyszała, w dalszym ciągu nic by się nie zmieniło. Po co były te prowokacje? Na chuja były te pytania?
- Możesz przestać? - Zacisnął wargi, oddychając nosem. - Gdyby to dotyczyło ciebie, uświadom to sobie wreszcie, tak czy srak bym z ciebie nie zrezygnował. Jesteś... ...byłaś... ...moja - oczywiście, że dostrzegł to jej bycie na skraju wybuchu.
Jasne, że to zarejestrował. Zwrócił na to uwagę, wbijając wzrok w jej burzowe tęczówki, odwzajemniając intensywność spojrzenia. Zdecydowanie, gniewnie, żarliwie, choć z zupełnie innym żarem niż jeszcze przed chwilą. Teraz mu urągała swoimi zarzutami. Tym, że nieważne, ile razy jej to kiedykolwiek mówił, w dalszym ciągu nie była go w stanie zrozumieć.
Może go kiedyś tam słuchała, ale ewidentnie nie tak dobrze, żeby pojąć, co chciał jej przekazać. A przecież był w tym bardzo dosadny, zwłaszcza jak na siebie samego. Nie usiłował wić się jak węgorz, był z nią szczery. Dlatego tym bardziej go wkurwiała.
Zaczynała go drażnić tym swoim obracaniem kota ogonem, raz za razem robieniem z tego czegoś, co było związane z jego podejściem do niej, choć przecież raz za razem powtarzał jej, że problem nigdy nie leżał w niej. Kochał ją, do jasnej cholery. W każdym, nawet najbardziej popieprzonym aspekcie. W każdym zakamarku umysłu, każdej reakcji - nieważne jak przesadzonej. Byli ze sobą tak długo, że naprawdę sądził, że mieli w tym jasność.
Najwyraźniej nigdy nie mieli żadnej a zdecydowanie nie teraz, choć przecież powinni ją mieć. Jakąkolwiek, nie żadną, w jakimś zakresie. Nawet niewielkim. Gdyby go tylko posłuchała.
Wbrew wszystkiemu, co już zdążył powiedzieć, dopiero teraz to do niego dotarło. A może raczej zaczęło do niego docierać, bo z początku nie pozwalał temu na dojście do głosu. Musiało przepchać się przez niezliczone warstwy chaotycznych myśli i towarzyszących im fizycznych reakcji, żeby wreszcie w niego uderzyć.
Nie miała narzeczonego. Nie była zaręczona. Nikt taki się nie pojawił. To on dał się omamić plotkom i własnemu przekonaniu o czymś, co nie było prawdziwe. Nie próbował walczyć z tymi demonami, one nigdy nie istniały. O ironio, to powinna być dobra wieść. To i wszystko, co mu powiedziała. Proste rozwiązanie sprawy.
Mógłby poczuć ulgę. Gdyby tylko wiedział o tym wcześniej to może ułatwiłoby dosłownie wszystko. Tyle tylko, że od samego początku uwierzył w tę wersję. Nawet jeśli nie chciał tego robić, uwierzył pogłoskom, dał się im otoczyć i przydusić.
Z początku się starał. Naprawdę. Usiłował coś zmienić w swoim życiu. Próbował inaczej podejść do sprawy. To, że ją porzucił, zostawił nie zmieniało tego, że przez pewien czas żył mrzonkami. Łudził się, że może kiedyś uda mu się coś zmienić, wrócić. Nie teraz, nie zaraz. Nie dziś ani nie jutro, ale chociażby za dwadzieścia lat, kiedyś. A potem po prostu się poddał.
Wciągnął powietrze, które wydawało się tak gęste, niemalże fizycznie przypominające warstwę wody otaczającą jego twarz, jakby każda cząstka atmosfery była przesycona niewypowiedzianymi słowami.
- Byliśmy. Byliśmy razem właściwi. Nie bądź irracjonalna, robisz się irracjonalna. Z nikim innym nie czułem się w taki sposób, czymkolwiek chcesz to kurwa nazwać, zawsze byłaś i będziesz jedyna. Ale to nic nie zmienia. Bo jest za późno. Bo tak mówię. Nie będziesz ze mną szczęśliwa - odezwał się po chwili milczenia, pozwalając słowom opuścić usta, choć nie brzmiały tak jak powinny; wcale nie chciał musieć je mówić. - Nie jestem tym samym człowiekiem. My nie jesteśmy tymi samymi ludźmi, zmieniliśmy się, zmieniamy, ale nie o to mi chodzi - jak miał jej to przekazać?
Może byłoby dobrze. Przez chwilę. Na początku. Umieliby udawać tak jak to robili tego ranka. Zresztą, przecież to nie byłoby udawanie. Nie musieliby niczego grać, byliby ze sobą szczęśliwi. Może nawet tak jak dawniej. Staraliby się dla siebie nawzajem. Może nawet trochę za bardzo.
Usiłowałby. Tak jak wtedy przez te wszystkie miesiące naprawdę by próbował, ale tym razem nie łudził się, że rzeczywistość wreszcie by ich dopadła. Tyle tylko, że tym razem w znacznie gorszy sposób. Nie zamierzał na to pozwolić, nie godził się, by tak było. Nie chciał tego, nie umiał jej wytłumaczyć.
Jego oddech stawał się coraz szybszy a klatka piersiowa unosiła się i opadała w rytm narastającego napięcia. Przełknął ślinę, czując, jak w gardle rośnie mu coś ciężkiego, już nie gula tylko ołowiany knebel. Gorący, parzący i palący, który właśnie w tej chwili zaczynał zastygać.
- Nie dam ci tego, czego pragniesz. Chciałbym, kurewsko bym chciał, ale mieliśmy swoją szansę i ta szansa przepadła - sam nie wiedział czemu się znowu powtarzał, ale to było zgodne z prawdą a przecież to właśnie prawdy po nim oczekiwała.
Czuł jak jego dłoń bezwiednie wędruje po plecach Geraldine, gładził ją nieświadomie, pragnąc tym gestem przekazać wszystko to, co nie mogło zostać wypowiedziane. Jego palce drżały, gdy przesuwały się po jej skórze, jakby bał się, że każdy ruch mógłby ją zranić. A przecież już ją zranił. Skrzywdził ją wtedy i teraz też ją krzywdził, mimo że to było ostatnim, co chciał robić.
Próbował z nią o tym wszystkim rozmawiać. Po co? Nie powinien. Mogliby spędzić razem jeszcze wiele godzin, odpoczywając i zbierając siły. Wcale nie musieli prowadzić tej dyskusji, mógł to od siebie odsunąć, ale podjął kolejną beznadziejną decyzję.
Nie chciał tego sprawić. W piersi czuł ciężar porażki, który nie dawał mu spokoju. Ostatnio wszystko się jebało. Niby to była tylko kolejna rzecz. Coś, co już dawno zostało zniszczone i przestało istnieć. To, że na chwilę to przywrócili, karmiąc się mrzonkami, nie powinno tak bardzo wewnętrznie go trawić. A jednak to robiło.
Miękka i ciepła pościel otulała ich ciała, lecz nie dawała żadnego pocieszenia. Już nie. Dom zaczął się zapadać, przestawał być bezpiecznym schronieniem. Już od wielu dni nie był ich miejscem, ale teraz to było coraz bardziej odczuwalne. I to zniszczył, również to stracił. W Dolinie nigdy nie czuł się naprawdę u siebie. Nie miał już domu, nie w tym sensie, w którym chciał go mieć.
Poczuł jak włosy dziewczyny przesuwają się po jego ramieniu, delikatne jak muśnięcie ciepłego wiatru, ponownie wciągnął powietrze głęboko w płuca. Odczuwał ciepło jej ciała, które kontrastowało z chłodem otaczającego ich powietrza. Jej ciepło przenikało go do kości, wgryzało się w niego a on na to pozwalał.
Mylił się wcześniej. To, co mieli nie było płonięciem. Było żarem, lecz nie takim, który by ich spopielił. Popieliło go to, co działo się teraz w tej chwili. To naprawdę go pożerało.
Trudno było uwierzyć w to, że jeszcze tak niedawno temu pragnął, by ten moment trwał wiecznie, nawet jeśli w sercu czuł, że coś jest nie tak. Teraz obawy rzeczywiście się spełniły. Sam zadbał o to, by miały ku temu podstawy. Wyciągnął je na wierzch pozwalając na to, by fundamenty tamtych złudnych chwil zatrzęsły się i runęły. Nie było czego zbierać, więc po co go pytała czy zamierzał odejść? Sama o to prosiła, kazała mu to obiecać, sama tego chciała. Dzień dobiegał końca, zakończyli swoje sprawy, nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia.
- Zostawiłem cię lata temu. Sama mi to raz po raz wytykasz. To, że na chwilę przed tym uciekliśmy... Czego byś jeszcze ode mnie chciała? Bo naprawdę nie wiem, Rina, czego ty ode mnie chcesz? - Spytał gorzko, odruchowo obracając wzrok w stronę dziewczyny, chwytając jej podbródek w palce i zbliżając ich twarze do siebie. - Czego byś ode mnie chciała?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down