Nie każdy ładny człowiek na drodze Jeana de la Rochefoucauld Montbel'a był kimś, kto od pierwszej chwili fascynował go do takiego stopnia, że myśli wampira krążyły wyłącznie wokół tej jednej osoby.
Właściwie nie był w stanie przypomnieć sobie poprzedniej tego typu anomalii, zwłaszcza teraz, gdy stał u drzwi tego człowieka, tłumiąc w sobie urażoną dumę i wszelkie odruchy pchające go do rzeczy, które bynajmniej nie wspierały celu, który sobie obrał.
Dlatego też, gdy w końcu zapukał, a potem gdy Jonathan otworzył mu drzwi, nie wymówił ani słowa, choć jego pozornie zobojętniała twarz, mówiła więcej niż tysiąc słów. Chłodne oczy płonęły pragnieniem i tęsknotą trzymaną w żelaznym uścisku wiekowej woli, lekki uśmiech na perfekcyjnie ogolonej twarzy i skinienie głowy na powitanie - podobne do gestów składanych w jego stronę na Muzie - nie mogły być bardziej oczywistą maską, oczywistą teraz, gdy kilka dni temu Selwyn dotknął łączącą ich nić.
Nie zapraszaj do domu wampira, wtedy będzie mógł wejść za każdym razem gdy tego zapragnie.
Zupełnie tak, jakby Jonathan nie wniósł go tu ze sobą już po powrocie z Paryża.
Nieoczekiwany ruch ręki, gdy wyciągnął ją zza pleców, a między nimi zakwitła gęsto lawenda przetkana białymi margaretkami. Żadnej róży, żadnego z ulubionych kwiatów Jeana, ale mężczyzna rozsmakowywał się w symbolice roślin, niejednokrotnie bawiąc się w obrażanie obdarowywanych dam sposobem, który był czytelny tylko dla niego. I dla Jonathana jeśli chciał słuchać hrabiego układającego wykwintne bukiety. Ten jednak był zaskakujący w swojej prostocie, w wonnym otulającym przestrzeń fiolecie i niewinnością płatków jastrunu, tak bardzo odciskające się na eleganckiej czarnej szacie wchodzącego do środka mężczyzny. Atłasowa apaszka przebita czerwoną spinką trzymała nienaganny biały kołnierzyk w ryzach, lekko lśniąca marynarka przesłaniająca kamizelkę nosiła tylko kilka złotych zdobień na mankietach, o wiele bardziej subtelnych od ekstrawaganckich haftów, w których lubował się przyjaciel gospodarza. Doskonale skrojone spodnie z wysokim stanem podkreślały smukłość sylwetki wkraczającego do wnętrza mężczyzny, który pozostawił kwiaty w dłoniach Selwyna i nie omieszkał z zaciekawieniem rozejrzeć się po otoczeniu przekraczając próg.
Zwyczajne, niezwyczajne spotkanie.
Dobrze, że jego serce nie biło od dawna, a cera pozostawała blada brakiem płynącej w ciele krwi.
– Nieprzyjemnie wilgotna, ale zdecydowanie szybciej zapada w niej zmrok, choć słońce wszędzie przecież kryje się za horyzontem tak samo... Jestem pod niegasnącym wrażeniem, jak wychodzi Ci utrzymanie włosów w tak nienagannym stanie, choć mimo tej aury, przechadzając się ulicami Whitechapel zdałem sobie sprawę, jak bardzo zaskakujące jest, że przekroczyłem kanał la Manche dopiero w XX wieku. – przyjemny, łagodny głos rozbrzmiał w przestrzeni z nienagannym brytyjskim akcentem, akademickim, zupełnie jakby wampir urodził się w tej szerokości geograficznej i odebrał gruntowne wykształcenie pośród uczonych oxfordzkich głów. Niespiesznie ściągał rękawiczki, pozostając w holu, skupiony bardzo na czynności, nie podnosząc wzroku znad własnych dłoni.
Właściwie nie był w stanie przypomnieć sobie poprzedniej tego typu anomalii, zwłaszcza teraz, gdy stał u drzwi tego człowieka, tłumiąc w sobie urażoną dumę i wszelkie odruchy pchające go do rzeczy, które bynajmniej nie wspierały celu, który sobie obrał.
Dlatego też, gdy w końcu zapukał, a potem gdy Jonathan otworzył mu drzwi, nie wymówił ani słowa, choć jego pozornie zobojętniała twarz, mówiła więcej niż tysiąc słów. Chłodne oczy płonęły pragnieniem i tęsknotą trzymaną w żelaznym uścisku wiekowej woli, lekki uśmiech na perfekcyjnie ogolonej twarzy i skinienie głowy na powitanie - podobne do gestów składanych w jego stronę na Muzie - nie mogły być bardziej oczywistą maską, oczywistą teraz, gdy kilka dni temu Selwyn dotknął łączącą ich nić.
Nie zapraszaj do domu wampira, wtedy będzie mógł wejść za każdym razem gdy tego zapragnie.
Zupełnie tak, jakby Jonathan nie wniósł go tu ze sobą już po powrocie z Paryża.
Nieoczekiwany ruch ręki, gdy wyciągnął ją zza pleców, a między nimi zakwitła gęsto lawenda przetkana białymi margaretkami. Żadnej róży, żadnego z ulubionych kwiatów Jeana, ale mężczyzna rozsmakowywał się w symbolice roślin, niejednokrotnie bawiąc się w obrażanie obdarowywanych dam sposobem, który był czytelny tylko dla niego. I dla Jonathana jeśli chciał słuchać hrabiego układającego wykwintne bukiety. Ten jednak był zaskakujący w swojej prostocie, w wonnym otulającym przestrzeń fiolecie i niewinnością płatków jastrunu, tak bardzo odciskające się na eleganckiej czarnej szacie wchodzącego do środka mężczyzny. Atłasowa apaszka przebita czerwoną spinką trzymała nienaganny biały kołnierzyk w ryzach, lekko lśniąca marynarka przesłaniająca kamizelkę nosiła tylko kilka złotych zdobień na mankietach, o wiele bardziej subtelnych od ekstrawaganckich haftów, w których lubował się przyjaciel gospodarza. Doskonale skrojone spodnie z wysokim stanem podkreślały smukłość sylwetki wkraczającego do wnętrza mężczyzny, który pozostawił kwiaty w dłoniach Selwyna i nie omieszkał z zaciekawieniem rozejrzeć się po otoczeniu przekraczając próg.
Zwyczajne, niezwyczajne spotkanie.
Dobrze, że jego serce nie biło od dawna, a cera pozostawała blada brakiem płynącej w ciele krwi.
– Nieprzyjemnie wilgotna, ale zdecydowanie szybciej zapada w niej zmrok, choć słońce wszędzie przecież kryje się za horyzontem tak samo... Jestem pod niegasnącym wrażeniem, jak wychodzi Ci utrzymanie włosów w tak nienagannym stanie, choć mimo tej aury, przechadzając się ulicami Whitechapel zdałem sobie sprawę, jak bardzo zaskakujące jest, że przekroczyłem kanał la Manche dopiero w XX wieku. – przyjemny, łagodny głos rozbrzmiał w przestrzeni z nienagannym brytyjskim akcentem, akademickim, zupełnie jakby wampir urodził się w tej szerokości geograficznej i odebrał gruntowne wykształcenie pośród uczonych oxfordzkich głów. Niespiesznie ściągał rękawiczki, pozostając w holu, skupiony bardzo na czynności, nie podnosząc wzroku znad własnych dłoni.